Round The half World. Dzień 1-2. Warszawa – Rzym – Addis Abeba – Johannesburg – Curlews

Im bliżej było wyjazdu tym.. w ogóle nie odczuwałem jakiejś wzmożonej ekscytacji.
Było nakręcenie, owszem, ale to ze względu na ilość rzeczy do zrobienia, których, standardowo, jest sporo do ogarnięcia przed wyjazdem.
Ale wszystko na spokojnie.
Pakowanie wstępne zaczęliśmy już w weekend – na środku salonu postawiliśmy walizki, które mieliśmy brać ze sobą i wrzucaliśmy rzeczy, które zamierzaliśmy zabrać ze sobą.
W międzyczasie ja czekałem na kartę do konta walutowego, co sobie założyłem w Nest Banku (bo ponoć zupełnie bez opłat) – oczywiście nie doczekałem się, mimo sloganu reklamowego „max 5. dni roboczych” (wniosek złożyłem pod koniec grudnia, karta faktycznie przyszła z miesiąc później).
Innym szczęściem w nieszczęściu było to, że Revolut, karta walutowa ze świetnymi kursami wymiany, która to ostatnio trochę obniżyła swą świetność poprzez ograniczenie np. darmowych wypłat z bankomatu do poziomu 200€ miesięcznie, dla istniejących klientów wprowadzi to obostrzenie dopiero w połowie lutego, czyli jak już wrócimy z wycieczki.
Załatwiło mi to temat Nest Banku.

Dzień przed wyjazdem trzeba się już było do końca spakować, zrobić kotlety mielone do kanapek, ogarnąć trochę dom, przygotować żarło, piaski i instrukcje do obsługi kotów (przy okazji chciałem złożyć serdeczne podziękowania dla Aś i Ań, które dzielnie opiekowały się naszymi siersciuchami podczas naszych wojaży). Magda, akurat na ostatnie trzy dni przed wyjazdem miała dość mocne spiętrzenie prac, więc stres lekki zaczął się pokazywać dopiero wieczorem. Ale kosztem delikatnie zarwanej nocy wszystko się udało dużo lepiej, niż przy poprzednich wyjazdach.

Na rano pozostały jeszcze wizyta w sklepie, zrobienie kanapek i dostarczenie kluczy do mieszkania dziewczynom.
Pakowanie dopięte, jest jedna duża walizka, pełna, jedna mała, niemal pusta i dwa małe plecaki – jeden z aparatem i obiektywami Magdy, drugi mój, ze śmietnikiem w środku (czyli tym, co się nie zmieściło/nie podpasowało gdzie indziej).

Nadeszła godzina zero.
Czyli 10.15 dla nas.

Jedziemy taksówką. Magda znalazła jakiś voucher, ważny do jutra, więc grzech nie wykorzystać.

O 10.15 to taksówka przyjechała, ruszyliśmy chyba z 15 minut później.

Samolot mamy o 12.20. Chyba coś złego się z nami dzieje, bo nie gonimy. Coś odmiennego.
Zastanawiam się tylko, czy wszystko wziąłem ze sobą. Chyba wszystko, w sumie, to nie chce mi się o tym myśleć. Najważniejsze, czyli dokumenty, kasa, karty, poduszka i suszarka są, więc styka.

Na lotnisku jesteśmy na ponad godzinę przed odlotem. Lecimy Wizzairem, walizkę trzeba odprawić.
Waga pokazuje 24,5 kg, limit jest niby 23 kg. Pan czekinowiec ani myśli przymknąć na to oko, więc wyładowujemy jakieś konserwy i cukierki dla dzieci w Afryce i wrzucamy do przecież pustej małej walizki. Reklamówkę z kanapkami niesiemy w ręku.
Teraz mamy 23 kg jak w pysk strzelił, więc już bez łaski.

Po kontroli kupuję jeszcze w bezcłówce część naszych prezentów dla ludzi z Couchsurfing, którzy nas będą nocować: 4 plastikowe półlitrówki orzechowej Soplicy. Uważam ten trunek za jeden z najlepszych prezentów jaki można sprawić obcokrajowcowi (oczywiście pijącemu), a plastikowe butelki za świetną opcję i bardzo żałuję, że nie można ich kupić poza lotniskiem.
2 litry wódki ląduje w reklamówce z kanapkami, co powoduje malutki stresik przy bramce, bo wg biletów możemy wejść na pokład z jednym dużym i jednym małym bagażem podręcznym. A mamy jedną walizkę, dwa plecaki i byczą reklamówkę z typowo polskim wnętrzem: bułami z mięsem i wódką. Ale lata praktyki w tworzeniu chaosu w newralgicznych momentach powoduje, że przechodzimy sobie spokojnie zostawiając panie bileterki z zamieszaniem przy bramce.

