Transsib

Początek

To właśnie rzecz, która pchnęła mnie do stworzenia niniejszej strony: kolejna wyprawa życia. Tym razem w planie mam dojechanie pociągiem do Pacyfiku, przemierzając po drodze całą Syberię.
Po co? Żeby mieć co wspominać na starość! :)

Do przemierzenia mam ponad 18000 km, z czego 11000 km planuję pociągiem, 6500 km samolotem, resztę autobusami/marszrutkami/wodolotami. Chcę przejechać wszystkimi czterema głównymi trasami syberyjskimi i jedną zabytkową, a więc:
– transsyberyjską
– bajkalsko-amurską (BAM)
– kurugobajkalską
– transmongolską
– transmandżurską

Trasa

Wstępny plan trasy to:
Warszawa – Moskwa – Sewierobajkalsk – Olchon – Listwanka – Sludianka – Ułanbator – Pekin – Harbin – Władywostok – Irkuck – Moskwa – Warszawa. Widać wszystko pięknie na zdjęciu poniżej :)

Dodatkowe atrakcje, które chcę uskutecznić:
– przepłynięcię co najmniej połowy jeziora Bajkał wodolotem
– wyjazd na nockę na pustynię Gobi w Mongolii
– parę dni w Pekinie + wyjazd na Wielki Mur
– mały rejsik po Morzu Japońskim

Czas

Kiedy? We wrześniu. Nie jest już tak gorąco, żeby się gotować w pociągu, ale jeszcze nie na tyle zimno, żeby przygoda była walką z zimnem. No i, co ważne, nie wyjadę wcześniej, niż po 7. września, bo trzeba wtedy zagrać koncert ze Sphere :)
Czas potrzebny na zrealizowanie wyprawy szacuję na max. 4 tygodnie.
Koszty są spore – sama podróż pociągiem/samolotem + wizy, to koszt ok. 6500 zł. Do tego doliczam wszystkie w/w atrakcje, spanie, jedzenie, inne przyjemności i wychodzi mi lekko 10000 zł. :(
Ale, w sumie co, raz się żyje!

Wstępne przygotowania już się zaczęły, teraz przede mną najważniejsza część: bilety, wizy, dokładna trasa, to na początek.

Transsib mapa

Parę dni później…

Świetny news! Mongolia zniosła wizy dla obywateli UE!
Od 25 czerwca 2014 r. do 31 grudnia 2015 r. turyści mogą wjeżdżać na teren Mongolii bez wcześniejszego załatwiania odpowiednich pozwoleń, zarówno w celach turystycznych, jak i biznesowych. Pobyt na terenie Mongolii nie może przekroczyć 30 dni.”

Idealnie :)

Kolejne parę dni później…

Mogę powiedzieć, że z etapu przygotowań do przygotowań, nareszcie przeszedłem do etapu zasadniczych przygotowań. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że zaklepałem urlop w pracy i ustaliłem datę rozpoczęcia podróży :)
Znaczy się wyjazd w poniedziałek, 8. września, powrót w sobotę, 4. października.

Ostatnie dwa dni upłynęły na kupowaniu biletów. O ile najmniejszych problemów nie było z lotniczymi, tak z biletami kolejowymi, a w zasadzie z płatnościami za nie, jest jeden wielki dramat. Zwykłe karty kredytowe niestety nie działają, niezbędny jest plastik posiadający zabezpieczenie 3D Secure, a i to nie gwarantuje powodzenia. Udało się, jak na razie, kupić jedynie bilet z Moskwy do Nowosybirska.

Delikatnej zmianie uległa też trasa wycieczki – niestety, nie będzie dane przepłynąć nam Bajkału wodolotem. RAKIETA, z Sewerobajkalska do Irkucka kursuje tylko do końca sierpnia. Przez to wycieczka zrobi się nam trochę bardziej standardowa, czyli pojedziemy pociągiem bezpośrednio do Irkucka, stamtąd zrobimy wypad na wyspę Olchon, potem kurs krugobajkałą (zabytkową koleją wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Bajkału) i podróż do Mongolii. Wypadnie nam trasa BAM (bajkalsko-amurska). Nowa mapka poniżej.

Transsib 2

Plan na najbliższe dni to walka z rzd.ru i próby zakupu biletu z Nowosybirska do Irkucka, załatwianie wiz i ogarnianie noclegów.

Znów minęło trochę czasu…

Bilety wstępnie ogarnięte. A przynajmniej część z nich. Ta część, którą można uznać za dobry start i która uniemożliwia już odwrót ;)

Na chwilę obecną mamy bilety na trasie Warszawa – Moskwa – Nowosybirsk – Irkuck – Moskwa – Warszawa. Do kupienia, jeszcze w PL będzie bilet relacji Władywostok – Irkuck, z tym, że to przed samym wyjazdem, ze względu na specyfikę kupowania biletów przez rzd.ru, czyli maksymalnie 45 dni przed datą odjazdu.
Reszta podróży (Irkuck – Ułanbator – Pekin – Harbin – Władywostok) będzie totalnie improwizowana! Oby nam czasu nie brakło!

Dzisiaj też był dzień składania podań o wizy. Odpadła nam wiza mongolska (o czym pisałem w lipcu), do Rosji potrzebujemy dwukrotnej + wiza chińska. Rosja wprowadziła rejonizację, czyli mając zameldowanie na podkarpaciu wiza załatwiana jest w konsulacie w Krakowie. To i brak czasu na dostosowywanie się do godzin otwarcia i wymogów proceduralnych przy występowaniu o wizy, skłoniły mnie do skorzystania z pośrednika. Wybór firm jest spory, cenowo też nie ma dramatu, a całą sprawę dało radę załatwić w pół godziny potrzebnych na dojechanie do siedziby i wypełnienie wniosku. Odbiór wiz na początku września.

Plan

Obiecałem parę szczegółów dotyczących podróży. Więc tak:
– wylatujemy z Warszawy do Moskwy 8. września, o 12:40, lądujemy w Moskwie tego samego dnia o 16:40 (czas lokalny),
– wyjazd z Moskwy Jarosławskiej 9. września o 0:35, przyjazd do Nowosybirska 11. września, o 11:32,
– w Nowosybirsku spędzamy raptem pół dnia, przystanek na rozprostowanie kości, odpoczynek od pociągu, zobaczenie czegoś i uzupełnienie zapasów,
– z Nowosybirska wyjeżdżamy 11. września o 23:04, w Irkucku jesteśmy w sobotę, 13. września, o 8:08. W Warszawie będzie wtedy 1:08 :)
– z Władywostoku chcemy wyjechać 30. września o 19:10, do Irkucka dojechalibyśmy 3. października o 18:35,
– 4. października wylatujemy z Irkucka o 13:00, w Moskwie, po 6 h lotu jesteśmy o 14:05. Niemal 5 h oczekiwania i o 18:50 lecimy do Warszawy.

Tyle konkretów na chwilę obecną.

Mamy 17 dni na trasę: Irkuck – Ułanbator – Pekin – Harbin – Władywostok i zwiedzanie po drodze. Do zrobienia, o ile nie będzie problemów z transportem.

Koszty per osoba, na dzień dzisiejszy:
– samolot Warszawa – Moskwa – Warszawa (Aerofłot): 840 zł
– samolot Irkuck – Moskwa (Aerofłot): 930 zł
– pociąg Moskwa – Nowosybirsk: 420 zł
– pociąg Nowosybirsk – Irkuck: 240 zł
– wizy: 800 zł

Co najmniej drugie tyle przed nami.

Tyle na dziś. Jutro z rana siadam na motocykl i jadę dookoła Tatr. Zanosi się na 3 dni trasy w deszczu :(

4 dni do startu…

Jeszcze 4 dni! Tylko i aż.

Patrząc na ilość rzeczy, które ogarniam ostatnimi czasy, to aż sam w to nie wierzę. Płyta, próby, treningi, przygotowania do wyjazdu, praca, gdzie trzeba zdelegować obowiązki – w końcu cały miesiąc mnie nie będzie. Przez ostatnie dni jestem 18 godzin na na dobę na chodzie, zostaje raptem 6 na sen. Pocieszam się tym, że w następny tydzień wynudzę się po wsze czasy – będę spał, patrzył przez okno, czytał, rozmawiał, pił wódkę, grał w karty. W sumie, to mam wrażenie, że nie będę w ogóle miał poczucia, że za długo jadę tym Transsibem – co akurat jest największym minusem w opisach wypraw, które czytam ostatnio.

Stan umysłu

Przedwczoraj odebrałem paszporty z wizami. Strasznie droga ta zabawa. Za dwie wizy (Rosja, Chiny) dwukrotnego wjazdu dla dwóch osób zapłaciłem niemal 1700 zł! Rosjanie mają chyba najdroższe wizy na świecie ;)
Ostatnio też coraz bardziej przychylam się do stwierdzenia, że Rosja, to nie kraj, to stan umysłu. Prostym przykładem jest zabawia z zakupem biletów na kolej poprzez oficjalną stronę przewoźnika, rzd.ru. X lat korzystam z kart przy zakupach internetowych, za granicą, zjechałem 3/4 Europy, kawałek Azji i Afryki i nigdy nie miałem większych problemów w kwestiach płatności. Tymczasem, do kupna trzech biletów kolejowych, wykorzystałem cztery różne karty! Najczęstszy komunikat pojawiający się przy autoryzacji płatności, po wprowadzeniu wszystkich PINów, kodów, haseł to „Invalid Card Status” i nieważne, że przed chwilą udało mi się zapłacić za inny bilet. Nie i już. Każdą z kart dałem radę użyć tylko raz ;) Emailowy kontakt z bankiem obsługującym płatności, w tym przypadku VBT24, nie rozwiązywał sprawy; po opisaniu problemu dostawałem odpowiedź „pana problem nie jest możliwy do rozwiązania poprzez kontakt emailowy, prosimy dzwonić”.
Wiem, o czym teraz pomyśleliście – żeby od razu sprawdzać stan konta, czy nic przypadkiem nie wyparowało. Sprawdziłem, na szczęście, poza pobraniem prawidłowych opłat nie zanotowałem żadnych strat.

Oprócz załatwienia wiz, udało mi się też kupić bilety na wszystkie trasy w Rosji, czyli Moskwa – Nowosybirsk, Nowosybirsk – Irkuck, Władywostok – Irkuck. Transport międzynarodowy będziemy załatwiać na miejscu – daje to trochę niepewności, czy się uda coś załatwić, ale przy okazji jest ona całkiem miła, bo zostawia sporo możliwości spontanicznego wyboru.

Co teraz? Dzisiaj muszę się jeszcze zająć stroną, żebyście mogli w miarę bezproblemowo czytać relacje, jutro pożegnanie z pracą, czyli myślenie, co się może wydarzyć w przeciągu najbliższego miesiąca, żebym nie musiał na drugiego końca świata szukać Internetu i odpisywać na maile, sobota to finalne zakupy/wymiana walut, niedziela to gwiazdorzenie na scenie i luzowanie się i wyjazd w poniedziałek.
Pakowanie zacząłem w zeszłym tygodniu, od paru dni mam ładny, podróżniczy bałagan na stole :)

PODRÓŻ ŻYCIA, Transsib. Szczęśliwej drogi już czas

Dzień 1. Moskwa

Pociąg stuka stuk stuk..
Kończy się pierwszy dzień podróży, już jesteśmy w Transsibie. Pociąg nr 44, relacji Moskwa Jarosławska – Chabarowsk. 14 wagonów, 6 dni jazdy. Na szczęście, dla nas tylko 3, na paręnaście godzin zatrzymujemy się w Nowosybirsku, żeby rozprostować kości i wziąć porządny prysznic :)
Myślę o czym napisać. Jest tego tyle, tak sporo wątków przewija mi się w głowie, że pisząc na tablecie i mając na uwadze to,  że niespecjalnie przepadam za klawiaturami dotykowymi, aż mi się nie chce :)

Warszawa pożegnała nas piękna pogodą. Na tyle gorącą, że tachając wszystkie bagaże, już na lotnisku byliśmy spoceni jak mopsy. Oczywiście, jak zwykle, wszystko było w biegu, ostatnie pakowania, droga na autobus, etc. Na szczęście odbyło się bez większych zapomnień.

W Aeroflocie niemal jak w Ryanairze, pełny skład, pełno ludzi, nie ma miejsc przy oknie. Jedyne wolne miejsca to w środku.

Moskwa

Moskwa, to jeden wielki korek. Kierowcy – mistrzostwo świata. Jazda poboczami, wpychanie się na trzeciego, kupa ludzi. I ceny. Poczułem się jak w Kopenhadze: woda 7 zł, cola 15, jabłka 10 :)) Mięso bardzo drogie, sery, serki – dramat, piwo dużo droższe niż w Polsce! Coś nieprawdopodobnego! Jedyna tańsza rzecz, to fajki :)

Sprawnie – niesprawnie dojechaliśmy z lotniska na dworzec Jarosławski. Zapakowalismy bagaże do przechowalni (za, bagatela, 17 zł za sztukę) i pojechaliśmy ogarniać ostatnie sprawunki: Internet, zakupy i Plac Czerwony. Pierwszy z tematów – do przodu (dzięki temu możecie czytać me wypociny), trzeci ujdzie, bo Plac cały zawalony był jakimiś trybunami, więc trzeba było przeciskać się bokiem, za to ładna gra świateł trochę rekompensowała te niedogodności.

PODRÓŻ ŻYCIA. Transsib. Plac Czerwony

PODRÓŻ ŻYCIA. Transsib. Plac Czerwony

Z drugim tematem był trochę większy problem, bo z jednej strony ceny żywności, a z drugiej godzina (po 22) nie pozwalały na luksus kręcenia nosem. Ale nieodpuszczanie jeszcze raz dało dobre rezultaty: już mieliśmy sobie dać spokój i wydać fortunę na podstawowe sprawunki w przydworcowym sklepie, gdy, podczas spacero-poszukiwań ujrzeliśmy kwiat moskiewskiej młodzieży wychodzący z pomiędzy chaszczy z reklamówkami zakupów. Po przeniknięciu chaszczy ukazał się nam piękny neon z napisem ‚SUPERMARKT 24’. To 24 było trochę na wyrost, bo stoisko z alkoholem było już zamknięte, ale przynajmniej nie poszliśmy z torbami (choć w zasadzie to ze sklepu z torbami wyszliśmy :)

Stuku puk, stuku puk, wiekszość śpi, nikt jeszcze nie chrapie.

Tak w zasadzie, to o samym pociągu nie ma co pisać. Ot, otwarty wagon, ciasno, w kiblu śmierdzi, choć ogólnie to jest czysto, a na pewno lepiej niż w niektórych polskich składach. Gorąco, atmosfery skarpetkowej już nie czujemy, a, i co najważniejsze, jesteśmy twardzi i przyznajemy się otwarcie, że my zza Buga. Jeszcze żadnych implikacji to nie niesie, zobaczymy, czy jutro, po spożyciu 100 gram coś się zmieni :)

To chyba tyle na dziś. Czas na ostatniego fajka między wagonami i pochrapać trochę.

Dzień 2. Moskwa – Nowosybirsk

Niestety. Internet nie rabotaet. Wpisy robię offline, przynajmniej do momentu uporania się z problemami. „Wsja Rossija budu rabotać Internet” mówili. Kłamali, źli ludzie :)

Poprawka. Kłamałem. Tzn. nieświadomie. Internet rabotaet, trzeba było zresetować tableta :)

Jedziemy, jedziemy i powiem Wam, że zero szału. Ot, widoki za oknem jak w PKP relacji Rzeszów – Kraków. Drzewa, lasy, czasem jakieś drewniane domki.
Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszalnego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham.
Babuszka z miejscówki naprzeciw kręci głową, że mam jakiegoś pieprza nad okiem. Ja jej na to, że ona ma na obu uszach też takie pieprze. Ona mi na to, że się ubrudziłem na ramieniu.
Wygrała.
Żeby mnie dobić, dodaje: „patrz, mam tyle lat i tak wyglądam, jak widać. Wyobrażasz sobie, jak wyglądałabym jeszcze z wybrudzonymi tak rękami?”

K.O.
I weź tu poszpanuj kolczykami i tatuażami.

Za nami stacja Szachunija. I pierwsze starcie z prowadnicą. Korzystając z 20 min postoju poszedłem kupić piwo (nota bene po 45 RUB za sztukę :(. Wchodząc z powrotem do wagonu, wg konduktorki, wykazałem się za dużą ostentacją, tzn. nieodpowiednio „schowałem” butelki. W sumie, to reklamówka była czarna, nieprzeźroczysta, nie wiem o co jej chodziło. Może o to, że szkło brzękło że dwa razy? W każdym razie ochrzan zebrałem :)
Ogólnie chodzi o to, że alkoholu pić i fajek palić oficjalnie w pociągu nie wolno. W praktyce wygląda to tak, jak z seksem w Polsce: uprawiają wszyscy, ale tak naprawdę to nikt, bo to jest be.
A weź się głośno przyznaj, to odsądzą cię od czci i wiary :)
To co, wyciągamy ręcznik, zakładamy na butelki i… do później :)

PODRÓŻ ŻYCIA. Transsib

Dzień 3. Moskwa – Nowosybirsk

Jekaterinburg

Druga doba w pociągu. Dzisiaj przekroczyliśmy granicę kontynentów, w Jekaterinburgu. Ponoć jest ona oznaczona jakimś obeliskiem widocznym z pociągu, niestety, wyglądałem jak szpak i mimo tego nic nie zauważyłem. Może w złą strone patrzylem.
W Jekaterinburgu zimno. Mamy przedsmak tego, co nas czeka dalej w Rosji.
Jednej rzeczy z domu zapomniałem. Rękawiczek. I będzie to pierwszy zakup jaki poczynię.

Jekaterinburg

Temperatura oscyluje w okolicach 10 stopni, w słońcu jest za to dużo przyjemniej.

Znaleźliśmy w końcu piwo za mniej niż 30 RUB. Co się w tej Rosji porobiło? Wódka też droga. Upijemy się dopiero w Mongolii?

Za oknem cały czas podobne widoki: brzozy, brzozy i brzozy. Dużo tych brzóz w tej Rosji :) Czasem jakieś zabudowania.

