Najmniejsze Kraje Europy. Dzień 7, 8. Osca – Tremola – Teufelsbrucke – Sustenpass – Grimselpass – Furkapass  – Gotthardpass – Nufenenpass – Duży Sankt Bernhard – Aosta – Matterhorn – Mt. Blanc – Mały Sankt Bernhard – l’Iseran – Montricher-Albane

Jest to kolejny odcinek relacji pt. Najmniejsze Kraje Europy. Ci, którzy nie czytali poprzednich, mogą znaleźć je tutaj!

Rano wstaję pierwszy, żeby nie zajmować łazienki. Jest godzina 8., wszyscy z rodziny Nicoli już są na nogach. Pewnie dlatego, że są małe dzieci, które słychać od rana.
Schodzę na dół i spotykam po kolei mamę, potem bratową , bratanków i na końcu brata naszego gospodarza. A jego samego nie ma – zgodnie z wczorajszą zapowiedzią, pojechał na rozmowę o pracę do Zurychu.

Mój brat też wstał. Nie sprawdzam, czy ma dalej focha, nie chce mi się się. Zabiera się za robienie jedzenia, więc wnioskuję, że trochę mu zelżało.
W sumie, to już ostatni dzień, jaki spędzam z nim. Dzisiaj przejedziemy parę przełęczy, meta to Aosta we Włoszech. On jutro jedzie do domu, a ja kontynuuję podróż samotnie.

Mam w głowie wczorajszy podjazd nocny i strasznie ciekawi mnie gdzie jesteśmy. W nocy widać było jedynie tyle, ile rozświetlały lampy, czyli na 15 metrów dookoła. Poza tym było ciemno jak na Saharze w nocy.
Musiałem iść popatrzeć na okolicę. Jest grubo!
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Najbardziej rozwaliła mnie autostrada na dole, wbijająca się tunelami w zbocza gór.
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Wracam do domu.
Zawsze miałem przeświadczenie, że w małych, wielojęzycznych krajach zachodnich każdy człowiek przed 40. mówi po angielsku. W przypadku rodziny gospodarza okazuje się, że jakoś to nie ma zastosowania, bo po angielsku jakoś mówiła tylko jego matka, starsza już osoba. A przy okazji bardzo sensowna. Nie musiałem na siłę szukać tematu do rozmowy, tylko samo poszło.

Pakowanie też nam idzie szybko. Przy okazji zakładania bambetli na moto, z okolicznych domów wysypują się dzieci i dorośli. Czyli robimy za atrakcję/sensację okolicy. Nie obywa się bez sadzania dzieci na motocykle, foci i innych dupereli. Jest miło i rodzinnie, widzę fascynację i jednoczesny przestrach w oczach tych najmłodszych.
Czuję się jak prawdziwy podróżnik, jestem dokładnie z drugiej strony odczuć, które miałem będąc małym dzieckiem, jak podziwiałem kogoś, kto zrobił coś „wielkiego”. Oczywiście ten „podróżnik” to ze śmiechem, niemniej teraz dokładnie wiem, jak to jest być z tej drugiej strony i wiem co czują te dzieci.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

10., jedziemy. Cieszę się, że poszło sprawnie.

Najpierw zjazd zakrętami, którymi wjeżdżaliśmy w nocy do góry. Jest wąsko i ostro – w nocy nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak to wygląda. Prawie jak na Mortirolo i nie wiem czy zdecydowalibyśmy się na jazdę wiedząc o tym. Ale czasem nieświadomość jest matką wyczynów ;)

Potem wskakujemy na drogę nr 2 i 10 km później jesteśmy w Airolo, gdzie zaczyna się pierwszy z dzisiejszych strzałów.
Przed nami pętla pięciu przełęczy: Furka, Grimsel, Susten i Gotthard dwukrotnie. Dwukrotnie, bo na tę ostatnią przełęcz można wjechać dwiema drogami: jedną starą, pokrytą brukową kostką, zwaną Tremolą i drugą nowszą, szeroką niemal jak autostrada szosą. Jest jeszcze, w sumie, trzecia droga, tunel, ale ten prowadził pod przełęczą, więc z założenia odpadał. A poza tym był płatny.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Wjazd na Tremolę w prawo. W górze, na wiaduktach widać drugą, szerszą drogę do przełęczy

