Iran. Dzień 4-5. Jazd – Kharanaq – Czak Czak – Meybod – Kerman – Mahan – pustynia Lut

Kharanaq

Poprzedni odcinek opowieści o irańskiej wycieczce, w którym znajdziecie info o tym jak wygląda wjazd do Iranu i proces otrzymywania wizy na teherańskim lotnisku oraz bonus w postaci krótkiego tour po Jaździe i mnóstwa zdjęć, znajdziecie tutaj (klik).

Dzień 3.

Ciągle Jazd

Pierwsza noc po irańsku (czyli na poduchach położonych na podłodze) przebiega nadzwyczaj spokojnie i miło. Guzdraliśmy się wczoraj z pójściem spać więc pobudka chwilę po 7. nie należy do najłatwiejszych.
Ali jest już na nogach. Zgodnie ze swoim postanowieniem nie jest jeszcze w pracy, tylko czeka, żeby nas odwieźć. Próbujemy go odwieść jeszcze od tej decyzji, ale jest nieugięty. Cholera z nim, no ;)

Śniadanie też jest na irańską modłę, choć już w biegu.

Zbiórkę wycieczkową mamy na 8.30. Punkt zborny jest w centrum Jazdu, na rynku Starego Miasta, 200 metrów od Meczetu Piątkowego.

Wyjeżdżamy przed 8., żeby nie musieć się spieszyć. Ale nie przewidujemy jednej rzeczy – porannych korków. My z wiadomych względów (jesteśmy tutaj pierwszy raz ;), niemniej Ali jest również zaskoczony. On do pracy jeździ zwykle na 6., ruch ma wtedy znikomy i trasę pokonuje migiem.
Ale wtedy wychodzi kolejna charakterystyczna cecha dla Irańczyków, jeśli chodzi o rozwiązywanie takich problemów, a z którą zetkniemy się jeszcze kilka razy na tej wycieczce. Wystarczy numer telefonu z ogłoszenia i wykonanie do niego połączenia: w trzy sekundy temat jest ogarnięty – organizatorzy uprzedzeni o problemach, nikt bez nas nie pojedzie, a info zwrotne dla nas brzmi: relax, relax.
Dla mnie to miła odmiana, że są jeszcze miejsca, gdzie „program” wycieczki nie jest sztywny, gdzie możesz się dogadać z ludźmi, a i odstępstwa nie są niczym nieakceptowanym.

Na miejscu okazuje się, że skład nie jest pełny i nie jesteśmy jedynymi, na których czekają.

Ali musi gonić do pracy (a jednak), więc żegnamy się wylewnie – my chcemy wyjechać do Kerman popołudniem, więc pewnie się już nie zobaczymy.

No właśnie, chcemy wyjechać, ale nie mamy jeszcze biletów.
Wczoraj usłyszeliśmy w Travel Office, że autobusy są i kursują często, aż do wieczora.
Nasza dzisiejsza wycieczka jest też organizowana przez podobny office, więc idziemy tam pytać o połączenia i bilety.

I dostajemy fangę w nos.
Pani za ladą stuka coś w komputer i mówi, że ostatni autobus odjeżdża o.. 15.
Nie chce mi się w to wierzyć, wczoraj słyszeliśmy coś innego.

Bardzo nam to komplikuje dzisiejszy dzień.
Problem jest taki, że mamy 8.30, więc do ostatniego odjazdu jest 6,5h. Nasza dzisiejsza wycieczka ma teoretycznie trwać 5h, ale są duże szanse, że będzie dłuższa. A jeśli nawet wrócimy o zaplanowanym czasie, to może być problem z dojazdem do dworca autobusowego, bo ten jest dość daleko i w efekcie na widoku mamy sporą gonitwę ze sporymi szansami na finalny brak sukcesu.
Zaczynamy rozpatrywać różne opcje typu odpuszczenie ostatniego punktu wycieczki i powrót taksówką prosto na dworzec, albo nawet rezygnację z całego wyjazdu za miasto. Ale po raz drugi przeciągu godziny widzimy co może zdziałać w Iranie człowiek z telefonem.
Pojawia się nasz „pilot” wycieczkowy. Słyszy w czym jest problem, wyciąga komórkę, dzwoni gdzieś tam i 30 sekund później znów słyszymy „relax…”.
W jednej chwili późniejsze autobusy się znajdują, a my, od ręki mamy wstępnie zaklepany kurs o 18. Bilety kupi się przed odjazdem, no problem.
Na me pytające spojrzenie pani za ladą, która wyszukiwała nam połączenia wcześniejsze, robi minę pt. „nie wiem dlaczego”.
No, to mamy relaks. :)

Teraz to już faktycznie jesteśmy ostatni. Sprawa z biletami trwała tyle, że nasz 11-osobowy busik wielkości busa marki Daihatsu już czeka zapełniony. Co oznacza, że zostały nam miejsca, których nikt nie chciał :)
Czyli, nie dość, że siedzimy osobno, to jeszcze na składanych siedzeniach.
Ale nie ma co dramatyzować, dużo kilometrów dzisiaj nie narobimy, więc te niedogodności przeżyjemy.

