Najmniejsze Kraje Europy. Odnoga druga. Malta

Tytułem wstępu

Niniejszy wpis będzie inny.
Nie dlatego, że to był krótki wypad, że odwiedziliśmy kraj inny niż wszystkie, czy że przyjmie on odmienną formę. Inny bo po raz pierwszy… to nie ja będę jego autorem!
Jest mi niezmiernie miło, szanowny Czytelniku, przedstawić Ci towarzyszkę moich kilku ostatnich wycieczek, nadwornego fotografa na nichże, autorkę większości zdjęć w relacjach, osobę wymienianą w nich również wielokrotnie, moją drugą połówkę, Magdalenę!
Powód tego, by to ona napisała poniższy tekst był trywialny: pisząca się cały czas relacja z motocyklowych Najmniejszych Krajów Europy, a co za tym idzie, brak czasu na zajęcie się Maltą.
Madzia stanęła na wysokości zadania, więcej, ogarnęła przy okazji zdjęcia, czego efekt widać poniżej. Ja pozwoliłem sobie dodać jedynie śródtytuły.

Jednocześnie jest mi bardzo smutno, bowiem przeczytawszy jej tekst me grafomańskie ego zmniejszyło się do wielkości chińskiego pisiorka na mrozie i postawiło sobie wiele pytań, z których najważniejsze to „to be or not to be?” i „quid deinde?” :)

Tak, czy inaczej, zapraszam do czytania. Dodam, że jest to Magdziny debiut, także dodajcie jej otuchy i zachęćcie do dalszego pisania poprzez achy i ochy w komentarzach!

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Ten wyjazd miałam zaplanować ja. Brrr, co za stres! W naszym związku to nie ja jestem mistrzem planowania, ale jako, że już byłam na Malcie, padło na mnie.

OK, bilety kupione, mamy dwa pełne dni na miejscu. Tylko jak upchnąć trzy wyspy w te dwa dni?

Jak tę Maltę ugryźć?

Początkowo rozwiązaniem miał być wypożyczony samochód, ale okazało się, że wypożyczalnie bardzo, ale to bardzo chcą nas zrobić w jajko. Otóż mają sprytny pomysł na zainkasowanie 40€ od pasażerów przylatujących nocnymi rejsami. Na stronie internetowej można bez problemu zarezerwować auto z opcją odebrania np. o północy. Kiedy przychodzi do płacenia, okazuje się, że takiej opcji nie ma, chyba że za drobną opłatą w postaci wspomnianych wcześniej 40€. Nie informują o tym w zasadzie nigdzie, licząc chyba, że ludzie nie zauważą, albo machną ręką. My nie machnęliśmy. Ale w związku z tym pozostała nam wyłącznie komunikacja miejska i/lub taxi.
Skutecznie utrudniło to nam wycieczkę, bo pomimo niewielkich odległości autobusy w Malcie zatrzymują się jakieś 83 tysiące razy i są notorycznie opóźnione. Mimo to zrobiłam na wszelki wypadek setki printscreenów z rozkładami jazdy na obu skomunikowanych wyspach. A autobusy i tak jeździły tak, jak chciały ;) Na szczęście trafiliśmy akurat na połowę października, kiedy tanieje wiele biletów wstępu, bilety na prom i na autobusy. Super!

W przeddzień wylotu złapałam wirus. No nie, akurat teraz?! Szybko się wykluł i zatkał nos i zatoki. Miał się za mną ciągnąć jeszcze długo po naszym mini urlopie.

W dzień wyjazdu pogoda nie polepszała mojego stanu – zimno, wietrznie i paskudnie. W dodatku na pakowanie i ogarnięcie się miałam zaledwie kilka godzin, a myślałam tylko o zwinięciu się w kłębek pod ciepłą pierzynką, więc nie była to moja najlepiej spakowana walizka ;) Dobrze, że Dawid panował nad najważniejszymi rzeczami :)