Najpierw Tremola. Słońce świeci, jest ładnie, ruch malutki.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Widok z dołu
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
i widok z góry
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Na górze druga, szersza drogę do przełęczy

Na górze już dużo większy ruch, stoi sporo motocykli i ludzi. Podejrzewam, że większość wybrała tę łatwiejszą i szerszą drogę. Dla nas to żadna strata, bo tamtędy będziemy wracali.
Jest ładnie, choć postoju mamy może z 10 minut. Standardowo, czasu mało, gonimy.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Przełęcz Św. Gotarda
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Przełęcz Św. Gotarda
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Przełęcz Św. Gotarda

Zjazd z przełęczy w kierunku północnym jest niemal płaski, a co za tym idzie dość szybki. Niestety, ruch również jest spory.

Całość przejazdu Tremolą możecie zobaczyć na filmie poniżej.

Potem, wg planu mieliśmy jechać na zachód, w stronę przełęczy Furka. W ostatniej chwili, pod wpływem impulsu wybieramy północny wschód, w stronę słynnego Diabelskiego Mostu (Teufelsbrücke) zbudowanego ponad wąwozem rzeki Reuss.
Wg legendy most ten był tak trudny do zbudowania, że jeden ze zdesperowanych pasterzy wymyślił sobie, że tylko diabeł jest go w stanie zbudować. No i jak to w takich opowiastkach bywa, czart się oczywiście objawił, obiecał wykonać przedsięwzięcie, a jako zapłatę zażyczył sobie duszy pierwszej istoty, która przejdzie mostem po jego wybudowaniu.
Pasterz się oczywiście zgodził, a że był niegłupi, to jak diabeł wywiązał się ze zobowiązania, puścił mostem kozę. I tak oto owczarz przechytrzył złego.

Ja legendę znałem, a most, wyobraźcie sobie, przeoczyłem. Jadąc widziałem po drodze jakieś napisy, coś z teufelem, był niby jakiś parking, nawet zatrzymałem się na poboczu rozglądając się za atrakcją, ale ni cholery nie zauważyłem. Szkoda mi było czasu na szukanie, to pojechaliśmy dalej.
Potem, weryfikując to, doszedłem dlaczego nic nie zauważyłem: rzeczony Teufelsbrücke jest tak sprytnie schowany, że z poziomu drogi którą jechaliśmy nie ma szans go zauważyć. Widać to najlepiej na przykładzie zdjęć poniżej.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Most Dabelski poniżej obecnej drogi (źródło zdjęcia)
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Widok, który miałem z drogi. Tunel po lewej, to tunel kolejowy, a Teufelsbrücke nie widać.

Nie ma co, raczej, żałować. Ze zdjęć też wynika, że niewiele straciliśmy ;)

Chwilę potem zaczynają się roboty drogowe i korki. Zaczyna się też ruch wzmagać i chyba po raz pierwszy obserwujemy niemal przewagę ilościową motocykli nad samochodami. Mi się już przestaje chcieć ciągle podnosić lewą rękę do góry (dla niezmotoryzywanych info: LwG, czyli Lewa w Górę to zwyczaj podobny jak „cześć” w górach – w taki sposób pozdrawia się każdego mijanego motocyklistę), są momenty, że mógłbym jej w ogóle nie kłaść na kierownicy.

Wjeżdżamy na drogę do SustenPass. Dojazdówka jest dość prosta, dopiero chwilę przed przełęczą robi się zakrętowo. A chwilę za przełęczą robią się porządne widoki.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
SustenPass, widok na Steinsee

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

I zjazd w dół jest o niebo fajniejszy. Co możecie zobaczyć sami poniżej:

Po dojechaniu do miejscowości Innertkirchen z kierunku zachodniego skręcamy w południowy. Jedziemy w stronę GrimselPass.
Oszczędzę Wam opisów jazdy, bo ileż można pisać o tym samym. Plus jest taki, że w końcu zaczynam podnóżki przycierać (dla niezmotoryzowanych wyjaśniam, że oznacza to, iż tak mocno przechylam się na zakrętach, że podnóżkami, gdzie trzymam stopy w trakcie jazdy trę o asfalt; przez niektórych jest to traktowane jako wyznacznik „umiejętności” jazdy – tak naprawdę nie da się tego przenieść 1:1, ale jakieś tam znaczenie ma), znaczy się czuję się pewniej.