RThW, lotnisko Chopina
Final call

Samolot niemal pełny. Mamy na szczęście miejsca w jednym rzędzie. Co prawda siedzi między nami pani, ale szybko się przesiada ładnie o to poproszona.

Rozglądamy się niespokojnie za obywatelami poniżej drugiego roku życia, które to potrafią mocno zepsuć nastrój swoim wyciem przy starcie i lądowaniu. Notujemy sztuk trzy, w tym jedno, ku naszemu przerażeniu, w rzędzie przed nami, ale okazuje się, że jest całkowicie bez dramatu. Z raz czy dwa rozlega się głośny płacz, ale w porównaniu do naszego ulubieńca z Malty to jest nic.

Siostra pisze, że jest już w Rzymie (leciała z UK) i jedzie do miasta. Walizka w przechowalni to 6€, bilet do miasta to 8€ w jedną stronę.

Europa z góry cała biała.

RThW. Beskid Śląski
Nasz polski Beskid Śląski

Balaton wygląda na zamarznięty.

RThW. Balaton
Balaton
RThW. Chorwacja, Zadar, Pag
Wybrzeże chorwackie nad Zadarem i wyspa Pag

W Rzymie jesteśmy o czasie.
Wyjście na faja przed lotnisko i zastanawiamy się co dalej.
Liczymy koszty ewentualnej wycieczki do miasta: dwie walizki to 12€, jazda tam i z powrotem w dwie strony to 32€ + jakaś komunikacja w samym Rzymie i robi się leciutko 50€. Do tego mamy 16., zanim dojedziemy będzie po 17., lot z powrotem jest przed północą, więc o 22 musimy być na lotnisku, więc o 21. najpóźniej trzeba wyjechać, więc… to nie ma sensu.

Znajdujemy sobie miejscówkę pod słupkiem, z miękkimi siedzeniami, siedzi jeden pan, ale zaraz znika. Jest blisko do wyjścia, na fajkę, obok jest kafe z espresso za 1€, bagaże robią za podnóżki, lotniskowe Wi-Fi działa, można czekać.
Magda bierze się jeszcze za robotę, ja wykorzystuję tablet i pogrążam się w filmie.

Od czasu do czasu wychodzimy podziwiać widoki lotniskowe. O, np. takie.
RThW. Fiumicino

Mijają godziny, całkiem przyjemnie. Pojawia się siostra, więc powoli zbieramy się do odprawy.

A tam problemy.
Bardzo ładnie ubrana pani bierze nasze paszporty, coś tam sprawdza, stuka i pyta – a czy to na pewno na dzisiaj macie bilety?
WTF?
Pierwsza myśl – kur… wiedziałem, że z Ethiopian będą problemy.
Druga myśl – ale może to faktycznie nie dzisiaj? Niee.. no jak to nie dzisiaj?

Pani mówi, że potrzebuje naszych ETIXów. Fak, gdzie ja ci mam je teraz znaleźć, jak bukowałem bilety 10 miesięcy temu?
Na szczęście siostra mówi, że je gdzieś ma na mailu.

Szuka w telefonie, pani stuka w komputer coś i.. nagle – już nie trzeba, już mam! – mówi
Uffff!
Nie, żebym się pomylił, czy coś, ale jakby nam nagle odmówili uznania biletów to co dalej? Odszkodowanie byśmy pewnie dostali spore, ale cała wycieczka w piz..

  • Problem z Ethiopian? – pytam pani.
    Kiwa z politowaniem głową na tak.
    No tak. Tłumaczącym tonem dodaję, że tak podejrzewałem, bo miałem problemy z zalogowaniem się do ich strony, żeby sobie choć miejsca wybrać i na 100% nie byłem pewny, że wszystko pójdzie sprawnie.

Pani mówi, że ma nas być pięcioro. Odpowiadam, że owszem, że pozostała dwójka ma dojechać (żeby czasem nie skasowali tych rezerwacji i kogoś nie dokoptowali).
I od razu przystępuję do ofensywy miejscowej, bo jak klepałem miejsca jak jeszcze strona Ethiopian działała, to robiłem to dla 5 osób i nasza trójka ma miejsca w jednym rzędzie. A Nie chcę, by tak było, bo to długi lot i każde miejsce jest na wagę złota.