Oprócz naszej dwójki, „Diahatsu” wiezie wycieczkowego przewodnika Saida, kierowcę, oraz pasażerów: dwóch Belgów, holenderskie małżeństwo (notabene siedzące w dwóch przeciwległych miejscach samochodu) i troje Francuzów.
Magdzie przypada miejsce z tyłu, obok Holenderki, ja siedzę na środku, w rzędzie z dwiema Francuzkami, za Saidem, który niestety nie jest pierwszej świeżości. Na szczęście przy otwieralnym oknie.

Ruszamy na północny wschód.

Podróż Życia, Iran, Jazd

70 km później dojeżdżamy do pierwszej atrakcji.

Kharanaq

Co można powiedzieć tytułem wstępu o tym miejscu? To, że jest to wioska w całości zbudowana z gliny i słomy. Podobno znajdowano tu ślady zamieszkania sprzed 4 tysięcy lat, natomiast to, co będziemy widzieć zaczęło się budować przeszło tysiąc lat temu. I obecnie jest to najlepiej zachowana zabudowa tego typu w szeroko pojętej okolicy (kiedyś taką palmę dzierżyło Bam, ale potężne trzęsienie ziemi w 2003 poważnie zniszczyło to miasto).

Pierwsze, co nas uderza po opuszczeniu busa, to gorącz. Jest 10., a my już czujemy, że będzie nawet ciężej, niż wczoraj.
Druga rzecz, rzucająca się tym razem w oczy, to totalnie żółto-zakurzono-brązowe otoczenie, przechodzące płynnie w błękit nieba po uniesieniu głowy. Idealnie pasujące do przedpołudniowego skwaru.
Said przezornie przypomina o zabraniu wody ze sobą.

Trafiamy do całkowicie jednokolorowego miasta, w całości zbudowanego z gliny i słomy. Pustego (czyt. niezamieszkałego), choć, jeśli wierzyć słowom naszego przewodnika, podobno kilka starszych osób jeszcze tutaj mieszka. Kilkuset pozostałych mieszkańców, w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, przeniosło się do zbudowanego po sąsiedzku „nowego” Kharanaq – tam mają elektryczność, kanalizację – jednym słowem lepsze warunki do życia.

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq
Nad miastem króluje delikatnie skrzywiona wieża, zwana Trzęsącym się Minaretem. Jest to trzypiętrowa budowla z XVII w., która podobno co jakiś czas drży i wibruje. Podobno, bo w trakcie naszego pobytu się to nie wydarzyło. Nikt nie wie dlaczego tak się dzieje i nikt nie znalazł naukowego wytłumaczenia.

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Nowy Kharanaq
Nowy Kharanaq

Dlaczego tutaj ludzie wybrali sobie miejsce do osiedlenia się? Odpowiedź Saida zaskakuje: bo tu jest chłodniej!
Jak to? A tak to, że jesteśmy w górach!
Nie wierzę. Sprawdzam na GPSie i zbieram szczękę – jesteśmy na wysokości 1800 m.n.p.m (Jazd jest na 1200 m.n.p.m)! A parę kilometrów od nas są „górki” wznoszące się wyżej od naszych Rysów.
Ani „górek” ani pięcia się naszym busem jakoś nie zanotowałem w trakcie jazdy. Jak zwykle, chyba po złej stronie samochodu siedziałem.
Wybitnej różnicy w temperaturze nie zauważam, więc wierzę na słowo.

Ale, oprócz chłodu mamy jeszcze dwa inne powody. Pierwszym jest płynąca kiedyś tutaj rzeka, po której pozostałością jest piękny most. Natomiast drugim jest strategiczne położenie miejsca – okolice Kharanaq to przełęcz w ciągnącym się kilkadziesiąt kilometrów paśmie górskim: na wschód jest niżej, na zachód jest niżej, na północ i południe jest wyżej. Stąd jest to swego rodzaju brama prowadzącą do Jazdu.
A co za tym idzie, w dawnych czasach ciągnęły tędy szlaki handlowe i nie tylko, więc wybudowanie się tu było ze wszech miar sensowne.

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq
Widok na wyschniętą rzekę, z świetnie zachowanym starym mostem

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Idziemy zwiedzać miasto. Said prowadzi, ale można też próbować samemu eksplorować labirynt uliczek. Na dachy też wychodzimy, ale z zastrzeżeniem, żeby po nich nie skakać.