Zamiast opisów parę zdjęć, bo widoki przednie.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Droga do przełęczy Grimsel
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Droga do przełęczy Grimsel
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Droga do Grimsel, po lewej Grimselsee
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
GrimselPass
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Ruch całkiem spory
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
GrimselPass

Najlepsze zaczyna się zaraz za przełęczą. Między Grimsel, a kolejną przełęczą na którą jedziemy, Furka, jest raptem parę kilometrów. I, w zasadzie już na pierwszym zakręcie za Grimsel rozciąga się piękny widok na drogę na Furkę. Dupę urywa strasznie!

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
W oddali droga na przełęcz Furka
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Widok na przełęcz Furka

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Całość, oczywiście, zarejestrowałem.

Parę minut później jesteśmy już na Furkastrasse. Ta trasa to chyba najładniejsze widoki jakie mieliśmy.
Zresztą, zobaczcie sami.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Wyjazd na Furka

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy


W międzyczasie, na małym stopie po drodze, mamy bliskie spotkania z „dzikim” świstakiem.

Po Furka kończymy pętlę i wjeżdżamy z powrotem na drogę do przełęczy Św. Gotarda. Tym razem przejedziemy tą nowszą, szerszą, łatwiejszą i przyjemniejszą szosą. I z ładniejszymi widokami.

Dojeżdżamy do Airolo, zamykamy pętlę.

Jest godzina 14.

Przed nami jeszcze jakieś 250 km. I dwie przełęcze. Pierwsza tuż zaraz, Nufenen Pass.
Droga już nie taka malownicza, trochę dziksza w moim odczuciu, ale całość rekompensuje widok z samej góry.
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
NufenenPass

Zjazd z góry kończy się na stacji benzynowej. Robimy szybkie tankowanie i jedziemy w stronę Martigny. Musimy dotrzeć do Aosty, więc przed nami jeszcze jedna przełęcz, czyli duży Św. Bernard, a przed nią całkiem spory dojazd.

I o ile na początku jedzie się całkiem znośnie, to potem robi się coraz większy ruch i jest coraz goręcej. Wiecie, jak to jest na moto – jak się jedzie ze znośną prędkością, to upał niestraszny, natomiast jak się wpada w zwolnienia, to nawet najlepsze wywietrzniki w ciuchach nie pomogą. Momentalnie człowiekowi rowek międzypośladkowy wypełnia się mokro. Tutaj nagle zrobiło się 35 stopni, pojawiło się w cholerę samochodów, co przy nieautostradowych ograniczeniach prędkości robiło sporą różnicę, więc nieźle dostaliśmy w palnik kondycyjnie. Na dodatek, momentami zaczęło bardzo mocno wiać, tak, że musieliśmy bardzo kontrować i uważać, żeby nagłe podmuchy nas nie przewróciły.
Żeby dużo nie tłumaczyć – pierwsze 40 km jechaliśmy niemal półtorej godziny.

W takich okolicznościach przyrody dojechaliśmy w końcu do Martigny, gdzie skręcamy w stronę Św. Bernadra.

Ładnie, nawet ślicznie momentami, ale na dziś mamy dość. Jest już 18., przez ostatnie 4 godziny przejechaliśmy 160 km, nasze myśli lecą do odpoczynku, a mamy jeszcze 40 km przed sobą przez miasta i miasteczka.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Wielka Przełęcz Św. Bernarda
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Wielka Przełęcz Św. Bernarda

Na szczycie przełęczy wjeżdżamy do Włoch i Aostę osiągamy niecałą godzinę później. Stamtąd jeszcze kolejne pół do naszego miejsca, bo oczywiście nawigacja musiała pomylić drogę.