Transsib

A czasem widać coś innego niż tylko drzewa. Ale rzadko.
Transsib

Przegrywam w karty. Nic nie idzie, nawet pasjanse. Co to może oznaczać?

Tjumen

W mieście Tjumen było duże przetasowanie pasażerów. Wcześniej jechali Moskwianie, to takie bardziej ę ą ludzie, jak Warsiawiaki. Teraz wsiadła Rosja. Ta prawdziwsza. Są ziemniaki, kiełbasa, kraciaste sumki, grube baby, duzi panowie, buty z czubem, galareta, jedzenie na gazecie, prażony słonecznik, dużo słonecznika. Wódki nie ma. Może dlatego, że droga?
Są dwa gniazdka 220 V, non stop okupowane przez ładujące się telefony. Można tylko jeden ładować na raz; prowadnica krzyczy, jak zlodziejkę się wsadzi, bo jej światło gaśnie. Krzyczy też, jak się pali fajki pomiędzy wagonami (nie na końcu wagonu, tylko na zewnatrz, tam gdzie się je łączy). Dwa razy dziennie biega z mopem i każe nogi podnosić – jak ktoś nie słucha, to też krzyczy :)
Ogólnie, to ona nie krzyczy za dużo, bo jej nie słychać, natomiast jak ja widzę, to prawie zawsze ma coś tam :)

Czas. Na zewnątrz jest już po północy, w pociągu po 21., u mnie na zegarku po 19. W każdym razie jest już ciemno. Ale widać jakieś drzewa za oknem (zgaduję, że brzozy) :)

Za niecałe 12h będziemy w Nowosybirsku. A za 24h znów w pociągu :)
Dobranoc :)

Dzień 4. Nowosybirsk

Nowosybirsk – nieoficjalna stolica Syberii, przywitał nas chłodno. Dosłownie. Temperatura 7 stopni, wilgotność 93%. Taki rodzaj ziąbu, co przenika do kości. Co prawda chłodu, zaraz po przyjeździe za bardzo nie odczuliśmy, bo dźwiganie całego majdanu na plecach skutecznie rozgrzewa, ale przekonaliśmy się o tym zwiedzając centrum wieczorem. Mała odmiana po upalnej Warszawie.
Na dzień dobry, miasto sprawia wrażenie dużego, sowieckiego molocha. Ponad milion mieszkańców, dużo przestrzeni, niewiele osób na ulicach, główny plac i pomnik to Wladimir Ilijcz;
Nowosybirsk IlijczNowosybirsk Ilijcz

natomiast jest to tylko pierwsze wrażenie. Po paru chwilach pobytu można poczuć się zupełnie swojsko.
Takie swojskie odczucie naszło mnie zaraz po wejściu do metro. Chwilę musiałem się zastanawiać dlaczego tak jest. Nagle – eureka! Wagony metra! Takie same, jak warszawskie, te starsze, radzieckiej produkcji. Inne malowanie, inny kolor siedzeń, ale ten sam rozkład, tak samo drązki poustawiane, ten sam zapach, huk, tak samo trzęsie. Normalnie jak w domu!
W porównaniu do moskiewskich stacji, nowosybirskie wyglądają ubogo. Doszedłem do konkluzji, że budowle w stolicy Rosji są po prostu rosyjskie, jakby przedrewolucyjne; budowanie z przepychem i smakiem. Te tutaj są zwyczajnie sowieckie, smutne.

W Nowosybirsku zatrzymaliśmy się na dwanaście godzin, na solidny prysznic, ładowanie baterii i zwiedzenie po łebkach miasta. Pomagała nam w tym koleżanka Tatiana (prysznic tylko udostępniała :). Wyszła z pracy, odebrała nas z dworca, zawiodła do domu, zostawiła klucze, wróciła z powrotem do pracy i o 18., jak tylko skończyła robotę, zabrała nas do centrum. Ot, taka syberyjska gościnność.
Pogoda w tamtym rejonie jest bardzo kapryśna. Jednego dnia może być 20 stopni, może świecić ładnie słońce, następnego dnia równie dobrze może być 5 stopni i padac deszcz. Lato tam bywa, czasem, we wrześniu jest jak u nas w listopadzie, a zimą średnie temperatury na poziomie -20 stopni nikogo tam nie dziwią. Prawie, jak w Białymstoku :))
Łażąc po mieście, po raz kolejny doszło do mnie jak bardzo nie lubię późnojesiennej, jak na polskie warunki, pogody. Niesamowicie wysoka wilgoć, nieustanna mżawka, niska temperatura, wciskająca się pod każdy uchylony kawałek ubrania powoduje u mnie depresję :) Przemarzłem do szpiku i nie pomogła bdb solianka i bliny, poczułem się lepiej dopiero w ciepłym i oświetlonym pomieszczeniu.

I, co już niemal stawało się tradycją, pożegnaliśmy się z Nowosybirskiem w biegu. Tzn. miasto pożegnało się z nami zamkniętym wejściem do metro, potem długim oczekiwaniem na kolejkę, w końcu, na dworcu, labiryntem, nie drogą na odpowiedni peron. Efektem było dotarcie do pociągu na, dosłownie, kilka minut przed odjazdem. Całkowicie zziajani i rozchełstani, chwilowo mając w głębokim poważaniu temperaturę powietrza :) Całe szczęście prowadnicy w pociągu byli/są bardzo mili i uczynni, totalne przeciwieństwo kobiet z poprzedniego.

Transsib

Cały dzień, zmęczenie i zimno spowodowały to, że jak wypiłem piwo po ruszeniu pociągu, to padłem na łóżko i obudziłem się dopiero przed Krasnojarskiem, bagatela 1000 km dalej. Spałem ponad 10h!

Dzień 5. Nowosybirsk – Irkuck

Krasnojarsk

W Krasnojarsku, niezmiennie, dalej pada, jedynie jest trochę cieplej.
Poniżej peron w i trochę lokalnego folkloru dworcowego. Pan z prawej strony zdjęcia jest hardkorem, temperatura nie przekracza 10-12 stopni.
Krasnojarsk
A tak wygląda Jenisej z okna wagonu.

Jenisej
Jenisej

Tymczasem w pociagu Transsibżycie toczy się trochę wolniej. Każdy ma dużo czasu i organizuje go na swój sposób. Transsib Transsib

Za oknem w końcu zmiana! Dalej dużo brzóz, ale zaczęły się górki, zakręty. No i przede wszystkim, jak tylko zaświeci słońce, to zaczyna się piękna feeria barw jesiennej tajgi! Czerwień, brąz, pomarańcz, żółć, zieleń, właśnie czegoś takiego oczekiwałem po jeździe pociągiem! Transsib Transsib

Ogólnie, to mam wrażenie, że Nowosybirsk rozdziela dwa różne kraje. Jedynie mowa pozostaje taka sama.

Przed nami jeszcze 12h i Irkuck.

P.S. Poprawka kolejna. Internet nie rabotaet. Okazało się, że nawet w salonie operatora komórkowego można trafić na cwaniaka. A tak delikatnie i niewinnie wyglądał. Pytałem go pięć razy, czy wsja Rossija, czy Irkuck, Władywostok rabotaet i pięć razy potwierdzał, że tak. I okazuje się, że owszem, wsja Rossija, ale bez Dalekiego Wschodu, czyli już od Irkucka ni chu chu Interneta.
Wot bandit.

Dzień 6. Irkuck – Olchon

Irkuck

Dojechaliśmy do końcowego miejsca pierwszej części naszej podróży. Irkuck. A tu leje. Pogoda jeszcze gorsza niż w Nowosybirsku. Wyszliśmy z pociągu – leje. Poszliśmy załatwiać bilety i inne sprawy, skończyliśmy, leje jeszcze bardziej. No dramat. W mieście chyba szwankuje kanalizacja, bo kałuże po kolana, niekiedy po 20 metrów naokoło trzeba obchodzić. Przy przejściach dla pieszych trzeba stać co najmniej 2-3 metry od krawędzi chodnika, bo woda spod kół samochodów leci daleko.
Po przyjeździe poszliśmy na dworzec ogarnąć dalszą część podróży, transoport do Mongolii. Miła pani w kasie, po skończeniu piętnastominutowej pogadanki z koleżanką, łaskawie się nami zajęła i udzieliła informacji. Do Ułanbator jedzie jeden pociąg dziennie, o 22. i kosztuje, bagatela, 4500 RUB, czyli po naszemu jakieś 410 zł. Ogarniamy w takim razie tańszą opcję: ta sama trasa, tylko w trzech rzutach i na trzech biletach – z Irkucka do Nauszek (granica rosyjsko – mongolska). To trasa lokalna, krajowa, a bilet kosztuje 1300 RUB. Potem z Nauszek do Suche Bator (przez granicę) – 300 RUB i bilet z Suche Bator do Ułanbator, który musimy kupić już w Mongolii. Na pewno da to z 1/3 oszczędności. Niestety, ten drugi bilet, czyli przez granicę, można kupić tylko na dzień przed odjazdem Mamy w planach parę dni na spędzenie w okolicach Bajkału, więc wzięliśmy bilety tylko na pierwszy odcinek i wracamy na dworzec za parę dni. Trzymajmy kciuki żeby się udało kupić.
Pytamy dalej: Krugobajkałka. Miła pani mówi: „O, da, paszli w dół, wtaraja kasa”. No to my paszli. Wtaraja kasa mówi „o, to nie tut, to tam”. No to my znowu, idziemy tam, a tam… zamknięte. Do 13., bo to sobota. A my czasu niet, bo trzeba dalej jechać. No i masz, babo, ruska informacja :)
Oj, mam wrażenie, że z Krugobajkałki nici.
Nic, próbujmy ogarnąć Olchon. Pod dworcem, na postoju marszrutek, uprzejmy pan z jednym zębem mówi, że tu nie ma nic, trzeba jechać na awtowogzal (dworzec autobusowy, dla niewtajemniczonych). Dobra, jedziemy zatem na awtowogzal. Przypominam, cały czas leje. Czym jedziemy? Tramwajem. Dobra, posiedzimy pod dachem i pooglądamy Irkuck. Ta, pooglądaliśmy. Chyba tramwaj.

Irkuck

Irkuck

Tramwaj oczywiście pod dworzec nie jechał, ale co tam dla dwóch twardzieli te 15 minut na piechotę przez zalane miasto. W rytmie deszczu poskakalismy nad kałużami, pouciekaliśmy przed samochodami i rozbryzgami spod ich kół i wpadliśmy na lokalny pekaes. I co? I nic, autobusów w Olchon uże niet. Były rano jakieś, teraz to już jutro.

Ale przecież Wschód nie byłby Wschodem, gdyby nie prywatna inicjatywa. Przecież to marszrutki stanowią podstawę rosyjskiego transportu osobowego! Pacłem się mocno w sklerozę i wyszedłem na zewnątrz.
Długo nie szukałem, 5 minut później stałem przed minibusem pana o typowo buriackiej facjacie i zaklepywałem dwa ostatnie miejsca do Chużyru. Szybko i ładnie poszło, ale trochę szczęścia to ja jednak miałem, bo to była już naprawdę ostatnia marszrutka na wyspę tego dnia.

Martwiłem się trochę pogodą, bo jakby nasz pobyt na Syberii miał być akurat taką aurą okraszony, to trochę słabo. Wyjechaliśmy z Irkucka z szybami jak na zdjęciu powyżej, ale z kilometra na kilometr coraz mniej kropli deszczu widziałem przed kierowcą, aż w końcu wycieraczki przestały pracować i szyby odparowały.

Syberia

I wtedy zaczął mi się opad szczęki. Za oknem było po prostu prześlicznie. Przestrzeń. Kolory. Góry. Lasy. W końcu założyłem muzykę na uszy i odpłynąłem. Uwielbiam ten stan: przemieszczanie się, muzyka, dobre widoki i wchodzę w podobną fazę jak zwykle człowiek ma przed zaśnięciem, nazywa się ona, z tego co pamiętam, fazą theta. Czyli myślę o wszystkim i niczym, myśli są jednocześnie ulotne i istotne, wszystko się w głowie układa, umysł jest jasny i klarowny i tak dalej i tak dalej. Myślę, że każdy z Was przeżył coś takiego i dokładnie wie o czym mówię.
Niestety, w busie tak telepało, że nie ma dla Was żadnego zdjęcia z tego odcinka, jedynie z przystanku na stacji benzynowej.

Syberia

Z resztą, myślę, że żadne zdjęcie nie odda tego uczucia, to jest jakby przedstawienie kilkuwymiarowe, typu obraz/dźwięk i coś tam jeszcze.

A propos stacji benzynowej, to zaczęło się to, z czym musieliśmy się borykać przez następne parę dni: ubikacje.
Toaleta w ‚naszej’ stacji była na zewnątrz. Wyglądała niczego sobie.

Syberia

Prawda była jednak trochę bardziej przyziemna.

Syberia

Po kształcie otworu, strzelałem, że to męska toaleta.

W sumie, w zimie, to to rozwiązanie zdaje egzamin, zamarznie i po kłopocie. Tylko jak się w taką zimę tu załatwić?
Podobny problem mieliśmy na Olchonie, jak tam dojechaliśmy i ogarnęlismy kwaterę: jak na mój gust to na wyspie nie ma kanalizacji, każdy robi wodę bieżącą i inne szamba na własną rękę, w obrębie własnego gospodarstwa. U nas, tam gdzie spaliśmy, na szczęście był sedes, ale akurat w wygódce, która była na zewnątrz, a gospodyni kibla w domu nie miała. Trzeba było sobie radzić, taki klimat.

Na koniec pochwalę się Wam tym, że dostaliśmy pokój z wartownikami gratis. Na początku zrobili inspekcję pokoju, potem, aż do samego końca pobytu, nie opuszczali naszych podwoi dłużej niż na siku i co jakiś czas wpraszali się do pomieszczenia żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok.

Olchon

Niestety, zaczyna mnie brać przeziębienie, podejrzewam, że to po Nowosybirsku. Wziąłem zapas Rutinoscorbinu i Scorbolamidu ze sobą, więc się szczepię. Niestety, pogoda syberyjska zdecydowanie nie pomaga, ale liczę, że będzie ok! Najwyżej kota wezmę do łóżka, niech grzeje.

Dzień 7. Olchon

Oto wjazd na wyspę:

Olchon
Bajkał

Po ok. 4h jazdy z Irkucka dojeżdża się do promu. Paręnaście kilometrów wcześniej skończył się asfalt, na wyspie też go nie ma. Idealne miejsce na offroad, z resztą, paru crossowców spotkaliśmy zaraz po przepłynięciu promem.

Chużyr, stolica Olchonu. 1,5k mieszkańców, w sezonie kilkakrotnie więcej. Co tu można robić? W wakacje całkiem sporo, ludzi są tu tłumy (sądząc po ilości sklepów spożywczych w miescie), temperatury powietrza dość wysokie, temperatury w Bajkale akceptowane, mnóstwo wycieczek do wyboru, morskich, lądowych. Z dobrą ekipą i zasobną kieszenią człowiek nie znudzi się tu nawet przez tydzień. Po sezonie są tu pustki, psy się wałęsają, złota młodzież pije wódkę pod sklepem. Asortyment atrakcji też się jakby zmniejsza. Dzień pobytu styka, przynajmniej dla mnie, natomiast staje się wtedy idealnym miejscem dla poszukujących spokoju, ciszy, kontaktu z natura.

Chużyr

W mieście jest jeden hotel, cena z wyżywieniem to bodajże 1000 RUB za osobodobę. Pozostały ruch turystyczny załatwiają prywatne kwatery. Ceny to 350-500 RUB, a warunki dość spartańskie: spanie to kilka łóżek z drewnianym domku, kibel na zewnątrz, łazienki niet, umywalki w pokoju toże niet.

Miły pan kierowca

No dobrze, to jesteśmy. I co robimy? Mamy kwaterę, sklep jest, jak spędzamy dzień? Jedziemy na wycieczkę. Wybraliśmy jazdę samochodem dookoła wyspy, jedyna słuszna opcja, zważywszy na koszta i możliwości. 7h, 70 km dookoła wyspy i 700 RUB od łebka.
I to był strzał w 10. Pojechaliśmy z miłym panem i jego ładnym samochodem.

Olchon

Wystarczyło parę chwil jazdy i już dowiedzieliśmy się, że wszyscy Ukraincy to UPA i Banderowcy, a miły pan, gdyby mógł, to pojechałby na Majdan „robić robotę”. Mieliśmy kupę zabawy ze słuchaniem go, bo nadawał jak katarynka, pieklił się na wszystko i wszystkich, a jego czapka dopełniała obraz jego ‚patriotyzm’. Poza tym był sympatyczny, jeździł po tych dziurach jak szatan i na koniec okazało się, że zrobił w domu nam obiad i zabrał go na wycieczkę żeby nas poczęstować :)

Sama jazda, to połączenie offroadu z oglądaniem widoków. Ciężko jest je opisać, trzeba je zobaczyć, choć nawet zdjęcia nie oddają tego, co oczy widzą.

Olchon

Bajkał

Olchon

Olchon

Olchon

To powyżej wygląda jakby było blisko. W rzeczywistości w dół jest ze 150 metrów, do końca cypla jest z 1,5 km.

Dzień, z racji pogarszającego się samopoczucia, zakończyłem uderzeniowym zestawem prochów, polskim dopalaczem i grzejnikiem odkręconym na fula. Mam nadzieję, że wypocę świństwo.

Chużyr

Dzień 8. Olchon – Irkuck

Otwieram rano oczy i się zastanawiam: pomogła kuracja, czy nie? Że się spociłem, to czuję, bo w nocy było cholernie gorąco, a ja wyubierany. Czy pomogło?
Kur.., nie pomogło. Na dodatek boli mnie głowa. Hmm.. ok, cóż zrobić? To co zwykle. Kolejny proch i godzinna akcja pt. pozbywamy się bólu (zgadnijcie co wziąłem z domu na takie okazje..? :)
Udało się. Ból się przytłumił i na koniec zniknął całkiem.

A przeziębienie? Zostało. Taki klimat, trzeba kontynuować kurację i obserwować. Najbardziej boję się, żeby nie zeszło na dół, na oskrzela. Się zobaczy, może nie.