RThW

Pani okazuje się aniołem i pomaga nam ile wlezie. Bukujemy sobie odpowiednie miejsca też na lot z Etiopii do RPA, nadajemy bagaż bezpośrednio do RPA i idziemy najpierw na fajkę, potem do bramki.
Gdzie droga do okazuje się nadzwyczaj długa.
Najpierw mijamy genialne marketingowo miejsce, czyli wyjście z kontroli paszportowej prowadzi wprost do sklepu wolnocłowego. Tam znaleźć wyjście jest cokolwiek problematyczne. A potem idziemy, idziemy, idziemy i gdy już niby widać wejście do gate, trafiamy na stację kolejki. Wychodzi na to, że musimy przejechać do innego terminalu. Sęk w tym, że jest już późno, na stacji nie ma nikogo i tak samo nie widać żadnego pociągu.
Czekamy trochę zdenerwowani chyba z 15 minut, w końcu pojawia się pojazd.
5 minut jazdy i okazuje się, że czekają tylko na nas. Ale czekają.

RThW. Fiumicino
Wyjście z kontroli paszportowej w Fiumicino

RThW

W samolocie kolejny problem. Cztery z naszych pięciu miejsc okazują się zajęte. Nie chcemy robić zamieszania, ale żaden z pasażerów nie chce się za bardzo ruszyć, mniemam, że czekają, żebyśmy to my sobie inne miejsca znaleźli. Stewardessy mówią, że zaraz ogarną problem, ale chyba za bardzo im się nie chce, bo za dużo w temacie nie robią.
Nasza cicha irytacja jest, podejrzewam, mocno widoczna, bo w końcu, z ciężkim fochem, pasażerowie się ruszają. Zwycięstwo jest tylko częściowe, bo musimy zająć trzy miejsca w jednym rzędzie, nici z naszego luzu w trakcie lotu.
Na dodatek, zaraz po starcie, duży, czarnoskóry pan z siedzenia w środkowej części samolotu postanawia pozbyć się obuwia i chwilę potem roznosi się zapach długo dojrzewającego sera pleśniowego. Ja czuję mniej, bo siedzę przy oknie, ale dziewczyny mówią, ze jest dramat.
Sytuacja jest cokolwiek delikatna, więc próbuję po cichu powiedzieć stewardessie, żeby pomogła trochę. Niestety, tak jak z siedzeniami, obiecuje, że zaraz się tym zajmie, ale zupełnie nic się nie dzieje. A pan chyba domyśla się, ze o nim rozmawiamy, bo patrzy na nas znacząco. Z tym, że w żaden sposób na niego to nie wpływa.
A co najdziwniejsze, nikt inny, poza nami, nie zwraca na to uwagi.
Jesteśmy w kropce, bo zapach jest naprawdę duszący. Szaliki wędrują do nosa. Dopiero po jakimś czasie zapach się trochę rozpływa, tudzież przyzwyczajamy się do atmosfery, bo odpowiednie ułożenie głowy pozwala na w miarę znośne oddychanie.
I tak nam upływa lot.

RThW
Standardowo, omijamy Libię

Przez chwilę, przez okno mogę obserwować brzask na wysokości 11 km.

RThW
i wschód słońca w Etiopii
RThW. Addis Abeba

W Addis lądujemy w okolicach 7. rano miejscowego czasu.

Samo miasto leży na Wyżynie Abisyńskiej, na wysokości ok 2400 m n.p.m., w otoczeniu wyrastających znikąd górek, z których największa ma ponad 3500 m wysokości. Widać to świetnie przy podejściu do lądowania, gdzie samolot robi parę zawijasów, żeby wylądować.
Mój nos jest wciśnięty w okno, chłonę widoki ile wlezie.

RThW. Addis Abeba
Addis Abeba wcześnie rano

RThW. Addis Abeba

Wysiadamy z samolotu na płytę lotniska, tylko po to, żeby zaraz z powrotem, po schodkach, wejść do rękawa. Jest relatywnie zimno, z 10 stopni, co mnie w zasadzie nie dziwi, zważywszy na wysokość i porę dnia.
Z racji transferu kierują nas od razu piętro wyżej, prosto pod bramkę lotu do Johannesburga. Mamy ok. półtorej godziny do następnego lotu.