Szczęśliwie, przed 20 jesteśmy na miejscu. Dzisiaj śpimy u Henry’ego, 20-latka, niezłego aparata. Ten to również podróżuje, ale dosyć ciekawymi pojazdami: albo jest to mała komarynka, którą jeździ po Alpach, albo dostawczy trójkołowiec, którym pojechał z Włoch na Nordkapp. Ma chłopak fantazję.
(Jeśli ktoś miałby ochotę zgłębić temat i popatrzeć/poczytać o chłopaku, to tu znajdzie zestaw informacji.)

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Ściana „podziwiam się co wieczór” w pokoju Henry’ego

Henry mieszka w dość sporym domu, z rodzicami, poznajemy też jego 17-letnią dziewczynę. Ojciec jest w domu, mama jeszcze pracuje.
Jesteśmy ładnie ugoszczeni, bo każdy z nas dostaje swój własny pokój. Od razu widać, kto się zajmuje domem, bo jak przychodzi do tak błahych rzeczy jak „jest pokój, jest łóżko, ale nie ma poduszek, czy pościeli” to zarówno Henry, jak i ojciec rozkładają ręce i proszą, by poczekać na matkę/żonę.
Bawi mnie to niemiłosiernie, taki patriarchalny podział; podejrzewam, że chłopak będzie powielał ten sam schemat w swoim dorosłym życiu, mimo, że jest bardzo sympatyczny i sprawia wrażenie otwartego.
Jesteśmy też zaproszeni na obiad (a w zasadzie kolację), typowo włoski. Czyli na stole mamy makaron z sosem pomidorowym, do tego kupa parmezanu, a na deser wino, sery, włoska kiełbasa i lokalne alkohole. Muszę się strasznie hamować, żeby nie zjeść całego sera i kiełbasy, takie to wszystko pyszne.

I tak wygląda nasz wspólny, ostatni wieczór z bratem. Przy stole, z dobrym żarciem, w dobrym towarzystwie i przy wesołej rozmowie.
Przed spaniem organizujemy jeszcze bagaże, przepakowujemy rzeczy wspólne pod kątem przydatności, czyli ja biorę żarcie, brat bierze niepotrzebne rzeczy. Noc będzie krótka, bo ze względu na ilość km, którą brat musi pokonać jutro, trzeba dość wcześnie wstać.

Dzień kończymy z 439 km.
W sumie, przejechane mam 3360 km.
Trasa poniżej.

trasa, dzień 6.
Dzień 6.

Rano wstajemy po 7. W domu pusto, podejrzewam, że wszyscy jeszcze śpią. Nie mam racji, jest tylko chłopak, rodzice pojechali rano do pracy.
Okazuje się także, że Henry śpi na kanapie w salonie. Wychodzi na to, że oddał nam swój własny pokój. Bardzo to miłe i jednocześnie trochę wprowadzające w zakłopotanie.

Niestety, pranie, które robiłem wieczorem, mimo rozwieszenia na zewnątrz, nie wyschło. Próbujemy wystawić je na słońce, żeby schło, jak się będziemy pakować; udaje się tylko częściowo.
Robimy jakieś śniadanie, pakujemy się do końca i znosimy bambetle do moto. Okolica ładna. W oddali widać Mt. Blanc.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Mam trochę gula w gardle, bo przyzwyczajam się szybko i nie lubię się rozstawać. Zawsze człowiek ma wtedy czarne myśli, na zasadzie „a jak coś się stanie?”. Wiadome, jest to irracjonalne, ale trudno cokolwiek poradzić.
Ogarniamy też przyziemne sprawy – całą drogę wspierała nas nawigacja zamontowana na gripie u mojej kierownicy. Brat niestety nie ma takowego, a musi korzystać z nawigacji, bo we Włoszech i Szwajcarii nie będzie używał autostrad, ze względu na spore opłaty. Na całe szczęście ma ładowarkę USB w motocyklu i wodoodporny telefon: przyklejamy na chama komórkę do baku taśmą pattex. Akurat w jednym momencie bak jest dość płaski co pozwala na w miarę fajne spasowanie, jedynym zmartwieniem są drgania – ale te, mamy nadzieję, zniweluje case telefonu.
Minusem jest potrzeba wychylenia się, żeby zobaczyć zawartość ekranu, szczególnie w pełnym słońcu. Niemniej, skoro ja dawałem radę w trakcie jazdy odpisać na SMSa i to bez ściągania rękawic, to wyciągnąć szyję też da się radę ;)