Dzień pierwszy

przez Wrocław

Jak zawsze u nas, szybko zrobiło się późno, trzeba zaraz wychodzić na autobus, a chciałam jeszcze zdążyć do apteki! Wylazłam więc pierwsza i poczłapałam w kierunku apteki tylko po to, żeby przekonać się, że już zamknięta. W dodatku nie zabrałam telefonu, nie wiedziałam która godzina, gdzie jest Dawid i nie wzięłam zapalniczki. Aaargh, najgorzej, chce się palić, nie ma czym odpalić! Sunę więc na przystanek i rozglądając się w poszukiwaniu palacza, który poratowałby mnie ogniem, czekam na dalszy rozwój wypadków. I wtedy widzę nasz autobus z jednej strony, a z drugiej Dawida biegnącego sprintem. Zasuwa na pełnym gazie, walizka tylko powiewa w pędzie. Blokuję więc drzwi, zdeterminowana, bo wiem, że zdąży. Kierowca pozostaje obojętny na moje starania, bo wielokrotnie próbuje zamknąć drzwi na mnie, jakbym była przezroczysta. W końcu rezygnuje, bo przygalopował Dawid i nie ma komu odjechać sprzed nosa. Moje kochanie ma też mój telefon. Uff, jedziemy!

Szybko dojeżdżamy na lotnisko i przy wysiadaniu dostajemy po raz kolejny wyrazy sympatii od kierowcy, który nas najwidoczniej pamięta; mianowicie przycina mnie jeszcze raz drzwiami :) Czuję, że długo pozostaniemy w swoich sercach.
Na Okęciu wszystko przebiega bezproblemowo, choć musimy nadać bagaże podręczne do luku. Na szczęście we Wrocławiu mamy trochę czasu na przesiadkę, zdążymy.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Ryanair lata z Okęcia.. w końcu!

We Wrocławiu szukamy jeszcze apteki, bo nie mamy nic ze sobą na piekące coraz bardziej gardło. Niestety, niedziela powoduje, że otwarte są jedynie dwa kioski, na szczęście mają coś do ssania i paracetamol na pogarszające się samopoczucie.
Znów każą nam nadać walizki na lot do Malty. Co dziwne, nikt nic na nich nie nakleja, pewnie dlatego, że mamy stare świstki. Więc idąc do samolotu, na płycie postanawiamy udać głupich i zabrać walizki na pokład. Zainteresowali się nami oczywiście panowie odbierający bagaże pod samolotem, ale zdzieramy przy nich stare naklejki i odpuszczają. Chwilę potem jeden z nich wchodzi już do samolotu. Pomyślałam „busted! On nam te walizki wyrwie z gardeł”!
A tu wcale nie chodzi o nas. Co za adrenalina :D

Nieoczekiwana wymiana

Lecimy z nadświetlną chyba, bo na Malcie lądujemy prawie pół godzimy przed czasem. Jest ciemna noc, bo to prawie północ, ale jest tak cieplutko! Nawet zagilana i zatkana to doceniam. Szybki zwiad po ile woda i cola (drogo), wybranie kasy z bankomatu i ruszamy na papierosa, bo nie widzimy nikogo, kto by nas oczekiwał z transportem. Z racji niekursujących nocnych w niedzielę Dawid zaklepał przez Internet jakąś taksówkę, w sumie to nie wiemy jak ją mamy odnaleźć.
Już jesteśmy na zewnątrz, kiedy zaczepia nas jakiś chłopaczek. O nie – myślę – na pewno czegoś chce!
Nie mogłam bardziej się mylić!
Chłopak wylatuje za kilka godzin i chce nam oddać swój tygodniowy bilet autobusowy, ważny jeszcze dwa dni. Kurczę, jak miło, 21€ do przodu! Do końca paliła mi się czerwona lampka, (to chyba zasługa krajów arabskich) bo mówił, że zgubił cały hajs, ale prosi tylko o jakieś jedzenie, więc chętnie oddajemy mu zabrane z domu zapiekanki i batoniki. Obie strony były z tej wymiany bardzo zadowolone :)
Potem zorientowałam się, że z wrażenia nawet nie spytałam go o imię. Szkoda.