Dwa dni wcześniej dostałem lakoniczną informację od kolegi Kuby, który poleciał tą samą trasą wcześniej, żeby za dużo się po lotnisku nie spodziewać.
I faktycznie, jest dość słabo, jak na międzynarodowe lotnisko w stolicy dużego kraju. Kible to blaszane baraki ze srajdziurami narciarskimi w środku, trochę odrzucające od korzystania, nie ma gdzie wody do picia kupić, bo od sklepów dzielą nas bramki kontroli osobistej, która de facto jest jednokierunkowa. Ta sama sytuacja jest z palarnią.
W zasadzie pozostaje nam siedzenie na krzesłach i patrzenie za okno, bo całą dostępną przestrzeń można zwiedzić w dwie minuty.

RThW. Addis Abeba
Jedna…
RThW. Addis Abeba
i druga strona dostępnej przestrzeni dla transferowców

RThW. Addis Abeba

RThW. Addis Abeba

Na szczęście samolot do Johannesburga jest duży i mniej zapełniony. W końcu udaje się nam rozlokować tak, jak chcieliśmy od początku, czyli siostra w rzędzie przed nami ma do dyspozycji 3 siedzenia, my we dwoje również 3.

Chmur niemalże brak, więc mam znów nos w oknie, telefon z GPS przed oczami i zwiedzam świat z wysoka.

RThW. Wielkie Rowy Afrykańskie
Północna Kenia i Wielkie Rowy Afrykańskie z góry
RThW. Równik
Przekraczamy równik
RThW. Mt Kenya
Równik. W oddali Mt Kenya pod chmurami
RThW. Wielkie Rowy Afrykańskie
Wielki Rów Afrykański w okolicach Nairobi. Jak się przyjrzycie, zauważycie gęsto zamieszkane tereny nad uskokiem, uskok i potem nic ;)
RThW. Kilimandżaro
Tanzania. Kilimandżaro na horyzoncie

W Johannesburgu lądujemy przed 13. lokalnego czasu. Trochę spora kolejka do kontroli paszportowej, sama kontrola dość szybka i miła, walizka przyleciała cała.
Jest Internet, więc pierwsze selfiki lądują na fejsbuniu.

Wcale ciepło nie jest. Spodziewaliśmy się tropikalnego skwaru, a tu jeszcze chwila i trzeba będzie sweter założyć.

Mamy trochę napięty plan na dzisiaj. Na lotnisku trzeba ogarnąć samochód z wypożyczalni, kartę SIM z Internetem, gotówkę i jakieś wstępne zakupy. Potem w planie był przejazd pod Pretorię, do Safari & Lion park, gdzie można pogłaskać małe duże kotki i potem 350 km w stronę Parku Krugera, gdzie w okolicach Nelspruit mamy nocleg u kolegi Petera.

Tu warto powiedzieć o nim dwa słowa więcej, gdyż jestem jak na razie nim bardzo mile zaskoczony. Przede wszystkim dlatego, że zaprosił nas do siebie niemal natychmiast po wysłaniu zapytania, dwa, że od tamtego momentu jesteśmy niemal w ciągłym kontakcie whatsappowym, przez co mam kupę cennych informacji, sugestii, etc, cztery, że sam od siebie interesuje się tym co u nas, jak podróż, doradza gdzie może i last but not leastwydaje się mega w porządku człowiekiem, takim, co jak ma to da, jak nie ma to nie da, bez zbędnego woalowania.
Chciałem też dodać na koniec, że jest biały, ale podejrzewam, że ci nieznający mnie za dobrze nie zrozumieją żartu ;)

Zaczynamy ogarnianie. Najbliżej jest salon MTN, operatora komórkowego, gdzie chcę kupić kartę. Niestety, na dzień dobry dostaję fangę w nos, bo sklep, mimo, że otwarty, jest offline. Brak dostępu do Internetu, a co za tym idzie, brak możliwości rejestracji i sprzedaży kart. Dziwne.
Pan sprzedawca radzi mi odwiedzić inny sklep, Woolworth, gdzie ponoć sprzedają startery.

Na razie zostawiam temat, idziemy ogarniać samochód.