Ruszamy przed 10., na wschód. Dzień mam planowo zakończyć we Francji, która jest dokładnie w przeciwnym kierunku, ale korzystam z okazji jadę zobaczyć Matterhorn z odległości 4,5 km.
Daje nam to jakieś 20 km razem, potem ja odbijam w lewo, brat jedzie prosto, on ma zakończyć dzień w czeskim Pilźnie.
Jak się żegnamy jakieś pół godziny później, gul jest jeszcze większy.
Minie, wiem, ale jest.

Jadę w stronę Matterhorn.
To cyniczne, wiem, ale zauważam od razu plusy podróżowania samemu – nie trzeba już tak często patrzeć w lusterka, a do postoju nie jest potrzebna zaawansowana komunikacja i trwa wszystko zdecydowanie szybciej.

Dojeżdżam do Breuil – 30 km dalej i 1500 m wyżej. Miasteczko wygląda jak kurort narciarski, podejrzewam, że mieszkańców stałych jest paru, reszta to turyści.
Szukam końca asfaltu, znajduję, patrzę w góry i podziwiam, strzelam kilka fotek i można jechać z powrotem. Mały pech – szczyt Matterhorn jest ukryty w chmurach i nie widać go w pełnej okazałości :/

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Następny przystanek – Mt. Blanc. Też na zasadzie zaliczenia widoku, bo przecież na górę nie będę wychodził ;)
Jadąc czuć ciepło. Nie wiem na ile to zasługa szerokości geograficznej, a na ile wysokości nad poziomem morza. W każdym razie mój organizm reaguje na to jednoznacznie. Spać! Jest to uczucie tak mocne, że nie wytrzymuję – znajduję dogodne pobocze, ustawiam moto na centralnej stopce i najnormalniej w święcie idę w kimę. Z miłym zdziwieniem odkrywam, że centralny kufer idealnie nadaje się jako poduszka, wystarczy coś miękkiego pod głowę podłożyć.

15 minut drzemki i jestem niemal jak nowy. Jedziemy dalej!

Godzina później i po raz pierwszy w życiu swym widzę najwyższą górę Europy. Nie omieszkuję sfotografować swej maszyny na jej tle.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Niestety, widzę coraz większe chmury nadciągające z północnego zachodu. Łudzę się, że jadąc na południowy zachód nie złapią mnie, niemniej z każdą minutą jest coraz gorzej, atmosfera na niebie coraz bardziej mlecznieje.

Ruszam w stronę granicy włosko-francuskiej, czyli na Małą Przełęcz Św. Bernarda

Przegrywam z deszczem niemalże przed samym szczytem, udaje się dojechać do zabudowań w najwyższym punkcie, gdzie pod dachem mogę spokojnie założyć ciuchy przeciwdeszczowe. Trochę dziwnie mi się ludzie przyglądają, bo robię to centralnie w sklepie z pamiątkami, ale mówi się trudno, siła wyższa.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Mała Przełęcz Św. Bernarda

Przestaje padać dopiero jak zjeżdżam na dół, w Bourg-Saint-Maurice. I na powrót zaczyna się robić gorąco.

Znajduję też coś, co przez cały pobyt we Francji będzie mi wyznaczało rytm jazdy – hipermarket na obrzeżach miasta. Przede wszystkim dlatego, przy każdym z nich jest stacja benzynowa, najczęściej samoobsługowa, gdzie cena za litr paliwa potrafi być o 10-20 €centów niższa, niż normalnie. A drugim ważnym elementem jest sam supermarket – banany, cola, woda, cytryny, chleb i batony są tanie, a to mój żelazny zestaw żywieniowy: banany + chleb z konserwą sprawdzają się świetnie jako suchy prowiant, woda (koniecznie z cytryną) i cola, żeby mieć wybór picia i batony na przekąskę, jak ssie w żołądku.