Spakowani, idziemy na marszrutkę do Irkucka.
Chużyr z rana wygląda przepięknie.

Chużyr

Znów Irkuck

W Irkucku jesteśmy dość szybko, już przed 14., po niecałych 5h jazdy. Pogoda jest przepiękna. Prawie bez chmur, w cieniu ponad 20 stopni, w słońcu grzeje niesamowicie, miasto sprawia całkowicie odmienne wrażenie niż 3 dni wcześniej!

Ludzi bardzo dużo na ulicach, miasto zdecydowanie ludniejsze niż Nowosybirsk. I ładniejsze. Czyli druga twarz Irkucka, po pierwszym, nieudanym podejściu, z każdą godziną coraz bardziej mnie urzeka. Czułem się tam bardzo swobodnie. Jak obserwowałem twarze ludzi, to nie widziałem tej obcości i zamknięcia się, która jest u nas i na zachodzie. Ludzie są jakby bardziej serdeczni, bezpośredni, nie mają problemu z powiedzeniem wprost i czegoś ładnego i czegoś brzydkiego. Wystarczy miło zagadać, z uśmiechem i od razu jest i pomóc i uczynność. Mi to pasuje.

Okazało się, że roaming działa jak chce, tzn. nie otrzymywałem żadnych SMSów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o tym, a nie mogłem się skontaktować z osobą, u której mieliśmy spać. Mimo wysyłania sporej ilości wiadomości nie dodawałem żadnej odpowiedzi. Więc potulnie czekaliśmy na informacje, a przy okazji zrobiliśmy sobie wstępne zwiedzanie.

Irkuck
Irkuck
Irkuck
Irkuck
Irkuck
Rzeka Angara

Koniec końców złapałem jakieś free Wi-Fi, udało się skontaktować z koleżanką i potwierdzić spanie, więc kamień z serca spadł i w końcu będzie porządna łazienka :) Dowiedziałem się też o niedochodzących wiadomościach, ale, po przeprawie z Internetem, już mnie to nie ruszyło; położyłem na to najzwyczajniejszą lachę.

Jeszcze jedna rzecz miałem do załatwienia dzisiaj: podskoczyć na dworzec i sprawdzić, czy są bilety na pociąg przez granicę rosyjsko-mongolską. Podskoczyłem, ale bilet był tylko jeden. Miła pani kazała przyjść w następny dzień rano, o 8., czekała mnie zatem wczesna pobudka.

Dzień 9. Irkuck

Skoro świt (słońce wschodzi w Irkucku między 7. a 8.) poleciałem na dworzec. I dostałem kolejną lekcje pokory. Jak przyszedłem do kasy, to oczywiście była 15-minutowa przerwa. Jak się przerwa skończyła, to jedna pani zaczęła kupować bilety. Kupowała ich chyba z… 50. Dosłownie. Zajęło jej to grubo ponad godzinę. A ja cały czas czekałem. Na czczo. Całe szczęście niewiele po mnie do kasy podeszły dwie młode i dość ładne dziewczyny, okazało się potem, że z Paryża, więc momentalnie przestałem się nudzić i one też :)

Co się okazało, to były kolejne osoby z cohones wielkości arbuza. Dziewczyny wybrały się z początkiem września na wyprawę, którą zamierzają skończyć w lipcu przyszłego roku. Najpierw Transsib, potem z miesiąc w Chinach, potem Japonia, płd-wsch Azja i coś tam dalej. Chcą zakończyć trasę w Turcji. Plecaki miały o 1/3 mniejsze niż ja, planowały połączyć podróżowanie z pracą po drodze. Grubo.

Mówię kolejne, gdyż np. w drodze powrotnej z Olchonu spotkaliśmy dwóch Rosjan z plecakami, którzy przeszli sobie ponad 100 km tajgą. Wcześniej kontaktowałem się z dziewczyną, która się po prostu wybrała w podróż, celując w Nową Zelandię. Wystartowała z Transsibem parę dni po nas, z tym,  że bezpośrednio do Ułanbator. Jak się uda, to mamy się tam spotkać.

I jak ja tu wyglądam z moim czterotygodniowym urlopikiem? Phi….

Udało się w końcu kupić bilety na przez granicę. Ilość czasu przeznaczona na tę prostą operację była iście ‚rosyjska’. Tu wszystko jest bolsze. Z domu wyszedłem o 7.30, wróciłem przed 12. Już myśleli, że mi się coś stało.

Wyjazd o 22.

Po ogarnięciu wszystkiego w domu zostało nam raptem parę godzin na oglądanie miasta.

Irkuck
Tak nisko położone okna, to efekt wiecznej zmarzliny, na której budowane były domy; przy zetknięciu się z fundamentami budynki stopniowo się zapadają.

Irkuck

Irkuck
Coats of arms Irkucka
Irkuck Ilijcz
Lenin wiecznie żywy

Wpadłem na genialny pomysł, że kupię drugą kartę z Internetem. Tym razem od innego operatora, bo na poprzedniego się obraziłem.

Poszliśmy do salonu, oferta jest, nawet tańsza niż wczesniej, „wsia Rossija Internet rabotaet”, potwierdzii 25 razy. Biorę. Ale, że przezorny jest ubezpieczony, to wziąłem tableta ze sobą. Podpiąłem kartę gdzie trzeba, uruchamiam, Internet niby działa, ale nie działa. Tzn. strony typu google.com, mail.ru działają, ale te najbardziej mnie potrzebne, czyli blog, fb i couchsurfing nie działają. Kurr…ka wodna, o co chodzi? Nie odpuszczam, jestem w salonie, naprawiajcie dziady. Siedzą i głowią się, co nie działa. 15 min., 30, zaczynam się już niecierpliwić i mówię – wieźcie sobie tę kartę i oddajcie mi kasę. Pójdę do konkurencji obok, może u nich będzie działać. Ha, ale to nie takie proste – w odpowiedzi słyszę, że internet działa przecież, nie działa tylko parę stron (wszystkie, prócz rosyjskich:), a w ogóle, to karty nie można zwrócić, można tylko napisać reklamację. Job wasza mać, za dwa dni wyjeżdżam, co mi da ta wasza reklamacja? Oni, że Internet działa i nie ma co wymieniać, że to pewnie ja jakieś dziwne sajty wymyślam, bo co to jest, jakieś podróże życia? I tyle, nic nie załatwiłem. Na koniec okazało się, że faktycznie, u nich coś padło, do czego nie chcieli się przyznać, ale powiedzieli głośno i ja, ze swoim kulawym rosyjskim skumałem o co chodzi. Pożyczyłem im smacznego obiadu, za te moje 300 rubli, uśmiechnąłem się najserdeczniej jak mogłem i wyszedłem nie mówiąc do widzenia. Wot, Rossija.

3h później byliśmy już na dworcu, czekając na pociąg do Nauszek.

Irkuck

Dzień 10. Irkuck – Nauszki – Suche Bator – Ułanbator

Pociąg z Irkucka to Nauszek, mimo, że lokalny, był najlepszym pociągiem jakim jechaliśmy na razie. Na pewno wagony były najnowsze. Kible czyste, przy łóżku działające gniazdko, więc jak się rozłożyłem z całym swoim zestawem złodziejek, ładowarek, powerbanków i sprzętu do ładowania, to się ludzie trochę dziwnie na mnie patrzyli :) Ale, dzięki pełnemu ich naładowaniu, mogłem na granicy, podczas pięciogodzinnego postoju, kreatywnie spędzić czas i efektywnie wykorzystać dostęp do Internetu (który w końcu zaczął działać).

Był jeden minus późnego wyjazdu z Irkucka. Wzdłuż całego najbajkalskiego odcinka Transsiba jechaliśmy w nocy. Szkoda jak cholera, bo ominęły nas piękne widoki, ale nie było innej opcji. Najciekawszy odcinek, trasę między Sludianką, a Ułan-Ude przejechaliśmy od 1.30 do 4. w nocy. Szkoda.
Ale ranne widoki z pociągu były równie piękne. Nazwałbym je typowo azjatyckimi, czyli takimi, z jakimi kojarzy mi się środkowa Azja. Równiny, trochę gór w oddali, quasi step dookoła. Monotonnie, ale ślicznie.

SyberiaSyberia

Co ciekawe, byliśmy ciągnieci przez ciufcię! Taką parową! Wzdłuż całej trasy stoją niby słupy z trakcją elektryczną, ale sama linia kolejowa nie jest zelektryfikowana.

Takie oto pięknie nazwane stacje mijaliśmy po drodze (stacja „5822 km od Moskwy”).
Rosja

Nauszki

W Nauszkach byliśmy o 13.50 lokanego czasu. Przed nami 5h czekania do odjazdu następnego pociągu, musieliśmy także zmienić wagon na taki, co jechał przez granicę, że względu na nasze łączone bilety.

Nauszki

W tym samym pociągu podróżowała z nami jakaś zorganizowana grupa z zachodniej Europy. Dominował język francuski, ale słychać było też trochę niemieckiego i angielskiego. Spotkaliśmy ich wcześniej już na Olchonie, mieli taką samą wycieczkę, jak i my, tyle, że innymi samochodami. Zapamiętałem to przez to, że mieli ze sobą dziewczynę mówiącą po rosyjsku  po francusku, a co się później okazało, była ona z Białorusi i pracowała jako pilot. I też mnie zapamiętała :)

Wagony, którym przyjechaliśmy do Nauszek odczepiono. Zostały tylko dwa, jadące do Ułanbator i do jednego z nich przenieśliśmy się my. Na 3,5h potrzebne na rosyjskich pograniczników, dojechanie do Suche Bator i mongolskich celników.

Wcześniej, trochę zwiedziliśmy Nauszki. Normalna dziura, zabita dechami.

Nauszki

Nauszki

Z czym mi się to miejsce będzie kojarzyć? Z chmarami meszków, tudzież innych muszek. Były wszędzie i wciskaly się wszędzie. Nie dało się w ogóle wystać na zewnątrz. W tym miejscu, każdy oddychający motocyklista staje się z miejsca wesołym motocyklistą (jeśli kategoryzować po ilości owadów w gębie).

Sklepów spożywczych naliczyłem w tej dziurze z pięć, w promieniu 500 m od dworca. Jak w Olchonie. Jeden sklep na 10 mieszkańców.

Suche Bator

Po przyjeździe do Suche Bator musieliśmy wymienić twardą walutę na mongolską, kupić bilety do Ułanbator i po raz kolejny zmienić wagon. Tym razem na mongolski, ale ciągle w tym samym składzie.

Już w pociągu zaatakowali nas koniki. Średni bankowy kurs dolara do turgika, to 1 do ok. 1850. Kurs euro to ok. 2400. Pierwszy konik (w zasadzie kobyłka) zaproponowała nam 1200 ichniej waluty za dolara. Perlisty śmiech wyskoczył sam z moich ust. Następny konik był bardziej kumaty i na dzień dobry zaproponował nam 2200 za euro. Był przy okazji tak miły, że powiedział nam jakie są ceny biletów, żebyśmy od razu wymienili odpowiednią ilość kasy. Co najlepsze, wcale nie kłamał! Oczywiście kazaliśmy mu przyjść za 10 min., jak się zorientujemy co i jak z biletami, ale suma summarum poszedł z nami do kasy, zamówił dla nas bilety i wymienił euro za 2250 i dolary za 1800. Nie jest źle.

Pewnie zastanawiacie się jak wyszło z biletami? Bezproblemowo i, co najważniejsze, taniej! Bilet z Suche Bator do Ułanbator to koszt ok.10€. Podliczając całość podróży z Irkucka (w rublach na osobę):
Irkuck – Nauszki 1300 RUB
Nauszki – Suche Bator ~250 RUB
Suche Bator – Ułanbator ~470 RUB.

Razem 2020 RUB.
Cena za bilet bezpośredni z Irkucka to 4500 RUB.

Robi różnicę, co? A to wszystko za cenę dwóch przesiadek z wagonu do wagonu.
Coś czuję, że ten sam patent zrobimy jadąc do Chin.

Za 6h będziemy w Ułanbator. Trzeba iść w końcu spać, bo pobudka o 5. rano (czyli 23. PL czasu :)

Transsib

Dzień 11. Ułanbator

Po raz pierwszy w pociągu się nie wyspałem. Musieliśmy wstać o 5. lokalnego czasu, bo pociąg zatrzymywał się o 5.40. W PL była wtedy 23. Po pobudce popatrzyłem na zegarek (mam go cały czas nieprzestawiony) i stwierdziłem, że o tej porze to jeszcze w życiu nie wstawałem. Robiłem to o 2. w nocy, o 17. (szczególnie na V roku studiów), ale o 23. to jeszcze nie.
Na dodatek zegarek w telefonie też sfiksował. Zwykle ustawiam sobie Szajsunga na automatyczne pobieranie czasu z sieci. Dotychczas, w roamingu działało to bez zarzutu. Po wyjeździe do Mongolii działa to dziwnie. Godzina na jakimś peronowym wyświetlaczu w trasie to np. 0:05, czas podawany przez sieć to 1:23. Ni pies, ni wydra.

Peron w Ułanbator nocą wygląda tak:
Ułanbator

Tselmeg

Poza tym miałem małego zgryza. Miesiąc wcześniej klepałem nocleg u koleżanki Tselmeg. Wszystko pięknie, referencji u niej mnóstwo, komentarzy pozytywnych pierdyliard, zgodziła się nas przyjąć. Potem napisała, że jedzie do Afryki i wraca 15. września. To, po 15. września napisałem ponownie, z prośbą o adres, instrukcje jak dojechać i czy wszystko jest aktualne. Odpisała, że aktualne i żeby napisać SMSa, jak będziemy jechali do Mongolii. Napisałem. Jednego maila, drugiego, jedną wiadomość, drugą, trzecią – cisza. Bez reakcji. Nie było opcji na alternatywę w postaci zastępczego, niepłatnego noclegu, więc stwierdziłem, że jedziemy w ciemno. Jak nas w konia zrobi, to będę czarną owcą na jej liście pozytywnych referencji. Niemniej, po cichu liczyłem, że jednak będzie ok (nie miałem żadnego złego przeczucia).

Godzina piąta, minut czterdzieści, dworzec w Ułanbator ładny, mają darmowe Wi-Fi (wow, co za niespodzianka! – to takie oko puszczone w stronę ‚cywilizowanej’ Polski).
Sprawdzam skrzynki. SMSa zwrotnego nadal nie ma. Wiadomości także nie. Myślę – no, w sumie, to ciemna noc, kiedy miała odpisać? Więc na spokojnie, poczytamy wiadomości, ogarniemy trochę innych spraw w Internecie, poczekamy, obejdziemy dworzec dookoła, czy jakąś okolice.

Godzina 8., jest wiadomość! ‚Tak, wszystko aktualne, przyjeżdżajcie do mojego guesthouse, będę tam od 9.’.
Odpisuję ‚spoko, ale podaj adres’. Cisza. Noszkurr.., co z tą laską?

Gwoli wyjaśnienia, Tselmeg ma swój ‚guesthouse’, czyli ni mniej, ni więcej jak 3-pokojowe mieszkanie, gdzie w każdym pokoju są 4 dwuosobowe łóżka piętrowe. Wynajmuje to za ~7$ za doboosobę, do tego jest kuchnia i łazienka wspólna, jak w mieszkaniu. Tanio i do wytrzymania. Zatrzymują się tam zwykle backpackersi.
Przy okazji, oferuje także wycieczki po Mongolii.

Wracając do tematu, jak nie odpisywała mi przez jakiś czas, to znalazłem w Internecie (ach, to Wi-Fi na trasie z Rosji tutaj, to mi strasznie dupę ratuje) stronę tego guesthouse. Jest też adres! Spisałem go i bieżę do pierwszego bardziej, z wyglądu, kumatego taksówkarza. On oczywiście ‚niśt fersztejen inglisz’, ale idę na przebój i pokazuję mu adres – na migi pytam, czy wie gdzie to. Nie wie.
Następny też nie wie.
Mam w głowie jedno wielkie, bezsilne „hahahahaha”, ale nawet mi się nie chce gęby otwierać.
Chwila myślenia i odpalam mapy w tablecie. W adresie jest napisane ‚czwarta dzielnica, budynek 20’. Paczam w mapy i jest: pierwsze, drugie, czwarte cośtampomongolsku, w domyśle o dzielnicę chodzi. O, i faktycznie, są też budynki, jest numer 20.

Zaznaczam na innej mapie gdzie to i drałujemy jakieś 2,5 km. Po drodze myślę, co napisze o niej, jak niedajboże pocałujemy klamkę.

W pół godziny później jesteśmy pod blokiem. Ostatnie piętro, znów „hahaha”, trzeba się wspinać. Dzwonimy, otwiera nam ładna blondynka, Europejka. „Cześć, jest Meg?”. „Yyyy, nie ma, ale jestem tu już dwa dni, a jej nie widziałam jeszcze; proszę, wejdźcie, napijecie się herbaty i poczekacie na nią. Macie tu telefon mongolski, zadzwońcie do niej, nie ma problemu.” Dzięki! Dzwonię. Nikt nie odbiera. Wrrrrrwaaa. Pisze SMSa do laski, że sam znalazłem adres, że jej raczej tu nie ma, że czekamy i że nie wiem, o co biega. Dwie minuty później dostaję SMSa od niej, z pytaniem gdzie jesteśmy. Ręce opadły mi na parter.
Przyszła po 2h. Że zabiegana, że nie ma jak nas przenocować w domu, bo rodzina, coś tam, więc będziemy spali w jej guesthouse. Dla mnie ok, bo za darmo.

Mongolia

Zastanawialiśmy się wcześniej jak rozplanować Mongolię. Trasa z Rosji poszła nam bardzo sprawnie, więc czasowo stoimy dobrze. Na trasę Ułanbator – Pekin mamy ok. 2 dni, da się to w miarę spokojnie zrobić w 24 – 36h, do UB przyjechaliśmy rano, więc w zasadzie na Mongolię mamy 4 dni i 3 noce. Wyjedziemy sobie do Chin w niedzielę, jakimś nocnym transportem.
Pierwsza myśl, to zostajemy do jutra tutaj, jutro wieczorem pojedziemy w stronę Gobi, do Sajnszand i tam będziemy ogarniać jakąś nockę na pustyni. W sumie, to ten pomysł podsunęła dziewczyna, która nam drzwi otworzyła, Niemka z Hamburga. Jeżdżą z koleżanką już od miesiąca po Mongolii i mówiła, że można tam znaleźć kogoś z samochodem, co by nas powoził dookoła, albo nawet jakiegoś touroperatora, co pomoże ogarnąć temat. One, swego czasu, spotkały w pociągu jakąś rodzinę, co ich zaprosiła do siebie na parę dni.
No dobra, to pierwszy pomysł jest, w sumie to nawet do Gobi to jest w stronę Chin, więc tym bardziej.