W wypożyczalni wszystko idzie ok., samochód czeka już, do momentu, gdy przychodzi do płatności.
Pojazd bukowałem przez jakiegoś pośrednika typu economyrentals. Robiłem to przez nich już kilka razy, czy to jadąc do Libanu, czy do Maroko i z delikatnymi przebojami zawsze wszystko wychodziło ok.
Tutaj, na dzień dobry, okazało się, że cena, którą dostałem u tegoż pośrednika, a która miała być ceną ostateczną, wcale taką nie była. Bo wypożyczalnia dolicza sobie jakieś 10% jako contract fee. Wkurw pierwszy, bo faktycznie, jest to gdzieś zapisane małym drukiem, obok oczywistych punktów, że dodatkowo płaci się za bramki, płatne drogi i mandaty, a jak dotąd, we wszystkich krajach, gdzie brałem samochody, taka pozycja jak ‚contract fee’ nigdy nie istniała. Cena, którą widziałem, zawsze była ostateczna.
Wkurw drugi przyszedł w momencie wyboru sposobu zapłaty.
Wypożyczalnie (dla tych co nie wiedzą) zawsze robią na karcie kredytowej blokadę sporych środków na poczet ewentualnych wypadków, uszkodzeń, kradzieży, etc. I na takie blokady mam swoją polską kartę, z dużym limitem. Do tego dochodzi opłata za wypożyczenie, co do której zawsze miałem dowolność jeśli chodzi o rodzaj, w jaki jej dokonam: mogłem płacić jaką chcę kartą, gotówką, wg mojego najlepszego interesu.
Nie w RPA. Tutaj ktoś sobie wymyślił, że do wszelkich opłat używana jest tylko jedna karta. Czyli państwo robią sobie blokadę na depozyt + opłata i potem pobierają pieniądze, które są im faktycznie należne.
Co to znaczy dla karty rozliczanej w złotówkach, to Ci podróżujący wiedzą doskonale. Ci, którzy nie wiedzą, niech sprawdzą Internecie znaczenie terminów „podwójne przewalutowanie”, „prowizja za przewalutowanie” i „spread walutowy”, gdzie mój bank wstawia sobie całkiem spore wartości przy każdym z nich.
Długa to była dyskusja, momentami burzliwa, interweniował supervisor, ale w końcu, częściowo, dopiąłem swego – będę mógł zapłacić gotówką przy zwrocie samochodu. Częściowo, bo „contract fee” trzeba będzie tak czy inaczej zapłacić.

Samochód dostaliśmy mały, z bagażnikiem na 1 walizkę. Na szczęście jest nas troje, małe bagaże wylądowały na tylnym siedzeniu.

Uderzamy z powrotem na lotnisko. Zahaczam o MTN, w nadziei, że już są online – niestety, nie.
Idziemy do Woolworth. Pierwsze, co zaskakuje, to ceny. Jesteśmy na lotnisku, a wszystko kosztuje mniej więcej jak w polskim sklepie osiedlowym (z 10-15% więcej, jak w polskim hipermarkecie). Dziewczyny robią zapasy, ja idę szukać karty.
Znajduję, choć dalej jestem bez sukcesu. Owszem, mają startery, ale jeden kosztuje R110 i nie wiadomo co na nim jest. Tzn, jest chyba ze R100 na rozmowy, ale mnie interesuje dostęp do sieci, a panie nie są w stanie powiedzieć mi jak airtime przełożyć na Internet i ile tego będzie. Kolejna porażka.
Dziewczyny jeszcze na zakupach, ja widzę bankomaty. Sprawdzam co i jak i niestety, za każde wybranie kasy jest opłata R50 – 15 zł.
Strasznie nie lubię płacić za nic, ale chyba nie ma wyjścia. Liczę na szybko ile mniej więcej gotówki będziemy potrzebowali do końca pobytu i z bólem serca zezwalam na prowizję. Trudno.
Myślę jeszcze gdzie mogę podskoczyć po kartę SIM, bo jednak będzie dość mocno potrzebna, choćby po to, żeby mieć Petera na łączach w kontekście dostania się do niego. Idę przemyśleć temat na fajce przed lotniskiem. I po raz trzeci zachodzę do MTN, z przekonaniem, ze nic się nie zmieniło – a tu niespodzianka, są online!
Szybciutko kupuję kartę, pan mi coś majstruje z kodami USSD i za R125 (35 zł) mam 2 GB Internetu i kupe minut na dzwonienie.
Lubię takie zaskoczenia.