Zaprowiantowany, najedzony, zatankowany i w końcu bez deszczu ruszam dalej. Wjeżdżam na Route des Grandes Alpes, trasę turystyczną ciągnącą się od jeziora Genewskiego aż do Morza Śródziemnego i przechodzącą przez wszystkie najwyższe przełęcze górskie we Francji.

Najpierw dojeżdżam do Val-d’Isere, skąd startuje droga na przełęcz l’Iseran (Col du l’Iseran). Bawiąc się w rankingi, jest to najwyżej położona przełęcz z asfaltową drogą na niej, do której można dojechać z dwóch stron. Brzmi dumnie, haha. Tak, czy inaczej, na samej górze jest wysoko: 2770 metrów n.p.m.
Tu też sentymentalnie wracam do czasów dzieciństwa, gdzie w latach 80. oglądałem relacje zjazdów narciarskich z Val-d’Isere, w których wygrywał Pirmin Zurbriggen. Nazwa ta, dziwnym trafem została strasznie mocno w mojej pamięci i teraz mogłem wrócić myślą do szczenięcych czasów, gdy mówiłem sobie, że kiedyś tu przyjadę. To i przyjechałem.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy
Col de l’Iseran

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Widać od razu różnicę pomiędzy Francją a Włochami/Szwajcarią/Austrią. Drogi są węższe, bardziej zaniedbane, wygląda to bardziej dziko, co nie znaczy, że jest źle.

Na górze patrzę na zegarek – 18. Do celu, czyli dzisiejszego noclegu mam jakieś 90 km. O dziwo, idzie dość sprawnie i nawet wiem dlaczego! Nie ma ruchu! Tzn jest, ale nie ma porównania z tym szwajcarskim. Nie ma najmniejszego problemu z wyprzedzaniem i trzymaniem sensownego tempa jazdy.

Spać mam w miejscowości Montricher-Albanne. Tworząc trasy i zapisując je w mapach miałem mały problem z tym adresem – nie istniał i musiałem lokalizację ręcznie wpisywać, bazując na informacjach od Emily, która zdecydowała się mnie przygarnąć.
Co się okazało? Że jestem na wysokości 1600 m n.p.m. i trafiłem do znanego ponoć kurortu o nazwie Les Karellis, gdzie tak naprawdę nie ma adresów, bo poza pracownikami nie ma tam stałych mieszkańców. A Emily jest tego kurortu głównym menadżerem, o!

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy

Ma 30 (!) lat i jest bardzo sympatyczna, bardzo się stresuje swoim angielskim, który może i ma braki, ale jest wystarczająco komunikatywny.
Mieszka tam ze swoim chłopakiem, który zajmuje się szkoleniem i animowaniem pensjonariuszy w zakresie wspinaczki, łucznictwa i wycieczek rowerowych. Na dzień dobry częstują mnie piwem, ja ich fajkami i od razu wszyscy łapiemy wspólne tematy. Kończy się to kaczką na kolację, która już dochodziła, jak przyjechałem, degustacją alkoholi, których mają niezły zestaw, rozleniwia mnie to niesamowicie.
Łapię się na tym, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia – taki stan, to akurat lubię.
Po raz kolejny dostaję pokój dla siebie, dużą suszarkę na niedosuszone pranie wczorajsze i na dzisiejsze ciuchy, do tego mogę skorzystać z komputera, żeby poprzerzucać wszystkie materiały filmowe na dysk twardy, posegregować wszystko – dobry moment na odetchnięcie i poukładanie wszystkiego.

Dzień kończę 361 km, w sumie już najeździłem 3721 km.
Dzisiejsza trasa poniżej.

trasa, dzień 7.
Dzień 7.

Niestety, nie mam informacji jak z bratem, tyle co wcześniej pisał, że go deszcz trochę złapał i był mocno spóźniony. O 19. dojeżdżał dopiero do Niemiec. Mam nadzieję, że wszystko jest ok.

2 komentarze