Drugi pomysł był taki, że pogadamy z Meg. W końcu ma tam te swoje wycieczki, może coś się wynajdzie fajnego.
Gadamy. Przyniosła swój katalog i opisuje. Więc, jak wyjedziemy w trasę jutro rano, to mamy na nią 3 dni i 2 noce. Więc na tyle, to do Gobi nie, bo tam nie ma co oglądać. Można pojechać w centralną Mongolię: pooglądać dzikie konie Przewalskiego, do Karakorum do monastyru, nad jakieś jeziorko, spanie w gerach (jurtach), jedzenie, kierowca i przewodnik, 900 km do przejechania. No dobra, wygląda ładnie, ile? 480$ od osoby. Oszkur..!!! Przecie to tydzień last minute Cypr all inclusive! WTF?
Taniej się nie da?
Da się, można bez jedzenia i spania, wtedy wyjdzie 370$ od łeba.
To my się jeszcze zastanowimy……..

Ułanbator

Teraz, to idziemy na miasto. Jest dopiero 13, a tyle się już dzisiaj działo.
Pytam Niemki, co pooglądać. Mówi, w sumie to plac imć Suchebatora, pomnik Buddy na obrzeżach UB, jakieś muzea, nie ma tego za dużo.
Ja po muzeach nie bardzo, więc idziemy do centrum, a potem na taki duży, znany bazar w UB.

Centrum miasta dość ładne, bardzo cywilizowane. Sukhbaatar Square duży.

Plac Suche Batora
Plac Suche Batora

Ruch na drogach duży i, niestety, piesi nie mają na przejściach pierwszeństwa. Najzabawniejsze jest to, że kierowcy mają w tyle pieszych na pasach, a piesi mają w poważaniu kierowców wszędzie indziej: przechodzą przez ulicę kiedy i gdzie chcą. Jedni i drudzy mają jedną wspólną cechę: ignorują światła. Czerwone, zielone, kto by się tym przejmował? Sposób dla nas? Jak zwykle, bądź tam, gdzie lokalesi.

Kierowcy lubią dźwięk klaksonu. Trzeba trąbnąć z raz na minutę, inaczej się nie uczestniczy w ruchu drogowym. Trąbi każdy na każdego, każdy każdemu zajeżdża drogę i wypcha się. Taka to chyba ich kultura jazdy, bo nie widać wypadków, nikt na nikogo nie krzyczy, jedynie te klaksony…

Ułanbator

Ułanbator

Ułanbator

Doszliśmy na bazar. Jest tu wszystko. Na dzień dobry widać pasy i buty, skórzane. Im głębiej, tym coraz różniej.

Ułanbator

Buty różne. Od chińskich podrób, po rasowe obuwie na step. Niektóre, to śmiało mogłyby z NewRockami konkurować.

Ułanbator

Ułanbator

Dużo wyrobów skórzanych, dużo chińszczyzny, ale znaleźliśmy też swojskie elementy.

Ułanbator

Daliśmy radę się też najeść. Po prostu zauważyliśmy, że miejscowi to wcinają, więc długo nie zastanawialiśmy się.

Ułanbator

Ułanbator

Kiełbasa, ziemniak, placki z głębokiego oleju i mongolska herbata. Dwie osoby najadły się za ok. 11 zł.

Cały czas kminimy, co zrobić z tą wycieczką. Powoli się łamiemy, bo w sumie raz się żyje, nie wiadomo kiedy będzie następny raz w Mongolii, etc, może się uda ponegocjować cenę..
Ale..
Jak siedzieliśmy rano na dworcu, do ludzi wyglądających jak turyści podchodziła kobieta i dawała im mapę Ułanbator. Mapa była darmowa, natomiast była też reklamówką jej guesthouse i jej samej, jako touroperatora. Stwierdziliśmy teraz, że idziemy do niej popatrzeć, może będzie miała alternatywę jakąś.
Dostaliśmy alternatywę. Wycieczka jak wyżej, plus do tego jazda na koniach i jazda na wielbładach i wszystko będzie po 330$ od osoby.
Oj, koleżanko Tselmeg…..
Cenę zbiliśmy jeszcze do 620$ za dwie osoby. W sumie, to wygląda na sporo, ale skąpić na takie rzeczy nie warto, takie nastawienie mieliśmy.
Wyjazd o 7.20 rano.

Po powrocie do guesthouse okazało się, że nikogo nie ma, a nam chyba ‚zapomniano’ dać klucza, więc poczekalismy trochę pod drzwiami.
W następny dzień rano plecaki na ramię i out. Napisałem Meg SMSa z podziękowaniami za gościnę (takimi normalnymi). Nie odpisała :)

Ah, właśnie, na specjalne życzenie paru kulinarnych ęą, zacząłem robić zdjęcia tego, co jemy.
Nie dałem rady zapamiętać, jak się większość nazywa, choć bardzo się starałem. Prawie wszystkie nazwy brzmiały na kształt ‚btlhmfrwgmtglhntmwr’.

Mongolia
Akurat tej zupy nazwa brzmiała mniej więcej jak „love shag” :)

Mongolia
To coś było z baranem w środku

Mongolia

Mongolia
Baran i mongolska wódka.

P.S. Mongolia nie jest dla jaroszy, czy ludzi przejmujących się zabijaniem zwierząt. Dieta oparta jest na mięsie. Taka kultura, taka historia. Jesteś wojującym wege? Wykreśl Mongolię z listy krajów do odwiedzenia.

Dzień 12. Ułanbator – Park Khustain Nuruu – Jezioro Ugii

Pobudka – 6.30. Znów się nie wyspałem :(

Wczoraj, jak klepaliśmy wycieczkę, to nie płaciliśmy żadnej zaliczki, nic, zostawiliśmy lasce tylko adres e-mail. Zbiórka miała być pod naszym blokiem o 7.20. Kierowca miał zawieźć nas na śniadanie (brzmi burzujsko, c’nie? :), po śniadaniu miał być wyjazd.
7.30 – nie ma nikogo.
7.45 – dalej nic.
Ja też nie wziąłem żadnego kontaktu. Hmm, ale zaraz, mam jeszcze tę ulotkę, z dworca. Jest numer.
Pisze SMSa – nic.
Niech stracę – dzwonie. 4 dzwonki, 5, nic.
7. dzwonek – pyk. „Hello?”
Z prędkością karabinu maszynowego (minuta rozmowy w Mongolii to chyba z 7 zł) wyszczekalem „nie ma nikogo, co jest, jesteśmy tu i tu, pod takim a takim sklepem”.
Słyszę „kierowca czeka już od 7., ale chyba stoi gdzieś indziej, zadzwonię do niego, czekajcie 5 minut”.
Czekamy 15, nic. No to SMS: „WTF?”.
10 minut pozniej ktoś mnie łapie za łokieć: zziajana właścicielka. Okazało się, że kierowca zaparkował niedaleko, ale w bocznej uliczce. Ja go nie widziałem, a i nie wiem, czy on szukał nas.

Jedziemy na śniadanie. W międzyczasie właścicielka mówi, że ma jeszcze jednego chętnego na wyprawę z nami, że jak go weźmiemy, to cena będzie niższa. Ok, o ile niższa? Myśli i myśli i mówi: o 30$. Od osoby? Nie, od całości. Halo, halo, to za to, że będziemy jechali 100 km więcej, to krzyknęłaś nam 60$ więcej, a dodatkowa osoba to dla nas zysk 30$? Coś mam wrażenie, że chcesz się, pani, odkuć za wczorajsze targowanie się! Ni chu chu, dla 30 baksów, to się nie będziemy gnietli w trzech, na tylnym siedzeniu chińskiego dżipa. Z resztą, jak zobaczyłem chłopa, to już nie miałem wątpliwości; ja byłbym najmniejszy z całej trójki :) Kiedyś tak jechaliśmy, VW Polo, w 3 chłopa z tyłu, na saksy do Holandii, tam i z powrotem. Raz mi wystarczy. :)

Pojechaliśmy w czworo. My, kierowca i przewodniczka/kucharka.

Mongolia

Mongolia

Przewodniczka miała na imię Odna, imię kierowcy brzmiało jakoś w stylu ichiejszych potraw – czyli nie zapamiętałem.

Bukując wycieczkę wiedzieliśmy, że wracamy za 3 dni, w niedzielny wieczór. I na wtedy też zaplanowaliśmy wyjazd w stronę Chin. Kalkulując opcje, wyszło nam, że znów najtaniej będzie zrobić to w trzech rzutach. Pociąg do granicy, do Zamin-Uud, autobus przez granicę, do chińskiego Erlian i z Erlian do Pekinu.
Zatem, zanim wyruszyliśmy z miasta, musieliśmy ogarnąć bilety na dalszą drogę. Ogarnęlismy. Bilet do granicy kosztował niecałe 10€, bilet przez granicę 6,5€. Wychodzi na to, że Mongolię z północy na południe można przejechać za 20 jurków, a i tak z Suche Bator do Ułanbator jechaliśmy w coupe (kuszetki w zamykanych przedziałach). Tak, właśnie tego oczekiwaliśmy!

Po Mongolii

Jedziemy. Ułanbator to mega zakorkowane miasto. I non stop klaksony. Ale, jak się wyjedzie poza tereny zabudowane, to  nagle robi się pusto. A czemu tak? Okazuje się (bazuję na informacjach od Odny), że w stolicy mieszka 1,2 mln ludzi, a w całej Mongolii 3 mln. Całkiem niewiele, jak na tak rozległy kraj. I to tłumaczy, dlaczego za stolicą kończy się cywilizacja.

Drogi za UB są asfaltowe. I proste. 70 km i 5 zakrętów, z czego 2 miały więcej niż 45 stopni. Niemalże raj dla początkujących kierowców.

Mongolia

Niemalże, bo, pomimo równego asfaltu, dziur jest od cholery. I jak na zakrętach się kierownicą nie nakręcisz, to na prostej drodze odrobisz to z nawiązką.

Jesteśmy cały czas na wysokości ponad 1000 m.n.p.m. Mam cały czas zatkane uszy. Od początku Mongolii, czyli od ruszenia z Suche Bator. Na początku myślałem, że to że względu na przeziębienie, że mi się coś na uszy rzuca, ale po delikatniej wymianie informacji z wysokościomierzem, zweryfikowałem to. To przez wysokość. Choć z drugiej strony, to też mnie to zastanawia: w Bieszczadach nigdy czegoś takiego nie miałem, parę tygodni temu objechałem Tatry i też nic.

Mongolia

A propos przeziębienia, chyba przeszło. Rycham jeszcze trochę, chrapię w nocy mocniej, niż słabiej, ale czuję się dobrze, odstawiłem też leki :))

Zaczynają robić sie naprawdę ładne widoki.

Mongolia

Khustain Nuruu

A więc wycieczka. Najpierw jedziemy oglądać dzikie konie. Te, które nazwali imieniem ruskiego o polskim nazwisku, Przewalskiego.

– A będziemy na nich jeździć? Nie? Eeeee… Będziemy obserwować, ale tylko przez lornetkę? Jak to, przecież w taki sposób zdjęć nie porobimy!…

Koniec końców, konie zobaczyliśmy, zdjęcia pstrykliśmy. Z ręki nam jeść nie chciały, uciekały, cholery, jak je goniłem. Dzikie jakieś, małe takie..

Konie Przewalskiego, Mongolia
Konie Przewalskiego

– I co, coś jeszcze tu mamy do oglądania? Nic??? Już jedziemy dalej? Eeee…

Początki rozczarowujące troszkę. Coś nam te 600$ staje w grdyce powoli :)
Ale widoki piękne są!

Mongolia

Dużo bardziej ciekawa jest jazda samochodem. Z asfaltem zaczyna się robić jak z deszczem w lipcowym Murmańsku: jest co 15 minut na 5 minut. Dziury w drodze są zastepowane przez jej brak i mamy quasi offroad w tumanach kurzu. Jest fajnie! Kierowca, dość delikatny w jeździe, w porównaniu z sympatycznym panem z Olchonu, leci unisono z mongolskimi hiciorami z MP3 playera, które to hity, w sumie, bardzo pasują do podróżowania po tym kraju, naprawdę! Jest patetyzm, teksty pewnie denne, ale czuć klimat i, skupiając się na drodze i jednocześnie słuchając muzyki, można złapać tę fazę, pt. „podróżuję po Mongolii”!
Drogą jest pełna polnych myszy, które lubią chyba zabawę z dreszczykiem, na zasadzie „e, ty, ziom z dziury obok, założysz się, że przebiegnę przed tym samochodem i nic mi nie będzie?”, bo non stop latały nam przed kołami. Ewentualnie mają silną depresję i myśli samobójcze i na tyle duże cohones, że, bez większego zastanawiania się, wcielają pragnienie śmierci w czyn. Pod kołami ich nie było czuć, natomiast myślę, że z kilkadziesiąt z nich dokonało żywota lub przegrało zakład z naszą pomocą. Momentami, to i pobocze i droga normalnie się ruszały, tyle tego biega tam!

Druga rzecz, powiązana z myszami, to jastrzębie. Serio, jeszcze tyle na raz to nie widziałem. Obserwacja, jak szybują na niebie, żeby naglę spaść na ziemię – piękna sprawa! Jeden z nich niemal przy nas spadł na myszę i odleciał z nią w dziobie, szkoda, że odbyło się to tak szybko, że nawet aparatu nikt nie zdążył uruchomić :/

Trzy, to trzoda chlewna, chodzącą wszędzie. Stada krów, owiec, kóz, często nawet koni, czy wielbłądów na ulicy to norma. Patrząc na to zrozumiałem, dlaczego wzdłuż całej trasy kolejowej, od Suche Bator aż do Zamin-Uud jest zbudowane ogrodzenie z drutu kolczastego. Dla bydła, ludzkie trakty nic nie znaczą, one mają swoje. Tutaj, o stuknięcie zwierzaka na drodze jest równie łatwo, jak o dostanie w ryj na Pradze Południe, letnim wieczorem. Wyobraźcie sobie, co się dzieje, jak pociąg wpadnie w takie stado. Samochód, to jeszcze zwolni, wyhamuje; pociąg nie bardzo ma jak.

Nasza przewodniczka nie była tak zafascynowana widokami jak ja, dała się przyłapać na spaniu w pracy.
Mongolia

Jezioro Ugii

Na noc zajechalismy do geru (mongolskich jurt). Nad jeziorem. Znów mam opad szczeki, jeśli chodzi o widoki
Mongolia

Mongolia

i jednocześnie lekka konsternacja, jeśli chodzi o samą wycieczkę: ok, przyjechaliśmy tu, jest zajebiście, ale co, mamy iść już spać? Kierwa, na to wygląda.

Ale zaraz, przy jurcie obok widzę grupę Mongołów i słyszę śpiewy dobiegające ze środka. Podchodzę, patrzę, w środku siedzą ludzie. Widząc, że zaglądam, wołają mnie do środka. Osz w mordę! W środku wygląda, jak na obrazku: że 20 starych osób, ubranych po ichniemu, po środku kobieta lejaca kumys (sfermentowane końskie mleko) i facet lejący wódę, obok sterta kości z mięsem, to na kolację, kobiety śpiewają ichniemu piosenki; dziękuję, już dzisiaj nic nie musi się więcej dziać, mi styka. Pobyt nabiera kolorów!

Na wejściu dostałem miskę z mlekiem do jednej ręki, kielona do drugiej i kawałek ciacha w zęby, żebym gębę w końcu zamknął. Zjadłem, wypiłem i otworzyłem znowu. A w międzyczasie kobiety zaczęły śpiewać. Mniód!!

Niestety, popełniłem dwa razy spore faux pas, uświadomił mi to gest pokazywania małego palca u ręki w moim kierunku. Pierwszy raz, jak piłem wódkę. Robiłem to tak, jak mnie wyuczyli w domu, czyli do dna. Niestety, tam się zawsze upija z kieliszka, polewacz dolewa wódki i przekazuje się kieliszek dalej; tak samo wygląda sprawa z kumysem. Z tym, że o tym drugim to już wcześniej wyczytałem; nie myślałem, że z wódką jest podobnie.
Druga zmasta była ze śpiewaniem. Okazało się, że każdy ma swoją kolejkę: musi zaintonować kawałek i wszyscy śpiewają potem z nim. Ja, z wrodzonej nieśmiałości nie chciałem śpiewać i podejrzewam, że straciłem w ich oczach sporo przez to. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz dałem dupy; tuszę, że wzięli poprawkę na to, żem z obcych krajow i nie żywili urazy za długo.

Wieczór skończył się dla mnie w miarę wcześnie, ból głowy szybko zawezwał mnie do łóżka. To pewnie kara za nieodpowiednie zachowanie na imprezie :)

Noce w Mongolii są bardzo ciemne i bardzo zimne. Najbardziej to czuć, jak się chce wyjść do wygódki za potrzebą. Resztę przemilczę :)

Dzień 13. Jezioro Ugii – Karakorum – Park Khogno Tarna

Karakorum

Rano obraliśmy kierunek na Charchorin, czyli starożytne Karakorum. 80 km offroadu, widoków i oglądania przyrody. Ciężko to opisywać, to trzeba zobaczyć.

Mongolia
Mongolia

Na miejscu do oglądnięcia są resztki starego monastyru lamajskiego, Erdene Dzuu, który, podobno, wg słów tubylców, założono jeszcze w czasach istnienia starego Karakorum.

Erdene Dzuu, Mongolia
Erdene Dzuu
Erdene Dzuu, Mongolia
Erdene Dzuu
Erdene Dzuu, Mongolia
Erdene Dzuu
Erdene Dzuu, Mongolia
Erdene Dzuu

Potem krótka wizyta w okolicznym muzeum, którą warto odnotować z dwóch powodów. Po pierwsze, mieli tam kibel :) Czysty i z sedesem. Jakżesz docenia się takie przybytki, gdy nie ma ich za dużo!