Weź i znajdź ten adres

Znajdujemy w końcu naszą taksówkę i ruszamy najpierw odebrać klucze do mieszkania, w którym będziemy się bazować, a potem dopiero do samego mieszkania. Kierowca wygląda raczej na bywalca klubów, niż na taksówkarza, starannie uczesany i wystylizowany, ale sprawnie wiezie nas tą niewłaściwą stroną drogi. Dojeżdżamy i za chwilę Dawid wraca z kluczami i tajemniczym pudełkiem. To sól, o którą wcześniej poprosił naszą gospodynię, ona uratuje moje gardło :)
Pokazujemy kierowcy koordynaty i ruszamy do apartamentu, tym razem nieco kluczymy, ale w końcu znajdujemy właściwą ulicę. Niestety nie znamy numeru budynku, co bardzo utrudnia poszukiwania. Jedziemy powoli, szukając naszej miejscówki. Każdy apartament ma swoją nazwę, co obwieszczają urocze tabliczki. Często obok wisi ceramiczna Maryjka lub Jezusek, dodatkowo doniczki z kwiatami. Wygląda to bardzo ładnie, ale błagam – przybijcie te numery do cholery! Dojeżdżamy do końca uliczki, patrzymy na mapę – no chyba tu. Ale noclegu ani widu, ani słychu. Już mamy puszczać taksówkę, ale okazuje się, że adres jest zły i musimy dotrzeć kilka ulic dalej. Kierowca postanawia nas podrzucić na miejsce za darmo. I tak zainkasował już sporą sumkę. Znów lawirujemy w ciasnych uliczkach, w końcu nawet jedziemy tyłem, ale znowu nic. Postanawiamy iść dalej pieszo, ale walizki prowadzone po bruku mocno hałasują, stawiając na nogi pół miasteczka. Niesiemy je więc, sapiąc i pocąc się, bo jest naprawdę ciepło. Nasze mieszkanko ma być naprzeciw kościoła, nasłuchujemy więc dzwonów, ale to na nic. Miasteczko śpi, ale udaje mi się dorwać jakiegoś pana, niestety nie zna takiego kościoła, ale macha łapką, że na prawo trzeba iść. Lecę więc za ukochanym, który srogo się wysforował do przodu, ledwo majaczy mi jego oświetlona na niebiesko sylwetka. Chcę go przekierować w pokazanym przez dziadka kierunku, a ten sterczy gdzieś w oddali i ani myśli się ruszyć. Jak można się było domyślić, znalazł i kościółek (emitujący wspomnianą niebieską poświatę jak i głośne sygnały dźwiękowe), jak i nasze spanie. Nareszcie!
Wchodzimy wprost z ulicy, mamy nawet windę! Postanawiamy zaszaleć i wjeżdżamy nią na docelowe pierwsze piętro. Wszyscy już śpią, choć ciężko stwierdzić ile ich jest, tych wszystkich. Z pewnością jedna sypialnia zajęta jest przez jakiegoś chrapacza, druga jest nasza, a trzecia ciemna i milcząca. W każdym razie na paluszkach dokonujemy szybkiego przeglądu. Apartament jest wyłożony ładnym jasnym kamieniem, ma balkon, i… na tym w sumie koniec plusów. Jest brudno. Szczególnie widoczne jest to w łazience. Sypialnia skromna, okno wychodzi na okno sąsiada i ślepą studnię, taki trochę świetlik, byle wpadło trochę dziennego światła. Mamy poduszki i prześcieradła, wącham – prane na szczęście. W szafie niepowleczona kołdra, nieprana. Gdyby tu posprzątać, byłoby naprawdę super. Zajmuję łazienkę, żeby pogulgotać trochę tą zbawienną solą – gardło przechodzi na cały wyjazd! Cieszę się, bo w samolocie paliło żywym ogniem. Wanna nie zachęca… do niczego z jej użyciem. Długo ją płuczę przed wejściem, i będę to robić za każdym razem, bo nie ma czym jej umyć. Fuj. Jeszcze tylko herbata i ostatnie papierosy i mogę kłaść się z suszarką do łóżka. Kolejna rzecz, o której pomyślał Dawid, a która ratuje mi życie. Zasypiam około trzeciej nad ranem z ciepłym powiewem prosto w nos, jest cudownie.

Dzień drugi

Budzę się pierwsza. Drzemię już od dawna, bo co piętnaście minut dzwonnica naprzeciwko eksploduje dźwiękiem. Jakby przyczepić dzwon do ogona wściekłego pekińczyka. Mam dosyć gdzieś między dziesiątą, a jedenastą. Zwlekam się z gilem do pasa, pragnąc kawy. Mam w domu mnóstwo podróżnych saszetek z kawą, herbatą, cukrem, solą i innymi podobnymi, ale… no właśnie, w domu. Wspominałam, że nie spakowałam się najlepiej? Na szczęście w kosmetyczce znajduję awaryjną kawkę zabraną z jakiegoś hotelu.