Jest już późno, dochodzi 15. Peter mówi, żeby bardzo uważać na jazdę po zmroku, bo bardzo dużo ludzi nie ma tu prawa jazdy i jeżdżą jak szaleni oraz na to, żeby spróbować wyjechać z Johannesburga przed godzinami szczytu popołudniowego, bo utkniemy. Dlatego rezygnuję z jazdy do małych lewków i gepardów – to co najmniej 3 godziny w plecy.
Wsiadamy w samochód i kierujemy się na Nelspruit.

Mam stresa fchuj. W życiu raz siedziałem za kierownicą po prawej stronie, ale to w Kenii, na zadupiu, z automatyczną skrzynią biegów i może przez 5 km.
A tu od razu wyjazd z lotniska kilkumilionowego miasta, całkowity zdanie się na trasę z GPSa, kultura drogowa niemal jak w PL i niewłaściwa strona drogi.
Nie tyle bałem się o jakiś dzwon, czy rzeczywiste zagrożenie ruchu – za dużo jeździłem po dzikich krajach – co o głupie otarcia, cokolwiek spowodowanego zachowaniem niewłaściwych odległości, automatyzmami prawostronnymi na skrzyżowaniach. Bo to od razu implikowało problemy w wypożyczalni. Co prawda byłem od takich rzeczy ubezpieczony, ale po pierwszych przebojach sprzed godziny nie miałem ochoty na kolejne dyskusje i papierologie.
Jeszcze na dodatek non stop włączałem wycieraczki, bo dziwnym trafem były w miejscu kierunkowskazów ;)

Ale udało się w miarę bezproblemowo wyjechać. Parę klaksonów usłyszałem, jak jechałem za blisko lewej krawędzi pasa, sporo więcej pouczeń z tylnego siedzenia od przyzwyczajonej do ruchu lewostronnego siostry (co w myślach skwitowałem „poczekaj, odegram się, jak wsiądziesz w PL za kierownicę, będę bezlitosny!”), niemniej do autostrady bezpiecznie dotarliśmy, a tam, to już z górki. I nawet jak się dwa pasy skończyły, to pozwoliłem sobie kilka razy na manewr wyprzedzania, taki byłem chojrak!

Autostrady to mają tam ładne. Z tym, że ograniczone do 120 km/h. A czasem mniej.
Peter ostrzegał, żeby znaków przestrzegać. Szczególnie, jak na środku niczego jest nagle czerwono-biały znak z 60 w środku.
Prawie jak w PL ;)

RThW. RPA

W międzyczasie trafiliśmy jeszcze na krótką, acz intensywną burzę, z niesamowitą, jak dla nas, ilością wyładowań.
A potem nastała noc. Bardzo szybko, bo już o 18.30.
Trochę szkoda, bo wjechaliśmy delikatnie w Góry Smocze i parędziesiąt km zrobiliśmy po pewnie ładnych widokowo zakrętach, gdzie my widzieliśmy jedynie białe pasy i światła innych samochodów.

W końcu minęliśmy Nelspruit i skierowaliśmy się w stronę Curlews, miasta/wsi, której nawet nie ma na mapach góglowych. Jechałem na współrzędne z GPS. I dojechalismy, choć bez dostępu do sieci i telefonu byłoby trudno.
Nie wiem, jak określić miejsce, gdzie Pieter mieszka. Farma – tak, to słowo chyba najlepiej odda rzeczywistość.
Totalne zadupie, dojazd wertepami, cisza, ciemno. Po dojeździe opadają nas trzy duże psy, na szczęście za nimi stoi właściciel, więc dostajemy merdanie ogonami i parę mokrych lizów po rękach.

I to zadupie kryje jeden z zajebistszych domów jakie w życiu widziałem.
RThW. Curlews

RThW. Curlews

Kuchnia

Beton, kamień, ziemia, metal, na ścianach głowy zwierząt, dookoła zieleń, cisza, mnóstwo gwiazd, szczęki na kolanach.

Dostajemy osobne sypialnie, już przyszykowane, piwo, wyciągamy prezentową połówkę Soplicy, suszoną wołowinę kupioną na stacji benzynowej wcześniej i gadamy.
Na różne tematy. Zaczynając od zwykłych, przez podróżnicze, kończąc na dyskusyjnych, tych o apartheidzie, lokalnych i globalnych makroproblemach i nie tylko.

Dość powiedzieć, że spać poszliśmy grubo po północy.

Rano chcemy wstać przed 8.

Sami swoi

Dobranoc!

1 Comment