Drugi powód, to piękna zamiana ról z panią muzealnicą, kiedy strzeliliśmy jej wykład o europejskiej eskapadzie Mongołów w XIII w. Dobrze było poczytać przewodniki przed przyjazdem, by błysnąć w odpowiednim momencie. Myślę, że kobieta będzie teraz dłużej zatrzymywała się przy tej konkretnej mapie i z radością prezentowała świeżo zdobytą wiedzę.

Semi-Gobi

Wieczór, to kolejny ger, tym razem w okolicach małej diuny piaskowej, jedynej w środkowej Mongolii, którą nazywają semi-Gobi. Umiejscowienie obozu, to było mistrzostwo świata. Na małym wzgórzu, z jednej strony, w oddali, szczyty gór, z drugiej ogromna przestrzeń, z piaszczystymi wydmami i mała rzeczką wijącą się obok, stada owiec, kóz, krów, koni, parę baktrianów; po raz kolejny zbierałem szczękę z ziemi.

Mongolia
Mongolia

Potem, po raz pierwszy w życiu siedziałem na koniu, hehe. Na szczęście był mały i bardzo spokojny, co sie mocno przydało, jak przewodnik kazał mi samemu wracać do geru, kiedy pojechał zaganiać krowy. Dojechałem, żyje, 1:0 dla mnie.

Mongolia

Kolejny dzień z końcem znacznie lepszym niż początkiem.

W nocy zaczęło tak wiać, że kieleckie, to mogłoby tu przyjechać na nauki, jak to jest, gdy prawdziwie piździ.
Jurty nie są szczelne, dwa śpiwory i wełniany koc ledwie starczyły. Jak oni żyją tu w zimie?

Dzień 14. Park Khogno Tarna – Ułanbator

Rano, przed wschodem słońca wybraliśmy się na przejażdżkę wielbłądami.

Mongolia

Obawiałem się tego, po nienajlepszych wspomnieniach z jednogarbnymi, z Sahary, ale, o dziwo, poszło bardzo bezproblemowo. Co dwa garby, to nie jeden. Mniej buja, oprzeć się można, wypas. Pobawiliśmy się w zaganianie stada owiec, zapaliliśmy po malborasie jednym, drugim, z panem przewodnikiem,

Mongolia

poprzytulaliśmy się z oseskiem wielbłądzim, który zapałał do nas wielką i bezinteresowną miłością (mimo, że nie mieliśmy nic dla niego do jedzenia) i ruszyliśmy w drogę powrotną do Ułanbator.

Nie będę już wspominał o kolejnym opadzie szczęki na widok widoków, bo będę monotematyczny. Z ciekawych rzeczy ponad to, to widzieliśmy dwa jelenie przebiegąjace przez drogę przed nami i parę lisów. Była jeszcze jedna rzecz, ale kto ma słabe nerwy, to niech dalej nie czyta.

Przy drodze, w pewnym momencie, zobaczyliśmy grupę osób oprawiających zabite konie. Początkowo myślałem, że to tak sie tu robi z tymi zwierzętami, szlachtuje na stepie i wiezie gdzieś tam. Potem zostałem uświadomiony, że to był wypadek – ciężarówka wjechała w zwierzęta przechodzące przez drogę. Efekt, to 6 koni nieżywych. Zastanawiam się, czy to jest wielka strata dla właścicieli, bo z tego co wiem, to zwierzęta hoduje się i tak dla mięsa, a jak przyjechaliśmy, to były już ćwiartowane, więc się nie zmarnuje. W każdym razie zafascynowała mnie inna rzecz: na jednym z jeszcze nieoprawionych trucheł siedział może roczny chłopczyk i się najnormalniej w świecie bawił. Nic to, że obok niego leżała odcięta głowa, a dwa metry dalej leżały wnętrzności tego konia; malec zachowywał się tak, jak polskie dziecko siedzące na koniu na biegunach i był przeszczęsliwy.

Zdjęcia chłopczyka nie zamieszczę, byłoby chyba już za grubo i za hardkorowo :) W ramach rekompensaty, macie zdjęcie dziewczynki w aucie na łysych oponach :)

Mongolia

Zastanawiam się też przez chwilę o tym, jak się tu jeździ samochodami w nocy. Bo z jednej strony dziury, z drugiej zwierzęta, nietrudno o porządny wypadek. Więc albo nikt nie jeździ, albo wszyscy maksymalnie ograniczają prędkość.

Dzisiaj wyjeżdżamy z Mongolii. Pociąg z Ułanbator do Zamin-Uud niemalże pełny, a nam, niestety, przypadły miejsca boczne. Do tego zero prądu, a baterie wyładowane.

Dzień 15. Ułanbator – Erlian – Pekin

Koniec Mongolii

Poczułem się jak w trumnie. Po raz pierwszy jechałem nogami do przodu :)
Pomoc koleżanki Odny skończyła się tym, że dostaliśmy boczne miejsca w wagonie. A, że wagon był plackartny, to miejsca średnio fajne. Przy głównym ciągu komunikacyjnym, czyli non stop ktoś przechodził obok; miejsca bardzo wąskie, czyli jak chciałem usiąść po turecku, to kolano wystawało i ciągle ktoś o nie zahaczał idąc korytarzem; stolika nie było, bo był częścią miejsca do leżenia. No i fantastyczna długość łóżka, całe 1,80 m. Niby dla mnie prawie co do centymetra, ale jak chciałem ręce pod głowę założyć, to łokcie uderzały o ściankę. Nic, może przeżyję, to tylko jedna noc.

A, za oknem górki. I pniemy się coraz wyżej. Maksymalnie dobiliśmy do 1,6 z kawałkiem km n.p.m. Uszy zatkane, standard.
Górki, lasy, gdzieniegdzie stada trzody, czasem pojawiał się mongolski kowboj. Oni fajnie jeżdżą na tych swoich zwierzakach, cały czas na jednym półdupku. Nie wiem, czy cały czas na tym samym, ale ten styl jazdy, w połączeniu z ich małymi końmi i niemalże niewidocznym trzymaniem uzdy, wygląda bardzo rasowo. W lewo, w prawo, co raz słychać głośne „czu, czu” i popierdzielają, jak małe samochodziki. A bydło trzyma poważanie i ładnie słucha.

Pociąg długi, jak cholera. Ponad 20 wagonów. Zobaczyłem to raz, w całej okazałości, jak robiliśmy zakręt ponad 180 stopni.
I znów brak trakcji elektrycznej nad pociągiem. A sama lokomotywa to na spalinówkę nie wyglądała. Hmm..
Udało mi się wygrać w karty, w końcu! A pani prowadnica, to coś się krzywo patrzyła na moje palenie pomiędzy wagonami, czy jak wystawiałem głowę z wagonu przez drzwi wejściowe, na postoju. Byłem niekulturalny i zignorowałem jej dziamdzianie, z sukcesem, bo się odczepiła.

W nocy poczułem zew kiszek, co było preludium do późniejszej wizyty w bardzo specyficznym miejscu. Na tę, natomiast, nocną chwilę miałem jednak szczęście skorzystać z najlepszego momentu na wizytę w pociągowej toalecie: wysprzątanej na noc i przez nikogo nie odwiedzanej, bo wszyscy śpią. Luksus ten znają Ci, którzy uczęszczają na festiwale typu open air: dźwięk pojazdu czyszczącego toy-toje w nocy, jest sygnałem do kończenia piwa, przeproszenia towarzystwa i udania się w kierunku kibla z papierem w ręce.

Rano, za oknem pustynia i… deszcz. Na Gobi dzisiaj wilgotno, coś nieprawdopodobnego. W centralnej Mongolii podobno ostatnio padało w sierpniu, a tu taka niespodzianka.

Zamin-Uud
Zamin-Uud

Witamy w Zamin-Uud.

Granica

Pod dworcem miliard ludzi. Co drugi krzyczy „taxi”, a połowa pyta „China?”. No to powiedz, kochaniutki, ile do Bejdżin? 220 yuanów, czyli 120 zł. Hem, hem, drogo. My tu mamy gdzieś autobus, co nas przez granicę przewiezie za 3,5€. Tak pojedziemy, a potem będziemy myśleć.

Jest i nasz autobus, pełny, ale mamy numerowane miejsca. Pytam pani biletowej, na migi, za ile odjazd. Pani mówi, na migi, że za 5 min. No, to lecę do sklepu obok wydać resztę tugrików na jakieś ciastka, bo mongolska waluta już mi raczej nie będzie potrzebna. Po 4 minutach wychodzę ze sklepu, patrzę, a autobus już jedzie! O, dziad! Szczęściem, jechał w moim kierunku, więc, jak w starych filmach, wskoczyłem w biegu, przez otwarte drzwi.
W autobusie ścisk. Jak cholera. Mam wrażenie, że jestem blisko Chin, bo tam ich chyba dużo i w ścisku żyją. Miejsca w autobusie jest akurat dla przeciętnych Azjatów – nas dwóch, niewielkich w sumie Europejczyków, to jakby ich trzech, więc głośno, w myślach, krzyczę „uwolnić ryby z puszek!”.

Ale nie, nie mam racji, to nie Chińczycy. Prawie cały autobus dzierży w rękach mongolskie paszporty. Mrówki!
Przejście przez granice, czyli kontrole celne, skanowanie bagaży, to jedna wielka gonitwa mrówek. Było blisko rękoczynów, bo pchają się, gonią, jak idioci, a my nieprzyzwyczajeni, mimo wielokrotnego przekraczania granicy w Medyce. Sęk w tym, że zielonego pojęcia nie mam, po co Ci ludzie tak gonili. Przejście przez granicę wyglądało tak, że autobus ze wszystkimi jechał pod punkt kontroli celnej/paszportowej, wszyscy się wylewali, odprawiali co trzeba i wsiadali z powrotem do czekającego autobusu. Bez wszystkich nie ruszył, więc czy byłem na początku, czy na końcu kolejki, to albo stałem dłużej przed celnikiem, albo przed pojazdem. Czasowo, zero różnicy.
Może po prostu oni tak lubią?

Erenhot
Erlian/Erenhot
Proza życia w trasie

Jakby inny świat. Z zapyziałego pomieszczenia z mongolskimi celnikami weszliśmy do hali, której nie powstydziłby się taki Modlin, na swoim lotnisku. Wszystko duże, błyszczy, oznaczenia jak na lotnisku, no ładnie!

Znów zaczyna mi się w kiszkach przewalać, teraz już coraz mocniej. Nie wiem czemu, bo nic niepewnego nie jadłem. No nic, może wytrzymam. Tylko do czego?

Zajechalismy na dworzec autobusowy. Poleciałem szukać kibla. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze koszmary.
Erenhot

Tak obsyfiony kibel widziałem tylko raz w życiu, była to toaleta publiczna niedaleko stadionu Dynama, w Kijowe. Tam nawet na bezdechu nie dało rady zrobić krótkiego sika. Dramat.

Niestety, miałem już tak podbramkową sytuację, że nie było alternatywy. Co mi się udało uzyskać, to to, że znalazłem damską „toaletę”, do której wejście nie powodowało automatycznych odruchów wymiotnych.
Tak, są takie momenty w życiu każdego człowieka, że wszystkie rzeczy, na codzień istotne, stają się malutkie, wobec nagłej, niesłychanie przyziemnej potrzeby.
Ale znów wygrałem. :)

Autobus… sypialny

Szukamy zatem transportu do Pekinu. A, nie! Próbujemy szukać! Weź i się dogadaj. Angielski – niet. Ruski – niet. Na migi, to cię w dupie mają.

Oj nie, moi mili, mnie nie zbyjecie. Jak na migi nie, to dawać kartkę, mam długopis, będziemy rysować.
O, i nagle są autobusy. Kali nie migać, Kali rysować. Autobus np. o 16. W Pekinie koło 6-7 rano. Pasuje. Ale bilet kosztuje 200¥. Drogo.

Jest jeszcze połączenie kolejowe, trzeba sprawdzić pociągi. Dworzec ichniego PKP to jakieś 20 minut iścia na nogach.

Dotarłem, jest też i kasa.

  • Psze pani, po ile bilety do Pekinu na dzisiaj?
  • Uuu, panie kochany, po 130¥, ale mamy tylko na popojutrze.

Lipa. Trza autobusem.

W Pekinie powinniśmy być wcześnie, przed 8. musimy dojechać do kolegi Nirela, u którego będziemy nocować, bo chłopak musi do pracy.
To skoro autobus z 16. będzie na miejscu o 6-7, to autobus o 15. będzie o 5-6, a to już pasuje, zdążymy dojechać. Kupuję.

Autobus, który nas będzie wiózł, to autobus sypialny! Nie wiem, czy tak tu ogólnie jest, że na dalekie trasy akurat takie autobusy podstawiają, ale dla mnie spoko. W Europie tego nie ma. Jedziesz do Paryża i 30h na siedząco.
Mamy miejsca górne i przy oknie.
Chiny

Poszedłem się też dopytywać o nazwę dworca, na który przyjedziemy. Pojawiła się jakaś mała Chinka, co coś kąsała w chinangielszyźnie (taka moja nowomowa określająca mówienie po angielsku z chińskim nosowo-samogłoskowym wymawianiem), więc pomagała delikatnie. Okazało się, że autobus nie przyjeżdża o 5-6, a o… 2. do Pekinu.

Zajebiście, znaczy się, że w końcu będziemy mieli nockę na dworcu :(. Nie, wcale mnie to nie cieszyło. Pytam, czy można zmienić godzinę, nie będziemy przecież spać po ławkach w poczekalni. Nie da się. Chinka coś pokazuje, taki znany gest z rękami pod policzkiem, jak przy spaniu. Że co, że można w autobusie spać? No tak, to już wiemy, przecież to sypialny autobus jest.

I znów jak w trumnie. Jadę nogami do przodu. A miejsca tyle, że dla większych ode mnie mam dobrą radę: nie jeździjcie w Chinach sypialnymi autobusami! W zasadzie można tylko na wznak, pod warunkiem, że nie masz więcej niż 180 cm.

Dzień 16. Pekin

Dojechaliśmy planowo do Pekinu. O 2. w nocy. Pojazd się zatrzymał i wysiadły z niego.. dwie osoby. A reszta śpi. WTF?
Chwila oczekiwania i eureka! Chinka nie pokazywała tego, że to sypialny autobus, ale, że można w nim spać po przyjeździe! No, na to, to za Chiny bym nie wpadł! To nastawiam budzik i na drugi bok, w kimę!
Wyszliśmy z autobusu o 5.30. :)

I pierwsza bomba „kulturowa” w twarz. Same krzaczki zamiast napisów. Mam wytyczne: jechać autobusem tym i tym, z przystanku takiego i takiego, wysiąść tu i tam. Bosko, to weź i znajdź przystanek. Mission, kur.., impossible. Zagaduję jedną osobę, druga, trzecią – nic. Tylko kręcenie głową, czasem jakieś ichnie „siałałhłał”, co, wnioskując po minie, oznacza „niśt fersztejen”. Normalnie poczułem się jak głuchoniemy analfabeta. Zero opcji na jakąkolwiek komunikację.
Po godzinie łażenia i kombinowania poddałem się. Bierzemy taksę.
Odległość na mapie wyglądała na całkiem niedużą, przerzucając na Warszawę, to jakbym z dolnego Mokotowa jechał na Siekierki. Na liczniku wyszło prawie 17 km, czas jazdy 1h15m. Ot, miasteczko.

Kolega Nirel i poczekał na nas i nawet śniadanie zrobił. Poszedł do pracy i klucze zostawił, jakbyśmy chcieli gdzieś iść, zwiedzać. Miło.
Ale dzisiaj basta. Najpierw kima.

W końcu jest spanie w normalnym łóżku. Swój pokój, nikt nie przeszkadza.

Kolega Nirel mieszka sam. I to było widać w mieszkaniu. Niestety, warunki sanitarne były dalece odbiegające od norm, do których jesteśmy przyzwyczajeni, na dodatek mieszkanie było dość mocno zapuszczone.
Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Szczególnie dlatego, że dostaliśmy klucze, pokój był tylko dla nas, był Internet, dwa łóżka, nawet telewizor z 50 chińskimi kanałami! Dodatkowo, potem mieliśmy jeszcze pralkę do dyspozycji. Wypas. Inne niedogodności dało się przeskoczyć.
Pekin

Ten dzień przeznaczaliśmy na spanie, odpoczynek. Nie było żadnej dyskusji, nie rozważaliśmy żadnej innej opcji, po prostu czułem w kościach, że tak trzeba. Tym bardziej, że cały czas lało. Na wieczór byliśmy umówieni z koleżanką Werką, która bawiła od tygodnia na delegacji w Pekinie, także na spokojnie wstaliśmy sobie po 15., zrobiliśmy prysznic, jakieś małe papu i myk, do centrum.

Pekin
Przed Zakazanym Pałacem

Tego centrum za wiele to nie pooglądaliśmy, w sumie to i tak nie było naszym celem. Tyle, co odmeldowaliśmy się przed obrazkiem Mao i poszliśmy połazić po pobliskich hutongach. Po zmroku, to ciekawe uczucie, łażenie po tamtejszych małych uliczkach..

Pekin
Pekińskie hutongi. Niemal ścisłe centrum miasta

I, przy okazji, zjedliśmy coś lokalnego, w jakiejś małej, zapyziałej jadłodajni.

Jedzenie, mimo ogólnie panującego syfu, bardzo fajne. Na pewno, na dzień dobry, człowiek czuje się mocno zdezorientowany: niby duży wybór, wszystko opisane szlaczkami, więc je się w ciemno. Natomiast, jak się już rozezna, to większość potraw, to miks tych samych składników, w różnych wariacjach.
Podobnie, jak wytestowałem swego czasu w Tajlandii, najlepsze i najtańsze jedzenie jest na ulicy, z budek, rowerów i innych przenośnych urządzeń oraz ze zwykłych jadłodajni. Nie ważne jak wygląda i że nie jest czysto, ważne, żeby inni z tego też jedli, najlepiej lokalni. Mieliśmy dwa sposoby na jedzenie: chwilę asystowaliśmy przy budkach i patrzyliśmy co się z czego robi i jak
Pekin

Pekin foodporn

Pekin foodporn
Pełna rozpusta

albo zamawialiśmy na oko kilka potraw i próbowaliśmy po kolei.