Jest wspaniale i już bardzo ciepło. Zjawiają się mieszkańcy pierwszej sypialni, sympatyczni Włosi w średnim wieku, Josephine i Stefano. Mieszkają tu już dwa tygodnie, narzekają, że wszystko tu trzeba kupować samemu, również papier toaletowy. Czyli korzystaliśmy z ich papieru.. Minus dla gospodyni. Po krótkim small-talk znikają u siebie, a pojawia się mój ukochanek. Pochłaniamy mielone zabrane z domu i jesteśmy gotowi do wyjścia, ale jeszcze szybko trzeba kupić wodę i kilka drobiazgów. Robi się naprawdę późno. Mieliśmy ruszyć dzisiaj na Gozo i Comino, poopalać się i połazić po Viktorii, ale nie zdążymy, w dodatku wizyta w Popeye Village stoi pod znakiem zapytania. Zmieniamy więc plany, zamieniamy dni. Dziś ruszamy w odwrotnym kierunku, na Valettę. Trochę to komplikuje sprawę, bo chciałam wieczorem tę Valettę dopracować, ale co tam, lecimy na autobus.
Żałuję strasznie, że już nie jeżdżą rozklekotane staruszki-autobusy, tylko nowe, takie jak u nas. Te stare wycofano chwilę po mojej wizycie tutaj, z pięć lat temu. Szkoda, że Dawid nie mógł ich zobaczyć, za to pokonujemy wystarczająco długie trasy, żeby docenić klimatyzację, której tamtym brakowało. Coś za coś.

Valetta

Dojeżdżamy szybciutko do stolicy, wysiadamy w falę ludzką, która krąży po pętli autobusowej. Idziemy za tłumem i wchodzimy na starówkę. Jak każe tradycja od razu pytamy o kartki pocztowe. Cena ok, zobaczymy dalej, jak będzie drożej, to potem tu wrócimy.
Starówka po raz drugi nie robi na mnie piorunującego wrażenia. Ale jest sympatycznie, widzimy wybrzeże z imponującą panoramą, zmianę warty pod pałacem prezydenckim, dzieciaki pijące wodę wprost z fontanny i moje ulubione kolorowe balkony.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Latarnia Rikażoli

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Centrum Valletty
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Valletta
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Valletta

Nie znajduję natomiast tych super wąskich uliczek, z których słynie Malta, może są gdzieś poza starówką? Nie bardzo jest gdzie spacerować, bo wszystkie uliczki są owszem, ładne, ale takie same. Łazimy tu i tam, idziemy popatrzeć na Sliemę (czyli na sąsiedni, zachodni cypel), ale jest brzydka, nowa, z blokowiskami.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Sliema

Chcemy jechać gdzie indziej, więc wracamy na pętlę. Po drodze kupujemy kartki, życzliwy sprzedawca pogania, że pocztę ze znaczkami zaraz nam zamkną, woła „biegnijcie”! Biegniemy więc. Ale poczty niet. Jest za to listonosz, który spytany o drogę specjalnie wysiada z auta, żeby nam ją wskazać. Choć wystarczyło machnąć łapką, bo poczta była tuż obok, za winklem. Lubię tę ich życzliwość.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
No cóż, tradycja…

Kartki wypisane, oznaczkowane i wysłane, a nas kusi ładny placyk nieopodal, z piękną panoramą przeciwnego brzegu. Tam chcemy być! Ładne porciki, stara zabudowa i może zdążymy na zachód słońca.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Widok na Kalkarę i Birgu
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Grand Harbour/Vittoriosa Yacht Marina
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Parę zdjęć schematu komunikacji miejskiej i na Malcie czujemy się jak u siebie
Birgu, ptaszki, Jezuski i Maryjki

Wracamy na zatłoczoną pętlę, mam wrażenie, że kłębią się tam wszystkie narodowości i rasy. Łapiemy autobus i odrazu stajemy w korku. Sporo słońca nam przez to ucieka, ale w końcu okrążamy zatokę i robi się coraz ładniej. Ta tendencja się utrzymuje i kwikam ze szczęścia, bo jest pięknie! Spokojne, opustoszałe ulice, moje balkony, górki i dolinki, Maryjki i Jezuski.
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Birgu
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Birgu

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

W dodatku jakieś egzotyczne ptaszki ćwierkają w klatkach (biedne) i klimat robi się bajkowy. Spragniony Dawidek trafia na spryciulę rodem chyba z Izraela, która sprzedając colę w sklepie oczekuje za ciepłą 0,9€, a schłodzoną za 1,2€. Żart chyba jakiś, proszę pani!