Wszyscy ostrzegali, że po dobrej chińszczyźnie piecze dwa razy. Nadal nie wiem dlaczego.

Dzień 17. Pekin

Zakazany Pałac

Ten dzień przeznaczyliśmy na odwiedziny Zakazanego Pałacu.
Zakazany Pałac

Zakazany Pałac

Zakazany Pałac

Ludzi, jak to w Chinach, miliard. Nie ważne, czy środa, czy sobota. Drą się, przepychają, atakują zewsząd. Strasznie mnie to męczy i dość skutecznie odbiera przyjemność oglądania czegokolwiek. Do tego nachalni przewodnicy, ich megafony, strasznie duży harmider. Oto główne wrażenie.

Weronika mówiła, że sam kompleks jest ogromny, trzeba iść ze 4 godziny, żeby ogarnąć cały. Miała rację, jest to spore, ale nam, z racji powyższego zgiełku, udało się przejść całość w 1,5h. Po łebkach, nie latałem za tłuszczą, nie robiłem miliarda zdjęć i wcale mi nie jest szkoda, że nie odwiedziłem jakiejś tam krypty, czy czegoś.
Jeszcze jedna, ciekawa rzecz, która opowiadała Werka, a która przyuważyłem. Chińscy przewodnicy, w trakcie swojej pracy, polegają też na wyobraźni turystów. To znaczy, wchodzi grupa do pustego pomieszczenia i przewodnik mówi: w tym rogu było krzesło na którym lubiał przesiadywać cesarz Yao piętnasty, a w tym miejscu było palenisko, które pozwalało mu się ogrzać w zimne dni. I wszyscy cykają zdjęcia „krzesła” i „paleniska”…
(Z tym cykaniem zdjęć, to dodałem od siebie – wczułem się w klimat i puściłem wodze wyobraźni, jak banda rozwrzeszczanych Chińczyków robi foty pustych miejsc, a potem opowiada o nich w domu, z mega przejęciem:)

Dzień 18. Pekin

Dzisiaj planowaliśmy pojechać na Wielki Mur.
Zanim to nastąpiło, musieliśmy powrócić do naszej prozy podróżowania: trzeba było kupić bilety na dalszą podróż, czyli z Pekinu do Władywostoku. Zaczęły się delikatne schody.
Otóż, od początku października, w Chinach zaczynają się jakieś ichnie ogólnokrajowe święta. Wiąże się to z tym, że wszyscy mają tydzień wolnego i wszyscy gdzieś jadą. Jaki jest tego efekt, nietrudno się domyśleć. Zapomnij o biletach na dobre miejsca w pociągu, ba! zapomnij nawet o biletach!
Plan na dojazd do Kraju Nadmorskiego mieliśmy taki: w sobotę wieczór pojechać nocnym pociągiem do Harbinu. W Harbinie były dwie opcje: bezpośredni autobus do Władywostoku (wyjeżdżał o 7. rano), albo pociągiem do Suifenhe, czyli miasta na granicy z Rosja i stamtąd, w jakiś sposób, przebijać się do Władywostoku.
Plany szybko zostały zweryfikowane przy kasie. Abstrahując od tego, że na dworcu dzikie tłumy, wszędzie bramki bezpieczeństwa, harmider, tłok, to okazało się, że biletów nie ma. Na sobotę wieczór, do Harbinu zostały tylko miejsca siedzące i stojące, a pociąg, to taki zwykły, nie szybki. I zamiast 12h będzie jechał 20h. Grubo. Ale nie ma co dyskutować, bierzemy. Wyjazd sobota 20:43, na miejscu, czyli 1200 km dalej jesteśmy ok. 16:30.
Pytamy: a jak dalej? Z Harbinu do Suifenhe? No nie ma biletów, są tylko miejsca stojace. To my się zastanowimy, w takim razie.
Rozważam inną opcję: nocleg w Harbinie i przejazd do Rosji bezpośrednim autobusem. Z tym, że nie mam noclegu ogarniętego (co w sumie nie jest problemem), nie wiem skąd autobusy odjeżdżają, nie wiem, czy będą bilety i podobno to kosztuje ponad 200 zł od osoby. Czyli drogo.
Z pomocą przychodzi niezastąpiona Weronika, która zaprzęga do pracy menadżerkę jej hotelu – ta weryfikuje dostępność biletów i pozwala nam znaleźć „dogodne” połączenie; Werka kontaktuje nas też ze swoim kolegą w PL, który robił kiedyś tę trasę i, który, ostatecznie utwierdza nas w przekonaniu, że trzeba jechać pociągiem. Dodatkowo, bilet z Harbinu do Suifenhe to koszt 40 zł.
Celowo napisałem „dogodne”, gdyż to połączenie było jedyne sensowne, które było dostępne. Czyli czekał nas 6h postój w Harbinie i potem kolejne 10h jazdy na miejscach siedzących. Sumarycznie, do samej granicy będziemy jechali jakieś 36h. Zaczynam się już mentalnie nastawiać……

Chińska uczynność

No, to teraz, na spokojnie jedziemy na Wielki Mur.
Spokojnie było do momentu dojechania na miejsce, skąd podobno odjeżdżał autobus do Badaling (czyli do miejscówki z Murem). Oczywiście, wszystkie napisy w krzaczkach, tyle co zauważyliśmy napisanego po ludzku, to „877 and 919 6:00-12:00”. Czyli nasze autobusy. Patrzę na zegarek – 11:55. Autobusów nie ma (tzn. jest milion innych, ale nie nasze). W końcu jakiś koleś podchodzi i mówi „autobusów dzisiaj niet, już wszystkie pojechały, następne dopiero jutro”. Ale jak to, przecież jeszcze 5 minut! No tak to, nie będzie autobusów – mówi. Kur.. mać. Zły jestem już. Zaczynają mi ci Chińczycy wychodzić bokiem już, to ich ogarnięcie, brak najprostszych informacji turystom, o bądź, co bądź, bardzo turystycznym miejscu.
Co zrobić, trzeba iść zwiedzać co innego. A, że pierwsze oznaki braku chęci do czegokolwiek powoli nadchodziły, to wybór padł na zwiedzanie Świątyni Nieba i przejście potem w stronę Tienanmen. Jedynie. Potem dom i spanie. Wielki Mur jutro.

Świątynia Nieba
Świątynia Nieba

Dzień 19. Wielki Mur

Tym razem dużo wcześniej jesteśmy na przystanku. I dalej nie ma autobusu. Już wkurzony, pytam na migi jakichś Chinek, o co chodzi? Pokazują, że ok, żeby iść dalej. I co się okazało? Że dochodzimy do przystanku na którym jest milion autobusów i WSZYSTKIE nasze. Co 5 minut jakiś odjeżdża. Noż pieprzony, wczorajszy szmaciarz! Gnój nas najnormalniej w świecie wczoraj zrobił w konia, z pełną premedytacją. Wystarczylo przejść 500 m dalej. W myślach sprzedaję typowi taką wiązanę, że jakby uslyszał ją na żywo, nawet po polsku, to dźwięczałaby mu w uszach przez następny rok chiński.

Do Badaling jest jakieś 30 km. Okazuje się, że zaraz za Pekinem są górki. O ile stolica Chin leży na ok. 50 m.n.p.m., tak parking pod Murem jest już na wysokości 650 m.
Wychodzimy na Mur. Pogoda jest taka, że klnę kolesia po raz kolejny: widoczność – 10m, taka mgła. Właściwie, to nic nie widać.
Wielki Mur

A wczoraj było słońce…..

Mała dygresja, to słonce, to wczoraj „bylo”.
Pekiński smog

Czemu tak? Taka mgła była? Nie, to „zamglenie” to typowy pekiński smog. Jego normalnie widać. Jak jest jakaś większa przestrzeń, to wszystko dalsze jest za taką szarą mgiełką. Wygląda to, na pierwszy rzut, tak dosyć tajemniczo (jak ktoś oglądał kiedyś taki szmatławiec jak „Mgła”, to wie o czym mówię), ale, jak się chwilę pomyśli nad tym, co się wdycha tutaj, to już nie jest to takie zabawne.
Pekin

Wracając do Muru, myślałem, że to będzie takie zwykłe pitu pitu. Wejść, pospacerować, cyknąć fotę i out. A tu nie! Spacerować owszem, można, ale w górę i na dół! Przeszło się 500 m po murze, a to nagle wysokościomierz pokazuje 900 m.n.p.m.! Przypominam, parking był na wysokości 650 m.n.p.m, wejście na Mur jakieś 50 m. wyżej. Czyli na przestrzeni pół kilometra jest 200 metrów w górę! Pikawa bije w rytmie 180, co słabsi robią przystanki co 50 m. Przypomina mi się mój trening z bieganiem po schodach, myślę, że codzienna przebieżka półtora kilometra po Murze dałaby te same efekty, jeśli nie lepsze. Podoba mi się to!

Opad szczęki

No dobra, ale mgła jest taka, że nic nie widać. Piździ jak w Mongolii, ludzi kupa, na dodatek coś zaczyna grzmieć. Po przejściu tych pierwszych 500 m, zaczynam się zastanawiać czy jest sens dalej iść. Poza aspektem wysiłkowym, nie ma żadnych innych plusów, a nie na trening tu przecież przyszedłem. Wyrażam głośno swoje wątpliwości i słyszę „chodź, idziemy”. No to idziemy.
Zaczyna mocniej grzmieć. Tłumaczę sobie, że jesteśmy w górach, że duża mgła, więc będzie grzmiało, ale tylko grzmiało. Oj, naiwny. Najpierw kropi delikatnie, potem nagle „jebut” z góry. Na ostro. Otwarta przestrzeń, mega śliskie kamienie i schody, nie jest fajnie. O tyle dobrze, że co jakiś czas na Murze są strażnice z dachem. Ale zaraz, najbliższy dach za 300 metrów. A między mną, a nim jest jakieś 50 m w dół i 70 m w górę. Szybka decyzja – sprint i zaklinanie, żeby tylko się nie poślizgnąć i nóg nie połamać. A stromo jest, że hoho!
Udało się! Tyle co wbiegłem, zaczęło walić gradem. Co za pogoda!
Ale przecież, jak jest deszcz, to nie ma mgły! Efekt krótkiego prysznica był taki, że po 20 minutach lania i lanie i mleko zniknęły i Mur pokazał się w całej okazałości. I po raz kolejny zbieram szczękę z ziemi…
Wielki Mur

Wielki Mur

Wielki Mur

Wielki Mur

Tak. Teraz dopiero zaczęła się przyjemność ze zwiedzania. Ludzie niemalże znikli. Cała reszta była mniej istotna :)

Zabawiliśmy na Murze chyba jeszcze ze 2h. Nieźle, jak na raptem niecałe 2 km dostępne do spacerowania dla turystów. I wróciliśmy do domu.
I tyle. To był nasz cały plan na Pekin. Zostawał nam jeszcze jeden dzień – sobota.

Dzień 20. Pekin

Przeznaczyliśmy ją na jakieś małe zakupy, poszliśmy do Pearl Market popatrzeć na „oryginalną” elektronikę, okulary i zegarki made in china. Proponowano mi kupienie dwuterabajtowego pendrive w niewiarygodnie niskiej cenie – aż zacząłem się zastanawiać, czy tak bardzo jestem w tyle, bo nie wiedziałem, że takowe już produkują :)
Ale zakupy poczyniłem. 64 GB pendrive „marki” SanDisk za jedyne 35¥ (mniej niż 20 zł) – sprawdzałem na miejscu, niby działa! Kolejny powerbank, 10400 mAh, za jedyne 40¥ – już sprawdziłem, fake, nawet telefonu w całości nie naładuje, czyli było 1:1.
Myślę, że jest tak, że gdy sprzedawca „nie umie” się targować i zejdzie np. ze 120¥ na 40, to sprzęt jest gównem. Czasem zdarzają się rzeczy dobrej jakości, ale wtedy nie ma aż tak dużej opcji na zbicie cen. Oczywiście i tu i tu można bawić się jak w Kole Fortuny, czyli bierzesz bramkę w ciemno, ale na końcu jest tak jak w kasynie, sprzedawca czasem straci, ale w końcowym rozrachunku zawsze musi być sporo na plus.
Następnym razem będę mądry.

Po zakupach. Przed nami teraz chyba najcięższa część wyprawy – podróż do Władywostoku.
Pekin Railway

Nastawiałem się długo na tę podróż. Od momentu kupienia biletów wiedziałem, że nie będzie łatwo. Ba, wiedziałem, że będzie ciężko.
I było.
48 h podróży – przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Dzień 21. Pekin – Harbin

Koleją w Chinach

Zaczęło się już na dworcu w Pekinie. Miałem do czynienia po raz pierwszy z chińskimi pociągami, to nie znałem procedury. Przede wszystkim, miliard wejść do dworca, wszędzie bramki z wykrywaczami metalu, nie wiadomo kto za czym przy tych bramkach stoi. Dogadać się, zapytać o drogę – powodzenia życzę.
Byliśmy na dworcu na godzinę przed odjazdem. Zanim znaleźliśmy wejście odpowiednie i dostaliśmy stempelek na bilecie (tak tam trzeba), zrobiło się nerwowe 10 minut do odjazdu. Potem jedna kontrola, druga kontrola, wszędzie kolejki, a w głowie huczy „nie ma czasu!”. Nie wytrzymałem i zacząłem się po prostu wpychać przed kolejkę, machając biletem przed oczami kontrolujących. Dobra taktyka, poskutkowało to tym, że zamiast nas prześwietlać, pokazywano nam gdzie iść i przechodziliśmy bez sprawdzania.
Do pociągu wpadliśmy na 3 minuty przed odjazdem. Uff.

Chiny
Pekin – Harbin

Pierwsze wrażenie z pociągu – ujdzie, chyba ścisk jest, ale mamy miejsca numerowane.

Niestety im dalej w las, tym było gorzej.

Chińskie wagony są dla Chińczyków. Zamiast 4 siedzeń w rzędzie, oni mają 5. Chyba jasne, co to oznacza dla człowieka trochę szerszego w barkach niż przeciętny mieszkaniec Kraju Środka.
Dalej, oparcia siedzeń są wspólne. Czyli osoba która siedzi za moimi plecami, dzieli ze mną oparcie. Co za tym idzie to to, że oparcia ustawione są pod kątem 90 stopni. Nawet profilowanie ich nie pomaga, siedziska są na tyle krótkie, że wymusza to pozycję jak w podstawówce, plecy prosto. Na 45 minut jest to ok, na 20h już nie bardzo.
Dalej. Odległości między siedzeniami są niewielkie. Powoduje to, że nawet delikatne wyciągnięcie nóg musi wiązać się z włożeniem ich między nogi siedzącego naprzeciwko. Dobrze, jak to ktoś znajomy, czy ładna kobieta (np. w moim przypadku). Jak jest to obleśny, charający Chińczyk, to już mniej :)
Dalej. Siedzenia nie mają żadnych zagłówków bocznych. Nie ma w ogóle jak ucha oprzeć. Głowa leci na bok, najczęściej na sąsiada, więc trzeba uważać. Spróbujcie przekimać się w takiej pozycji, to zobaczycie o czym mówię.
Dalej. Tutaj smog jest nawet w pociągu. Oczywiście nie ten pekiński, tylko papierosowy. Niby w wagonach nie można palić, ale można palić na korytarzach pomiędzy wagonami. A Chińczycy bardzo nie lubią zamykać za sobą drzwi. Więc dym swobodnie sobie krąży dookoła. Nadmieniwszy, że wszyscy palą na potęgę, macie pełen obraz zawiesiny, która utrzymywała się przez całą podróż do Harbinu.
Chiny

Jeden pan obok to sobie raczył zapalić nie wstając z siedzenia; krótkie spojrzenie na niego, spod byka i zaraz potem drugie, wiele mówiące, na zakaz palenia w wagonie, sprawiło, że dość szybko udał się na koniec wagonu. Tyle dobrego.

Czuję coraz większe obrzydzenie do tego narodu. Główna przyczyną jest wszechpanujący syf. Większego w życiu nie widziałem. Brakuje tylko, żeby srali i sikali pod siebie (co się zdarza podobno przy dzieciach w wózkach i na nikim nie robi to większego wrażenia). Taki przeciętny Chińczyk w pociągu, jak wyciągnie coś z papierka, obierze jakiś owoc, to wali śmiecie pod siebie. Albo pod drugiego pasażera. Jak prowadnik co jakiś czas chodził i zamiatał pod siedzeniami, to za każdym razem była tego spora kupa.
Wszyscy charają na potęgę. Co rusz słychać głośne „pchłłł chrrrrr” i zawartość ust ląduje na podłodze. Czasem ktoś łaskawie splunie w papierek. Nawet jak sobie to przypomnę, to mam ochotę zwrócić śniadanie.

Dwaj Europejczycy w lokalnym pociągu chińskim, to mała sensacja. Chwilę po ruszeniu podszedł do nas na oko dwudziestoparoletni chłopak i zaczął mówić po angielsku. Okazało się, że siedział parę metrów dalej i przechodzący policjanci poprosili go, żeby się nami zaopiekował. Miłe to dość było. Chwilę później chłopak awansował na nadwornego tłumacza, my na główną atrakcję wagonu. Posypały się pytania, skąd, gdzie, dlaczego, czemu ta trasa, skoro do Rosji jedzie się na północ, nie na wschód. Dookoła nas zebrała się spora grupa ludzi. Poczułem się jak jakaś gwiazda na konferencji prasowej, brakowało tylko błyskających fleszy. Zabawne, ale żaden z Chińczyków nie wiedział co to Władywostok. Ich znajomość geografii ogranicza się do własnego miejsca pochodzenia, większego miasta obok i miejsca w którym obecnie mieszkają.
To wszystko wydarzyło się przez pierwsze 3 godziny jazdy. A potem przyszła proza kolejnych 17 podróżowania w warunkach opisanych powyżej. Dramat.
Chińczycy jakoś sobie z tym radzą. Co raz, koło nas siedział ktoś inny, a pasażera siedzącego poprzednio obok odnajdywałem wzrokiem na innym siedzeniu. Ludzie wyciągali toboły, pudła, gazety, kładli się tam, gdzie było miejsce: w przejściach, w korytarzu, do tego w każdej możliwej pozycji, wliczając te embrionalne. Ci ludzie mieli „szczęście” kupić bilety stojące.
Chiny

Chiny

Ja się poddałem z kimaniem. Nie należę do osób, które mają problemy ze spaniem w podróży, ale tutaj nie zmrużyłem oka. Nie byłem w stanie znaleźć jakiejkolwiek, w miarę komfortowej pozycji. Siedziałem na środkowym miejscu w rzędzie trzymiejscowym – bez zagłówków, na prosto. Nie dałem po prostu rady.
Zmęczenie było spore, a to dopiero pierwsza część podróży.

Harbin

Dojechaliśmy do Harbinu. Godzina 16.30, mamy 6h czekania na następny pociąg, więc trzeba czas zagospodarować. Najpierw jedzenie.
Naprzeciwko dworca znalazłem duży dom, niby towarowy. Sprzedawali tam jedzenie i okulary. Na parterze papu, na pierwszym i drugim piętrze same okulary. Wyżej nie szedłem.
W jadłodajni na dole syf taki, że nawet mnie ruszyło. Aż mi szkoda było plecak stawiać na podłodze. Wszystko się lepiło. Standardowo, Chińczykom to nie przeszkadzało. Nic, skoro oni jedli, to my tez możemy. Plecaki na krzesła, chińska kiełbasa i jakieś placuszki z jadłodajni że zdjęcia poniżej do ręki i mieliśmy chińskie żarcie na polską modłę.

Harbin
Harbin

Wszystko zamykano o 20., więc przenieśliśmy się wtedy na dworzec, na kolejne 3h czekania do odjazdu pociągu do granicy.

Kolejny pociąg i ta sama śpiewka, co w drodze do Harbinu. Plusem było to, że tym razem podróż to tylko 10h i na końcu niemal wszyscy ludzie wysiedli. Minusem – jeszcze mniejsze i jeszcze gorsze siedzenia i przenikliwe zimno nad ranem. Chociaż pusty pod koniec podróży pociąg pozwolił wreszcie na położenie się i przespanie paru godzin w horyzontalnej pozycji.

Dzień 22. Harbin – Suifenhe/Pogranicznyj – Władywostok

Sufenhe

W Suifenhe jesteśmy o 9.30. 37. godzina podróży. Trzeba teraz zastanowić się, jak przekroczyć granicę. Okazuje się, że pociąg, którym przyjechaliśmy, jedzie dalej, do Pogranicznyj, po rosyjskiej stronie granicy. Co robić? Debatujemy z napotkanymi mrówkami z Rosji sposobach dotarcia do naszego miejsca docelowego: można przejechać pociągiem przez granicę, stamtąd łapać busa do Ussuryjska i dalej, do Władywostoku, albo szukać transportu bezpośredniego z rosyjskiej granicy. Minusem było to, że między Chinami, a krajem nadmorskim jest 3h różnicy. Czyli 10 km dalej na wschód było już popołudnie. Przez to, że nagle godzina robiła się późna, mogło już nie być żadnych marszrutek jadących do Władywostoku.
Ale jest też druga opcja, ponoć jedzie tam autobus bezpośrednio z Suifenhe. Trzebaby podjechać na ichni PKS, żeby to zweryfikować.
Kolej i autobus dzieli jakaś tam odległość, nie ma komunikacji bezpośredniej, tylko taksówka była dostępna. Wzięliśmy ją. Niestety, przy wysiadaniu skończyło się to spięciem z kierowcą: tam są stałe stawki za trasę PKP – PKS, a dziad nam wziął podwójne pieniądze. Tzn. znaliśmy koszt, bo ustalaliśmy go na początku i przy płaceniu po prostu daliśmy banknot, żeby wydał resztę. Na nią się nie doczekaliśmy, bo gnój sobie wymyślił, że musiał czekać na nas i podjechać 500 m z parkingu pod dworzec – ewidentnie z czapki. To starcie przegraliśmy, było blisko mordobicia, a tego nie chciałem – nie wiedziałem, czy nagle nie zwali nam się na łeb jakieś szemrane towarzystwo, więc skończyło się na bluzgach i zwyzywaniu go od bandytów. To granica, jak nie jesteś u siebie, to nie podskoczysz. No i kasy nie odzyskaliśmy.

Transport przygraniczny

Na dworcu prosimy o bilet do Władywostoku. Proszę bardzo, autobus o 14., 170¥ od osoby. Uuu, sporo. No nic, płacimy. Chwilę później, nagle okazuje się, że laska w kasie sprzedała nam bilet tylko do Pogranicznyj, potem trzeba dokupić kolejny bilet, za 500 RUB. Że co? 90 zł per osoba za przejechanie 20 km??? Ktoś nas tu ostro w konia robi! Moje wkurwienie sięga zenitu, udajemy się z powrotem do laski, „podyskutować”, ale trafiamy na mur pt. „nie poniemaju, niczewo nie znaju, idźcie stąd”. Zaczynają mi się ręce trząść. Co za szmata! Co za bandyckie miasto! Kolejna wiązanka leci w jej kierunku, chyba z bezsilności, bo co innego można zrobić? Choć trochę się człowiek wyżyje, przynajmniej jest na kim i za co.
Na dodatek zaczął padać… śnieg! Tak, tak, temperatura oscylowała leciutko powyżej zera, było pełno chmur, o śnieg nietrudno. Zaznaczam w notesiku: wrzesień, pierwszy śnieg w tym roku. Ciekawe, jaka pogoda w PL?

Idziemy do autobusu, każą ważyć bagaż. Okazuje się, że jest limit 15 kg, na osobę, u nas wypada dopłata – 200 RUB. Ręce mi opadają do piwnicy. Limit bagażu w autobusie? Ja rozumiem, że mrówki kombinują, wożą kupę rzeczy i na granicy jest zawsze zabawa, kto kogo przechytrzy, ale turystów zwykle traktuje się po normalnemu! Co za zjebane zwyczaje! W życiu mnie jeszcze tak nie wyruchano na kasę! Wybaczcie słownictwo, ale ono najlepiej oddaje mój stan w tym momencie. Jebała was sobaka, pieprzone kitajce, właśnie położyliście kamień na swój grób. Co za naród!

Pogranicznyj, granica rosyjsko - chińska
Suifenhe – Pogranicznyj, granica chińsko – rosyjska
Pogranicznyj

Wsiedliśmy w autobus, żeby po 500 metrach wysiąść z niego. Kontrola graniczna, po chińskiej stronie. Jak stoję w kolejce, jakiś młokos w mundurze stojący na boku bierze mój paszport i ogląda go chyba z 10 minut. Najpierw myślałem, że jest jakiś problem, ale potem widzę, że patrzy kartka po kartce i pieczątki ogląda! Podejrzewam, że w życiu nie widział tyle różnych, a polski paszport to trzyma pierwszy raz w rękach. I od razu, w moich oczach, z groźnego mundurowego przeistacza się w młodego chłopaka złaknionego świata.

Po kontroli znów pakowanie bambetli to autobusu i jedziemy. Tym razem ze dwa kilometry i po raz kolejny kontrola, tym razem rosyjska. Celniczka bierze mój paszport i patrzy, patrzy, jakby nie wiedziała co trzyma w ręku. Oho, pewnie kolejny jej pierwszy raz, tym razem z polskim paszportem. Sprawdziła każdą stronę pod ultrafioletem, czy prawdziwa, sprawdziła okładki, znalazła gdzieś tam w komputerze wzór polskiego paszportu i chyba z 5 minut sprawdzała wszystko, strona po stronie, ze dwa razy skanowała całość. Potem wzięła mój wypełniony świstek imigracyjny i wszelkie moje dane wpisała sobie cyrilicą. Stałem przy niej dobre 10 minut, na początku poważny, bo granica, pod koniec to się już otwarcie śmiałem. Służbistka, psia jej mać, sprawdzaj, sprawdzaj, na pewno paszport podrobiony, a ja to Osama i wysadzę Ci ten kiosk w powietrze.
Ta granica to jedna wielka farsa.

Na szczęście, to był już prawie koniec. Prawie, bo przed nami było jeszcze jakieś 150 km drogi i 500 RUB do oddania kierowcy za bilet, a i pogoda była taka, że psa się z domu w nią nie wypuszcza. W każdym razie, ok. północy czasu lokalnego, czyli po ponad 48h od wyjazdu z Pekinu, byliśmy już w domu u kolegi Vladimira, dla znajomych Vovy.

Władywostok

Ciągle nie wierzyłem, że tutaj jestem. Miałem wrażenie, że jestem bliżej domu, po prostu w jakimś większym mieście na Wschodzie, a nie z drugiej strony kuli ziemskiej. Jechaliśmy taksówką do mieszkania Vovy i cały czas sobie powtarzałem: „kurcze, to już to, to miejsce, które zawsze chciałeś zaznaczyć jako odwiedzone, twój kraniec świata”. Mówiłem, mówiłem, ale i tak nie docierało. W sumie, to Władywostok nocą wyglądał po prostu normalnie, może dlatego. Po „egzotycznych” Chinach, miałem wrażenie, że jestem w drodze do domu i tak to wyglądało, jakbym wracał do Europy.

Vova

Kolega Vladimir przywitał nas potokiem słów. Gęba mu się nie zamykała prawie w ogóle, jak z nami przebywał. Fajnie, pozytywnie, bo nie musiałem zagadywać i podtrzymywać rozmowy. A mówił o wszystkim. I o niczym.

Z racji długiego czasu podróży z Chin, zostawiał nam raptem jeden dzień, na zwiedzanie miasta. Jeden dzień to niewiele, ale, z pomocą lokalnego przewodnika udało się i to. Uczynny Vova wykonał parę telefonów i okazało się, że koleżanka Katia ma czas i chęć na pooprowadzanie po mieście dwóch europejczyków. I to jaka koleżanka!

Jak przyjechaliśmy do Władywostoku, pogoda była niemal jak w Harbinie. Było przenikliwie zimno, zacinał wiatr, padał zimny deszcz, bardzo niefajnie. A podobno dwa dni wcześniej było tutaj ponad 20 stopni, co twardsi, to się kąpali w morzu. Na szczęście, słońce przypomniało sobie o swoim istnieniu i ładnie nam poświeciło na czas naszego pobytu.
I dobrze, bo w przeciwnym razie mogliśmy spisać miasto na straty. Natomiast sama aura tutaj była dziwna. Ubrałem się zgodnie z pogodą z poprzedniego dnia i zdawało to egzamin jak słońca nie było. Jak było, to nie szło wytrzymać i człowiek się roztapiał.

Dzień 23. Władywostok

W sumie, to zwiedzanie Władywostoku było jedną z najmniej obfitujących w godne opisania atrakcje czynnością w czasie tej podróży. Mniej „ciekawa” była tylko jazda pociągiem. Co wcale nie oznacza, że było niefajnie. Wprost przeciwnie. W końcu zaczęło do mnie docierać to, że jestem nad Pacyfikiem :) I, że rzut beretem mam do Japonii, jakaś godzina lotu samolotem! A do Korei Północnej niecałe 150 km w linii prostej, tyle, że na południowy zachód.

Japonia niedaleko
Japonia, paręnaście setek kilometrów za moimi plecami

Jak mówił Vowa, Władywostok jest jak Rzym: miastem na wzgórzach. Jest w tym sporo racji, bo obszarów płaskich jest tu jak na lekarstwo. W zasadzie to morze było na płasko. Reszta, to w górę i w dół. Miało to swoje minusy, bo się trzeba było nachodzić, ale za to w zamian oferowało widoki, że ho ho!

Widoki Władywostoku
Władywostok w pełnej krasie

Władywostok

Władywostok

Na koniec dnia uderzyliśmy na Wyspę Rosyjską, popatrzeć na kompleks Uniwersytetu Dalekowschodniego, który leży tuż nad morzem. Teraz, to wygląda bosko, a ja zastanawiam się (znów) jak tu jest w zimie!
Władywostok

I tyle. To był w zasadzie koniec zwiedzania i naszej wyprawy. Zostało nam jeszcze zrobienie zakupów na 69 godzin w pociągu, jutro rano dworzec i wyjazd.

Na dobrą sprawę, podróż jeszcze się nie skończyła, przed nami było jeszcze sporo oglądania z okien pociągu, bo cały Kraj Nadmorski, cała „prawdziwa” południowa Syberia. Bajkału znów nie mieliśmy jak zobaczyć, bo wg rozkładu ten odcinek mieliśmy pokonywać w nocy. Natomiast chyba czuliśmy chęć powrotu. Może nie tyle do PL, co łapaliśmy pierwsze oznaki zmęczenia materiału i życia z plecakiem. Zdecydowanie potrzebny był chwilowy odpoczynek..

Vladimir okazał się być bardzo gościnnym gospodarzem, ten dzień, przy suto zastawionym stole, dla niektórych zakończył się dość późno (tudzież wcześnie następnego dnia). Luz, mogliśmy sobie na to pozwolić, następne dni, miały być pod znakiem spania i spania.

Tak. To był już finał. Chociaż, teoretycznie, nie był to koniec wycieczki, nie, to miałem poczucie, że ten ostatni odcinek pociągiem, to już tranzyt do domu. Nawet, jeśli było do niego ponad 10 000 km i przed nami niemalże 100 h podróży. To było to przeświadczenie, które miałem na dzień przed odjazdem i w dniu odjazdu, a z którym starałem się walczyć. Bo, w końcu pewnie tylko raz w życiu będę jechał ponad 4000 km za jednym zamachem pociągiem, więc trzeba było nazbierać jeszcze trochę obrazów, wspomnień i przeżyć. A, i była to przecież podróż Transsibem, czyli sedno całej wyprawy! Usilnie zatem zmuszałem me zmysły, by skrzesały jeszcze trochę siły i rejestrowały to, co można.

Władywostok
ЖД Вокзал

Dzień 24. Władywostok – Chabarowsk

Wyjazd mieliśmy o 11. czasu lokalnego. Rano, standardowo, wszystko odbywało się w biegu. Łazienka, pakowanie się, sprawdzanie wszystkiego. W imię ojca i syna, żeby czegoś nie zapomnieć.
Wpadliśmy jeszcze na pomysł, żeby powysyłać pocztówki przed odjazdem, bo przy dworcu jest poczta, a w Rosji to niemożliwe, żeby dostać znaczki gdzieś indziej. Oczywiście, z tego powodu czasu na oglądanie samego dworca było mało. Kartki wysłaliśmy, udało się, ale pod dworcem udało się zrobić jedynie parę słitfoci. Choć tyle dobrego.

Nie pamiętam, czy pisałem wcześniej: zwykle, jak jeżdżę na wyjazdy, to staram się z każdego ciekawszego miejsca wysłać kartkę(i) do bliskich. Częstotliwość wysyłania pocztówek zależy oczywiście od stopnia bliskości, tudzież chęci zaimponowania komuś, niemniej, traktuję ten „zwyczaj” dość poważnie, bo wiem, jak miło jest otrzymać pocztówki z dalekich krajów (i jakie ukłucie zazdrości u adresata to wyzwala ;). A potem, to mi też jest miło, kiedy, odwiedzając kogoś znajomego, zauważam kartkę wysłaną przez siebie jakiś czas wcześniej.
Oczywiście, taki postanowienie miałem i teraz. Tylko, że znaleźć w Rosji miejsce, gdzie można kupić pocztówkę, znaczek i znaleźć obok skrzynkę pocztową, to sztuka i mój wielki plan wysyłania kartki z każdego miejsca w którym się zatrzymuję nie wytrzymał zderzenia z rzeczywistością. Po prostu logistycznie urosłoby to do bardzo czasochłonnej czynności, najpierw znaleźć pocztówkarnię, potem znaczkarnię, a potem skrzynkę pocztową.
Jeden jedyny raz, gdzie tak się udało, był w Mongolii, w Karakorum. Wszystko było na miejscu, z czego skrzętnie skorzystaliśmy. Zaowocowało to godzinnym, nadmiarowym postojem, przeznaczonym na pisanie i wysyłanie i delikatną irytacją naszej załogi. I teraz był ten drugi raz.

Sam dworzec we Władywostoku podobno jest duży. Podobno, bo z zewnątrz wcale się taki nie wydaje: jest niemalże nad brzegiem morza, przez co jadąc miastem w jego kierunku patrzy się na niego z góry, no i całość sprawia wrażenie czegoś wciśniętego pomiędzy inne budynki. Nie ma co porównywać do molochów jak w Nowosybirsku, czy Jekaterinburgu. Podobno, bo nasz pociąg odjeżdżał z peronu pierwszego, a więc stał zaraz przy budynku dworca. Przez to wszystko, nie jestem w stanie stwierdzić, czy to podobno jest prawdą, czy nie.
Władywostok

Transsib

W pociągu poczułem się jak stary wyjadacz. Ogarnięcie się, po zajęciu swojego miejsca, zajęło mi dosłownie 5 minut. Klapeczki, spodenki przygotowane, jedzenie i picie pod ręką, chusteczki tablety, ładowarki i inne duperele też ogarnięte, ale to tak, że plecaka, który był ładnie zapakowany w skrzyni pod łóżkiem, nie dotykałem aż do wyjazdu. Normalnie, bohater! Z wyższością patrzyłem na tych wszystkich lamusów, co nie byli aż tak fantastycznie przygotowani.

:)

Zastanawiałem się, jak będą wyglądały widoki za oknem. Wiecie jak? Jak w Polsce. Różnica była taka, że przez pierwszą godzinę jechaliśmy wzdłuż brzegu morza. Ale Kraj Nadmorski to nie Syberia. W słońcu (a pogoda była prześliczna), wygląda to ładnie, ale oglądania styka po 15 minutach. Po prostu, nic nowego. Powtórzę, to nie Syberia, gdzie w okno można się lampić godzinami, cały czas z otwartą gębą i strużką śliny cieknącą z kącika.