Idziemy główną aleją, z uliczek po naszej prawej wyziera pięknie oświetlony port. Na końcu cypla znajduje się strażnica. Mamy piękny widok na Valettę, akurat przepływa gigantyczny włoski prom. Jest tak duży, że czekamy aż wyjdzie w morze, bo nie wierzymy, że się wyrobi na zakręcie.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Valletta
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
W tle fort St. Elmo i jego dzwonnica

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Maltańska sielanka

Schodzimy na dół, do mariny, słońce jest już nisko. Jest obłędnie, budynki po drugiej stronie zatoczki wręcz świecą na złoto, idziemy przy samej wodzie przechodząc przez murek dzielący ulicę z linią wody. Co jakiś czas przepływająca łódka produkuje fale, które trzeba przeskakiwać, bo moczą buty. Potykam się i prawie nurkuję głową w dół razem z aparatem. Robimy miliard zdjęć, bo widoki są przepiękne, ale ja myślę o tym czy zdążymy na drugą stronę na zachód słońca. Znów słyszymy ptaki, może to jakieś papugi? Miejscowi lubią papugi, sześć lat temu nauczyłam ogromną arę gwizdać Marsyliankę ;)

Robi się bardzo sielsko: palmy, łodzie kołyszące się na wodzie, kawałek kolorowej starówki wkomponowany w urocze nabrzeże. Panowie z wędeczkami łowiący rybki tak mikre, że wszystkie lądują przed dwiema kotkami, które stale kręcą się w okolicy. Interesowne bestie pozwalają się głaskać jedynie w zamian za rybę. Jest tu bardzo miło, mimo, że pusto. Zdaje się, że wszyscy mieszkańcy wracają tu tylko na noc, po pracy gdzieś w stolicy.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Kalkara/Birgu

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Birgu

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Nie zauważamy jak zachodzi słońce, bo czekamy na hambuksy. Najlepsze mają być, za te 3€ z frytkami.

Najlepsze może nie były, ale za to w kapitalnym otoczeniu i atmosferze. Maltański streetfood, sprzedawany z czegoś na podobieństwo starego Żuka ozdobionego kilometrami ledowych taśm, dookoła jachty wyciągnięte na ląd, podparte deskami dla równowagi. Ważne, że z konsumującymi lokalsami.
I absolutny brak turystów.
Ściemniło się, więc szukam jakiejś płaskiej powierzchni, by strzelić coś na długim czasie naświetlania. Starsi panowie przesiadujący na ławeczce nieopodal patrzą z delikatnie zdziwioną miną na mnie.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Sielanka, sielanką, ale spróbuj zrobić zakupy po 19.

Chcieliśmy kupić coś na śniadanko, najlepiej w jakimś Lidlu, ale wszystkie na Malcie zamknęli o siódmej. W zasadzie wszystko jest pozamykane. Pan z Żuka wskazał nam coś małego, nadal otwartego. Zgadujemy – pewnie droższe niż Lidl. Trudno, trzeba coś jeść.
Przy okazji kupuję syrop, niby klonowy, w pięknej puszeczce, w nadziei, że uda mi się go wywieźć (płyn, bądź co bądź, mimo, że w puszce).