Zauważyłem też, że tak się przyzwyczaiłem do jazdy, że czas zaczął inaczej płynąć. I to od samego ruszenia pociągu. A wyglądało to tak, że siedzę chwilę, patrzę za okno, potem chwilę piszę, partyjka w karty, papieros, potem znów chwilę za okno, niby nic, ale patrzę na zegarek i 5 godzin minęło i jestem 300 km od Władywostoku! Odkryłem to wtedy, gdy spojrzałem na zegarek i mój mózg zdziwił się: „to JUŻ ta godzina?!?”. Zacząłem chwilę analizować to, porównywać z moimi odczuciami z pierwszego odcinka jazdy, z Moskwy, do Nowosybirska. Nie doszedłem do żadnej konkluzji – tam były momenty, że jazda się dłużyła, ale nie wiem dlaczego, nie robiłem w zasadzie nic innego. Ani filmu nie włączyłem, ani nie siedziałem w Internecie, ani nie grałem, czyli zero zabijaczy czasu. Po prostu.

Chabarowsk
Chabarowsk – najdalej na wschód wysunięty punkt podróży

Wieczorem, pierwszego dnia, dojechaliśmy do Chabarowska. Miasto dla nas o tyle istotne, że było najbardziej na wschód wysuniętym punktem naszej podróży – 135°E (Władywostok jest na 131,5°E, Warszawa na 21°E). Znaczące jest też to, że wyjeżdżając z miasta przejeżdża się nad Amurem. Nas, przyjemność oglądania tej przeprawy, niestety, ominęła. W nocy, po prostu, nic nie widać. Kolejna rzecz, bo Bajkale i Mongolii, której nie mogłem podziwiać z okna pociągu. Niestety, słońce czasem zachodzi i nastaje noc.

Cały czas było ciepło. Nie mówię, oczywiście, o pociągu, gdzie, zgodnie z zasadą „smród jeszcze nikogo nie zabił, a zimno całą armię Napoleona”, panował słodkawo-ciepły zaduch, ale o temperaturze powietrza na zewnątrz. O godzinie 23. lokalnego czasu, można było bezproblemowo wystać w krótkich spodenkach i klapkach na stacji, zrobić parę zdjęć, zapalić fajkę i nie zamarznąć. To w nocy; w ciągu dnia było bardzo przyjemnie i, na dobrą sprawę, dopiero w Irkucku trzeba się było porządnie ubrać.

Sama jazda była bardzo przyjemna. Przede wszystkim ze względu na inaczej płynący czas. Dwa, przez to, że w końcu zrobiłem użytek ze złodziejki i power banków, które wiozłem ze sobą i, mimo dostępnego tylko jednego gniazdka na cały wagon, miałem cały czas dostęp do energii, a co za tym szło, ciągły dostęp do mobilnego centrum rozrywki w postaci tabletu. Na dodatek Internet działał, więc już w ogóle nie miałem problemu z zagospodarowaniem czasu. Piękna sprawa.

W przeciwieństwie do poprzednich odcinków podróży, tym razem pasażerowie obok zmieniali się bardzo często. W zasadzie to nikt, z naszej sekcji w wagonie, nie jechał z nami dłużej niż 24h.

Co ciekawe, dość często słyszałem inny język, niż rosyjski. Na pewno nie był to ani chiński, ani mongolski, choć śmiem twierdzić, że do mongolskiego podobny trochę. Jechało z nami nawet paru muzułmanów, ale raczej mało religijnych. Co prawda witali się „salem alejkum”, ale potem łoili wódę. Byli nawet tak mili, że po zapoznaniu się na nią zapraszali. Niestety, nie skorzystałem.Transsib

Nie było natomiast jakiejś większej integracji z współpasażerami. Poniekąd z racji dużej rotacji. Jakiś kontakt wzrokowy (skądinąd zawsze pozytywny, nie było wrogiego patrzenia z byka w stylu „co się, luju, gapisz?”), jakieś zdawkowe wymiany zdań, ale bez głębszego nawiązywania znajomości. Nie nudziłem się, więc nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Oczywiście, jak to w długiej podróży, standardowo rozregulował mi się zegar biologiczny. Już nawet nie zwracałem uwagi, czy jest jasno, czy ciemno. Jak chciało mi się spać to spałem, jak nie chciało, to brałem Kindla do ręki, włączałem książkę i po paru stronach czytania też spałem. W nocy przydawała się też mocno lampka czołówka, do czytania, jak się już wyspałem.

Dzień 25-26. Chabarowsk – Irkuck

Po pierwszej nocy coraz więcej czasu zacząłem spędzać przy oknie: zaczęła się znów Syberia.
Tajga

Syberia

Syberia
Między Chabarowskiem, a Czitą

Współczuję lokalnym zimy, ale zdecydowanie, w lato jest tutaj przepięknie!

… po czym wjeżdża się do takich miejsc, jak poniżej i piękny obraz pryska :) Witamy w sowietach!
Czita

W pociągu, w każdym wagonie jest samowar z wrzątkiem. To też implikuje dietę podróżniczą: w użyciu jest suchy prowiant, zupki chińskie i herbata. Abstrahując od cen jedzenia w Rosji, dużo droższego niż w PL, zupki i inne potrawy instant, w formie sproszkowanej, są bardzo popularne w Rosji. W zasadzie w każdym sklepie można znaleźć dedykowaną półkę z takim jedzeniem.
Każdy z Was pewnie jadł w życiu zupkę chińską. A czy ktoś jadł chińską zupkę chińską? Z myślą o podróży z Władywostoku, będąc jeszcze w Chinach, zakupiliśmy parę sztuk, by uroczyście dokonać degustacji jadąc. I doznałem szoku! Niesamowite, że zupki w proszku mogą się tak między sobą różnić! Te, które można dostać w Polsce, to zwykłe popłuczyny do oszukania żołądka. Bo ani się nimi nie najesz ani nie są smaczne. Tymi tutaj też się nie dało najeść, ale za to miały smak! I nawet tak, z pozoru, banalna rzecz, jak kawałki suszonego mięsa i warzyw w niepozornym woreczku, po napęcznieniu we wrzątku robiły różnicę i przede wszystkim treść w samej zupie.

Niektórzy podróżujący mieli swoje sposoby na suchy prowiant.
Transsib

Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście przeszło mi przez głowę kilka myśli w wiadomym, putinowym i polityczno-sytuacyjnym temacie, zacząłem się zastanawiać jak Ci młodzieńcy podchodzą do tematu, ale chwilę potem wytłumaczyłem sobie, że mając 19 lat i musząc być karnym, człowiek nie myśli za dużo, swoje poglądy chowa głęboko i mówi jednym głosem z organizacją, w której się znajduje.
Rosyjscy poborowi

Dzień 27. Irkuck – Moskwa – Warszawa

Ostatnia noc w pociągu minęła szybko. Cała podróż minęła szybko. W Irkucku był pierwszy, napotkany przez nas mróz. Cóż, idzie zima. Kalesony się przydały, szczególnie, że wysiedliśmy o 6. rano, gdy na zewnątrz było jeszcze ciemno.
Lot do Moskwy mieliśmy o 13., więc mieliśmy sporo czasu i 3 doby w pociągu za sobą. Wcześniej ugadałem się z koleżanką Nadią, u której spaliśmy dwa tygodnie wcześniej, że zajrzymy, skorzystamy z porządnej łazienki i odpoczniemy chwilę po podróży. Może się to wydać śmieszne, ale po takiej ilości nicnierobienia i spania, człowiek jest zmęczony!
I znów doceniłem porządny kibel i wannę. Świetna sprawa z tym zamelinowaniem się nawet na parę godzin.

Na lotnisku, po raz kolejny zderzyłem się z „uprzejmością” pań obsługujących pasażerów. Chciałem ładne miejsca przy oknie, żeby poobserwować Syberię z wysokości, więc przy oddawaniu bagażu zaznaczałem to bardzo głośno. Okazało się jednak, że pani odprawiająca loty międzynarodowe nie mówiła po angielsku, ale nie miała najmniejszej ochoty zareagować prostym „nieponiemaju” na mój pięciominutowy słowotok, że chcę wybrać miejsca. Łaskawie przestała mnie ignorować i oznajmiła to dopiero, jak już drukowała karty pokładowe z losowo wybranymi miejscami – dostaliśmy miejsca osobno, w innych rzędach, jedno miejsce w środku, drugie przy oknie, ale na samym skrzydle. I tak to właśnie jest, jak czyjaś wrodzona wredność zabiera Ci jedyną w życiu okazję na takie widoki.

Samolot był pełny, co też jest dziwne, zważywszy, że był to trzeci lot z Irkucka do Moskwy tego dnia.

1:05 h później, czasów lokalnych, byliśmy w Moskwie.
Tam mieliśmy jakieś 5 godzin czekania na samolot do Warszawy. Za mało czasu, żeby jechać do centrum. Na moje nieszczęście, w samolocie z Irkucka zaczęła mnie głowa boleć i to ona dyktowała warunki tego, jak miałem spędzić resztę dnia. W Moskwie spędziłem go na siedzeniu z głową w pozycji horyzontalnej i staraniu się wytrzymać. Ja i ma migrena, na , kur.., dobre i na złe.

Obłożenie samolotu z Moskwy do Warszawy wynosiło 50%. Tutaj mi się udało, bo większą część lotu mogłem spędzić w pozycji horyzontalnej, a przy okazji miejsca przy oknach były dostępne z dwóch stron – okazało się, że pan pilot zrobił nam niezłą niespodziankę wizualną. Przyatakował Warszawę od południowego wschodu, przeleciał nad całą, doleciał aż nad Nowy Dwór Mazowiecki, tam zawrócił i wylądował na Okęciu od strony północnej. A my przez ten czas mogliśmy obserwować Warszawę po zmroku, z lotu ptaka. Każdemu tego życzę! Miód i orzeszki, piękne zwieńczenie wyprawy! A, w ogóle najciekawsze dla mnie było to, że po raz pierwszy w życiu lądowałem na Okęciu od strony północnej!

Mijała 89. godzina podróży. Już ostatnia.

Na tym kończy się relacja z wycieczki. Następny dzień zaczął się pobudką o 3. rano, nieudanymi próbami ponownego zaśnięcia, czyli przewracaniem się z boku na bok; kolejne dni to mozolne wracanie do rzeczywistości i do prozy życia.

Buźka!

Podsumowanie

Więc tak. Transsib się skończył ponad miesiąc temu. Pomyślałem sobie, że możecie być ciekawi, co mi wyszło, jak usiadłem ołówkiem w ręku i popodliczałem wszystko. No to, po kolei.

Trasa

Finalna trasa wycieczki wyglądała tak:Transsib, mapa finalnaNiebieski kolor, to trasa pokonana samolotem
Czerwony kolor, to trasa pokonana pociągiem
Czarny kolor, to trasa pokonana busami/samochodami

Zaprzągłem do pracy kalkulator i wyszło mi, ogółem, że w 27 dni i 26 nocy przebyliśmy ok. 21.600 km, czyli zrobiliśmy średnią na poziomie ok. 815 km na dobę.
Przelecieliśmy ~6.500 km samolotem, ~12.700 km stukło nam w pociągach, a ~2400 km w autobusach/busach/samochodach.
W ilości km per kraj wygrała Rosja: ~16.500 km. Drugie miejsce idzie dla Chin – ~2.400 km, trzecie dla Mongolii – ~1.900 km. Resztę trzeba podzielić na Polskę i Białoruś.
Tyle kilometrówki.

Jeśli ktoś jechał palcem po ekranie przy wcześniejszych mapkach, to zauważy, że finalna trasa różni się trochę od zakładanej. Co się zmieniło? Zabrakło przejazdu linią bajkalsko-amurską (początkowo mieliśmy jechać do Siewierobajkalska, na północy Bajkału), brakło przepłynięcia Bajkału wodolotem (niestety, sezon wodolotowy na Bajkale kończy się wraz z sierpniem, więc statek Kometa nie kursował) i z racji tego nie pojechaliśmy też do Siewierobajkalska, brakło przejazdu Krugobajkałką (ta kolej jeżdzi tylko w weekend, więc trochę nam dni nie pasowały). Dalej, brakło nocki na Gobi (skutecznie nam to wyperswadowali backpackersi spotkani w Ułanbator, bo oprócz tego, że jest się na Gobi, to nic specjalnego tam nie ma) i brakło pływania statkiem dookoła Władywostoku – po prostu nikt tego nie oferuje.
To z plusów ujemnych.
Co zyskaliśmy w zamian, to pobyt i zwiedzanie bajkalskiej wyspy Olchon, małą namiastkę wodolotu, czyli prom na wyspę Olchon, odwiedzenie Karakorum i trzydniowa przejażdżka jeepem po centralnej Mongoli, co, w sumie, było najjaśniejszym punktem imprezy.

Finanse

Zakładałem dość spory budżet na wyjazd, bo minimum 10.000 zł na osobę. O dziwo, wyszło dużo taniej!
Najwięcej kasy poszło na podróż – bilety lotnicze/kolejowe/busowe wyniosły ~3.600 zł. Wizy, to koszt ~850 zł, ~1.000 zł/os. kosztowała nas wycieczka po Mongolii centralnej ($320), na samo przeżycie, czyli jedzenie, spanie, komunikację, bilety wstępu, etc, przez cały miesiąc wydaliśmy raptem 1.000 zł/os. Czyli wyszło dobrze, w sumie, po ok. 6.500 zł na osobę (dla wścibskich – rachunki się nie będą zgadzały, bo zaokrąglałem ;)
To tyle matematyki.

Najjaśniejszy punkt wycieczki

Pytacie mnie jak było. Ciężko jest odpowiedzieć zero-jedynkowo. Na cztery tygodnie wycieczki, nie ma bata, musiało być i dobrze i źle. I było. Ja mam to do siebie, że przy takich wyprawach, gdzie dużo rzeczy jest dla mnie nowych, odkręcam wszystkie zmysły na pełną przepustowość i chłonę wszystko dookoła. Bez podziału na rzeczy dobre/złe, nie oceniam, po prostu obserwuję. Na koniec śmieszne jest to, że i tak nie mam żadnych konkluzji, poza masą szczegółów i sytuacji w głowie.

Tak ciężko właśnie było z pytaniem „najjaśniejszy punkt wycieczki?”. Długą chwilę zastanawiałem się, zanim wymyśliłem. I to nie dlatego, że nie mogłem się zdecydować, bo już po wyborze, oczywistym było, że Mongolia wygrała zasłużenie :) Po prostu ciężko było zgeneralizować i nazwać tę konkretną rzecz. Mongolskie przestrzenie, widoki, odległości, wszystko, naprawdę pierwsza klasa. Może trochę zamazało mi punkt odniesienia to, że wykupiliśmy sobie wycieczkę , więc cały stres związany z organizacją nam odpadł i to podniosło ogólną ocenę, ale, w sumie chyba o to chodzi, nie? W każdym razie, każdemu naprawdę polecam, przy odwiedzinach Mongolii, wykupienie sobie wycieczki/wycieczek objazdowych u lokalnych touroperatorów. Jest duża dowolność przy wyborze trasy: zawsze można wybrać któryś proponowanych gotowców, ale można też składać miejsca do odwiedzenia i trasy jak moduły – taki operator załatwi całą resztę, czyli spanie, samochód, benzynę, jedzenie.

Największy minus

Tu już nie miałem problemów z wyborem: syfiarstwo Chińczyków. Czuję obrzydzenie, jak myślę teraz o tej nacji. Sorry. Śmiecenie pod siebie, charanie, jaranie, sranie, brud, smog, dramat. Przyjechałem z wycieczki, niestety, ale z uprzedzeniami. To głupie, ale wyjeżdżając z Chin i wjeżdżając do Rosji czułem ulgę, dosłownie. Mimo, że wjeżdżałem DO ROSJI. Najsmutniejsze jest to, że to jest ich kultura, sposób bycia, sposób życia, coś niby normalnego, a ja tego nie daję rady zaakceptować.

Najmilsza niespodzianka

Chyba Wielki Mur. I, w sumie, nie niespodzianka, ale huśtawka nastrojów: jechałem tam z nastawieniem „ot, mur, pochodzimy, cykniemy foty i wrócimy”. Po przyjeździe zobaczyliśmy kupę ludzi (wrzeszczących i syfiących Chińczyków) i wielką mgłę, ale taką, że nic nie było widać. Więc nastawienie moje od razu zmieniło się na „o borze, ale guwno! po co tu przyjechałem?!?”. A potem jeszcze przyszła ulewa i grad, więc całkowicie do dupy i… nagle zadziałała czarodziejska różdżka! Ludzie zniknęli, mgła się rozwiała, a ja zbierałem szczękę z ziemi. Z największego syfu nagle zrobił się najpiękniejszy moment na zwiedzanie! Pusto, świetna widoczność, parujące zbocza gór, mistrzostwo!
Wielki Mur

Na koniec

Jeszcze jedna rzecz. Kto przystanął i pomyślał chwilę, dlaczego całą relację pisałem w liczbie mnogiej? Pewnie nikt, bo odpowiedź jest oczywista, jechałem z kimś. Ale zauważyłem, że jakoś nikogo za specjalnie to nie zastanowiło i nie zadomowiło się w jego świadomości – bardzo często słyszałem pytania „a z kim byłeś? sam?”. No nie, kierwa, czytajcie ze zrozumieniem! Liczba mnoga wskazuje, że był ktoś jeszcze! Ktoś, kto miał na tyle duże cohones, że podjął wyzwanie. Niniejszym, już oficjalnie ogłaszam, że na wycieczkę pojechałem ze… swoim ojcem, Jerzym.

Bajkał
Dla niego było to spełnienie młodzieńczych marzeń, dla mnie… cóż, jedną z większych przyjemności dla mnie jest możliwość sprawiania przyjemności innym, najlepiej, jak przy okazji sobie robię dobrze.
Razem, w chwili wyjazdu, mieliśmy 95 lat ;)

To tyle na temat Transsiba. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało, zadawajcie je w komentarzach.

Jeszcze jedna rzecz, na koniec. Jeśli, drogi czytelniku podoba Ci się artykuł/całość serwisu, to nie zapomnij podzielić się tą informacją z innymi, za pomocą któregoś z przycisków poniżej (nie mam nic przeciwko użyciu wszystkich :) Będzie mi bardzo miło!

11 komentarzy