Zrobiło się późno, a jeszcze trzeba dojechać, rezygnujemy z dalszych spacerów i łapiemy w locie powrotny autobus. Karta od chłopaka nadal działa :)

Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek…

W domu spotykamy naszych sąsiadów, zaczynamy gadać. Są z Genui i przyjechali szukać pracy tutaj. Chwalimy się, że byliśmy tam niedawno i pokazujemy zdjęcia, które tam zrobiliśmy. Kończy się na tym, że na jednym z nich odnajdują swój dom! Śmieszny zbieg okoliczności.
Tej nocy wyjeżdżają, żegnamy się trochę z żalem, bo są weseli i sympatyczni. Poza tym tylko Josephine utrzymywała tu jakikolwiek porządek, dziewczyna z trzeciej sypialni, studiująca i wynajmująca ten pokój, robi wokół siebie wyłącznie syf. Zresztą spotkamy ją tylko raz, podczas którego dostaje teatralnego ataku astmy. Poczuła fajki palone na balkonie, a że jest „super alerdżik” na fajki, to nie można palić w promieniu kilometra od domu. Rychała cały wieczór, zamknięta w pokoju. Ciekawe jak wytrzymuje na codzień, w Malcie nie ma zakazu palenia i sporo ludzi jara.

Czuję się trochę gorzej, jak to wieczorem. Tej nocy nawet suszarka niewiele pomaga.

Dzień trzeci

Budzik dzwoni o ósmej, bo wie, że dziś dużo jeżdżenia. Pozwalam Dawidkowi trochę pospać, bo boli go głowa. Albo to odeśpi, albo cały dzień będzie się męczyć.
Niespodziewanie kończą mi się chusteczki. Glut się nie kończy. Szlag, nie ma gdzie kupić, żadnego kiosku w pobliżu, sklep daleko i w złą stronę. Kończy się to tak, że jestem zmuszona suszyć wilgotne chusteczki na słońcu :/ Nie polecam, szybko robią się z powrotem mokre :/
Dziś wyspy.

Wyspy

Wybiegamy na autobus, niepotrzebnie, bo przyjeżdża bardzo spóźniony i zatłoczony. Sporo ludzi jedzie do Cirkewwy. W międzyczasie rezygnujemy z wioski Popeye, czas nam już nie pozwoli na takie zboczenie z drogi. Jedziemy prosto na przystań złapać prom na Comino. Spóźniamy się dosłownie chwilkę, łódź jeszcze stała, kiedy kupowaliśmy bilety. Na złość odpłynęła i zostaliśmy z dwiema parami z PL i ich, niestety, wyjącymi dziećmi.
Co do trasy, to mamy kilka opcji. Jak zapewne wiecie, państwo Malta to trzy wyspy: Malta, Gozo i Comino. Malta i Gozo są zamieszkane, Comino jest pusta, zapełnia się w ciągu dnia plażowiczami.
„Państwowy” prom płynie jedynie na trasie Malta – Gozo. Rejsy do Comino obsługują prywaciarze. Bilet na „oficjalny” prom do Gozo i z powrotem kosztuje 4,65€. Prywatny, do Comino – 10€. Powrót jest w cenie, ale są dwie opcje: albo do Malty, albo do Gozo, z tym, że powrót do Malty zawiera jeszcze opłynięcie jaskiń.
Wybieramy Gozo, jako destynacja powrotu, Dawid wynegocjował ekstra opłynięcie jaskiń, fajnie.

Płyniemy. Dzieci urządzają piękny i długi koncert. Niestety, nie doczekujemy się żadnej reakcji ze strony rodziców, podejrzewam albo bezstresowe wychowanie, albo totalną rezygnację z próby uspokajania wrzasków. Już miałam pytać, kiedy mają samolot powrotny, ale ugryzłam się w język.

Comino

Wspominam Comino bardzo dobrze i już nie mogę się doczekać turkusowej wody. Przez te kilka lat chyba naoglądałam się turkusu, bo wysepka nie robi już na mnie wrażenia. Co więcej, zaczyna mnie przygnębiać. Na jedynej piaszczystej plaży skupiło się 90% wszystkich wczasowiczów, oraz budki z pamiątkami i śmieciowym żarciem; mijamy szerokim łukiem. Ruszamy dalej, do Crystal Lagoon, ale tam też pełno. Albo beton, albo bardzo ostre skałki, nie ma się gdzie położyć. A o tym marzyłam od miesięcy – poleżeć na słońcu nie robiąc nic, wygrzać się porządnie. Ale średnio z tym. Dawid robi kółko w wodzie i przekonuje się, że wąsy nie ułatwiają pływania krytą żabką. Ja przekonuję się, że nie chcę paradować w kostiumie z tyloma nadprogramowymi kilogramami wszędzie-tylko-nie-w-cyckach.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Gozo Channel
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Comino/Blue Lagoon

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Nasz basen/Crystal Lagoon

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

W międzyczasie ludzie odchodzą, przenosimy się nad samą wodę. Jestem o krok od decyzji, że wlezę w końcu do wody i wtedy przypływa wielka motorówka pełna turystów. Cumują centralnie przed naszym ręcznikiem i z kąpania nici. Przenosimy się dalej, w dość niewygodne miejsce, za to odosobnione. Decyduję się na kąpiel, wkładam palec i.. lód! Lodowaty lód! Nie wejdę. Wejdę! Nie wejdę. Sprawę utrudnia ciężkie zejście do wody – porośnięta półka skalna tuż pod poziomem wody, a dalej już toń. Wiszę więc na tej półce, nagle patrzę – krab! Tuż przy mojej stopie i co gorsza zaczyna się nerwowo poruszać. W sekundę znajduję się na brzegu. Ok, kolejna próba. Znów wiszę, co chwila zerkając na boki w poszukiwaniu kraba, już zamoczyłam podwozie w płynnym turkusowym lodzie, kiedy Dawid informuje mnie, że nasza łódź odpływa za 20 minut. O cholera! Teraz? Kiedy już mam mokry tyłek? Teraz to już muszę się wykąpać, teraz albo nigdy, bo co potem powiem, że ani razu się nie wykąpałam? Płynę! Jest zaskakująco zimno, to pewnie przez chorobę, ale woda ma temperaturę jak Bałtyk w lutym. Siedzę w wodzie minutę, ryczę i wyczołguję się na brzeg. Szybka przebiórka pod ręcznikiem, majtki uparcie wchodzą tył na przód, wreszcie jest, możemy biec. Zdążamy w ostatniej chwili. Dawid przypomina kapitanowi o jaskiniach, ten nie jest zachwycony ale płynie.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Gozo

Oglądamy kilka jaskiń oraz nasze kąpielisko i ruszamy na podbój Gozo. Powinniśmy płynnie zdążyć na autobus do Rabat (Victorii), a potem na przesiadkę w kierunku Azure Window.

Nie zdążyliśmy… Bo jaskinie za długo oglądaliśmy.

Mamy pół godziny czekania na najbliższy autobus i już wiem, że coś się pokrzaczy. Chciałam obejrzeć zachód słońca na wybrzeżu i wrócić po zmroku do miasta, bo poprzednio go prawie nie widziałam. Wyszło odwrotnie, bo przesiadka też się przesunęła o 40 min, więc do wyboru mieliśmy albo poczekać, pojechać do San Lawrence i wracać bez zwiedzania Victorii, albo teraz biec na te 40 min tylko. Wybraliśmy tę drugą opcję.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Port w Mgarr (Gozo)
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Mgarr
Zwycięskie Elemelki

Summa summarum w Victorii obejrzeliśmy tylko cytadelę. Szkoda, bo to miasto wydaje się mieć sporo zabawnych smaczków, choćby takich, jak plac, który mijaliśmy. Idąc, już z daleka słyszeliśmy dobiegający dziwny dźwięk, ostry szum. Brzmiało to jak gromada dzieci przekrzykujących się nawzajem.
Wróbelki. To były wróbelki. Setki, tysiące wróbli drących dzióbki na całe gardła! Wspaniałe! No i niosło się to niesamowicie, będąc 200m od nich słyszeliśmy je doskonale. W kupie siła!
Cytadela przypomina miniaturowe miasto z uliczkami i knajpkami, jest prawie pusta, ale widok jaki się z niej rozciąga… bajka, widać nawet Maltę.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Il-Ħabs l-Antik, Rabat

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Rabat (Victoria)
Azure Window

Czas się kończy, zbiegamy więc na pętlę i wsiadamy do autobusu, który dowiezie nas do Azure Window. To będzie już ostatnia nasza atrakcja, nie starczy czasu na sąsiednią zatokę z klifami, czy solanki na północy. Po raz kolejny szkoda. Nie zdążamy też na zachód słońca, docieramy grubo po zmroku, nastroje zupełnie usadzone. Staram się zrobić kilka zdjęć, efekty jakie są każdy widzi.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
Azure Window
Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta
San Lawrence

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Robi się smutnawo, w dodatku powrotne autobusy kursują co godzinę. Pozostaje usiąść na murku w kompletnych ciemnościach i cierpliwie czekać. Spieszy nam się trochę, bo zdążymy nim na przedostatni prom. Tzn. promy kursują całą dobę, ale mam wyliczony ten ostatni, którym zdążymy na ostatni autobus prosto do domu. W końcu przyjeżdża i zaraz już przesiadamy się w kierunku przystani. To, co wyczynia kierowca to… no, rajdowy jest. Hitem jest zakręt w ciasnej uliczce, kiedy prawie przycieramy ścianę budynku. Wszyscy w autobusie przez parę sekund byli na bezdechu;)

Mam jeszcze czas zrobić kilka zdjęć, zanim odpłynie prom na Maltę.

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

Bardzo lubię te linie, bilety tanie, prom płynie bardzo szybko, a z kafeterii dochodzą oszałamiające zapachy. Po drodze mija się podświetloną na czerwono twierdzę na Comino, co wygląda pięknie po zmroku.

Szybko dobijamy do Cirkewwy i godzinę późnij jesteśmy w domu. Z dziką rozkoszą palę na balkonie, myśląc o temperaturach w PL i nie myśląc o naszej astmatyczce.

Zostałabym tu jeszcze.

Wszystko co dobre, szybko się kończy

Rano odjeżdżamy z przystanku położonego przy najbrzydszym kościele, jaki widziałam.
Autobus przyprawia mnie o ciarki, jest sporo opóźniony, nie będziemy wydawać znów szalonej kasy na taxi! Karta już nie działa, jedyny raz kupujemy oba bilety. Dzięki jeszcze raz, chłopaku z lotniska!

Przed samym lotniskiem zatrzymujemy się na pętli, kierowca zabiera swoje graty i po prostu sobie wysiada. Siedzimy tak sobie, minutę, dwie.. Kierowcy na zewnątrz palą fajki, patrzą na nas, a my na nich. Co jest grane? W końcu, noga za nogą, wlecze się zastępca, żując peta i mrucząc coś do siebie. Dobrze, że to tylko kilka przystanków.

Na lotnisku wreszcie kupuję chusteczki! Dużo chusteczek! Demonstracyjnie trąbię w nie co chwilę, kto bogatemu zabroni ;)
Celniczka odbiera nam syrop i orzechówkę kupioną we WRO, tę zapomnianą. Nie daje się przekonać do zmiany decyzji, choć jest przy tym bardzo miła. Trudno.

Stajemy w ostatniej kolejce, całej polskiej. Jest kilka bobasów oraz… wyjący Kubuś z łodzi na Comino, ten sam!
Wiedziałam!
Będzie kontynuował swoje dzieło przez cały lot, z ojcem trzymającym go na rękach i mającym minę jakby nic nie słyszał.

Unikamy, na szczęście, nadania bagaży, bo czeka nas bardzo szybka przesiadka, mamy zaledwie 50 min, jeśli będziemy we Wrocławiu o czasie. Ściskam kciuki, że może znów przylecimy pół godziny wcześniej.

Szara, polska rzeczywistość

Nie udaje się, jesteśmy nawet odrobinę później nawet i już się lekko denerwujemy. Postanawiamy przedrzeć się, żeby wyjść jako pierwsi z samolotu, więc grzecznie przepraszamy przechodząc, wyjaśniamy i przekonujemy. Wiele osób nas przepuszcza, ale trafiamy na kilka bab, dla których stanie w kolejce jest chyba świętością, bo za nic mają nasze prośby i postanawiają zostać wrzodem na naszych tyłkach.
Wstrzymują nas na szczęście tylko delikatnie, zaraz jesteśmy na zewnątrz, porażeni temperaturą i szarówką, i pędzimy.
Wpadamy na odloty, czas się kończy! Patrzę na tablicę, WAW – departed… Łooot??? Panika, ale zaraz doczytuję, że to nie nasz, nasz się pakuje dopiero :)
Nawet zdążamy na pół fajki do palarni.
Dęty Kubuś tym razem do nas nie dołącza, czuję się prawie zawiedziona. Jak i tym, że nie trafiliśmy na przycinającego drzwiami kierowcę autobusu nr 148 w drodze do domku :)

Podróż Życia, Najmniejsze Kraje Europy, Malta

1 Comment