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq

Podróż Życia, Iran, Kharanaq
Jeden z obecnych mieszkańców Kharanaq

Przy okazji wyjaśnia się zagadka z kołatkami. W Jaździe nie zwracaliśmy na nie uwagi, tutaj przewodnik sam wskazuje nam tę przypadłość tutejszych drzwi i tłumaczy.
Otóż, kołatki definiują płeć, która przychodzi w odwiedziny. Segregacja w islamie była kiedyś bardzo rygorystyczna, prawo nie pozwalało na jakiekolwiek kontakty między kobietami, a mężczyznami jeśli nie byli bliską rodziną/spokrewnieni. Starano się eliminować wszelakie sytuacje mogące spowodować „problemy”.
Jedną z takich była niemożność, albo przynajmniej kłopotliwość w rozpoznawaniu kto stoi po drugiej stronie drzwi.
Stąd, jak w odwiedziny do domu przychodził osobnik męski, to, żeby oznajmić swoje przybycie używał tej większej i cięższej kołatki. Za odźwiernego robił wtedy gospodarz domu, tudzież jakikolwiek mężczyzna. Analogicznie było w przypadku kobiet, z tym, że dla nich była ta lżejsza i mniejsza obręcz. I temat był tym samym załatwiony.

A co w przypadku, gdy w domu jest tylko jedna płeć i przychodzi ta przeciwna, albo są w nim wyłącznie głuche starowinki? – ktoś zapyta.
No cóż, dzieje się to samo, co w przypadku nieobecności domowników lub niesłyszenia dzwonka. Nikt nie otwiera ;)

Kap-Kap

To kolejna z naszych atrakcji.
Czemu Kap-kap? Bo to zwykłe „tłumaczenie” oryginału – tyle właśnie znaczy nazwa miejsca do którego jedziemy z Kharanaq: Chak-Chak, po spolszczeniu Czak-Czak.
Jest to drugie, po Świątyni Ognia zaratusztriańskie miejsce w okolicy, jedno z najświętszych dla zoroastrian. Leżące 40 km drogą na zachód od glinianego miasta sanktuarium umiejscowione jest w zboczu jednej z tych gór, które wznoszą się niemal na 2600 metrów nad poziom morza.
Tym razem, jadąc tam, już widać i czuć wysokość. Szczególnie końcówkę drogi, która jest pięknie krętym podjazdem pod parking.

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran, Czak Czak
Czak Czak od podnóża góry

Dlaczego „Kap-Kap”, skoro i tak czczą tu święty ogień? Bo zoroastrianie mają również swoją legendę o księżniczce, co Niemca nie chciała. Z tym, że inaczej niż w polskiej czy azerskiej opowieści, w tej nie chodziło o złamaną miłość i dyplomatyczne małżeństwa, a o zwykłą ucieczkę przed gwałtem i rubieżą. Źli islamscy Arabowie najechali ziemie dobrego perskiego króla i chcieli zrobić brzydkie rzeczy jego córce. Ta uciekając dała się zapędzić w kozi róg (czyt. pod zbocze niniejszej góry) i nie mając drogi ucieczki wymodliła cudowne otwarcie się skał dające jej schronienie. Po prostu góra się otworzyła, księżniczka weszła, góra się zamknęła.
Od tego czasu, wg legendy, nikt jej nie widział, a w miejscu, gdzie teoretycznie uciekła złym Arabom, spokojnie, kropla po kropli wycieka sobie źródełko. Kap, kap.
Woda do dzisiaj traktowana jest jako święta, łapana i sprzedawana.

Opowieść jest zaratusztriańskim wierzeniem, ale sam najazd faktycznie się wydarzył. Dokładnie w 640 roku i de facto był końcem miłościwie panującej ówczas dynastii Sassanidów oraz początkiem konwersji Persów na islam.

Miejsce jest bardzo ważne dla wyznawców zoroastrianizmu, corocznie w połowie czerwca świątynia, zwana też Pir-e Sabz, zapełnia się tysiącami pielgrzymów z różnych krajów.

Na szczęście dzisiaj jest niemal pusto.
Żeby dotrzeć na miejsce docelowe, trzeba pokonać niemal 100 metrów w pionie schodami.
Czuję, że moje niegdysiejsze robienie schodami po 100 pięter w pół godziny jest już śpiewem przeszłości, bo na górę docieram zmachany jak mops. Coraz wyższa temperatura i wcinana po drodze kanapka z mielonym zabrana jeszcze z domu mają raczej niebagatelny na to wpływ.

Podróż Życia, Iran, Czak Czak
Po schodach…
Podróż Życia, Iran, Czak Czak
…do samej góry

A co dostajemy na samej górze? Oprócz ładnego widoku na płaskowyż, każą nam płacić po 5 zł od łebka za wejście do sanktuarium. Za 5 minut popatrzenia na ogień i kapiącą wodę.
Jak myślicie, co robimy….?

Oczywiście… zdjęcia widoków :) I palimy papierosy w oczekiwaniu na resztę wycieczki.

Nasi towarzysze patrzą na nas jak na januszy, ale 15 minut później, po powrocie ze świątyni przyznają nam rację.
Niemniej, pomimo tego, że widoki są lepsze, nasza sugestia dla tych, co mają w planie wizytę w Czak Czak jest taka, że jeśli mają zbędne 5 zł, to śmiało mogą je tutaj wydać – znamy gorsze sposoby spożytkowania takiej gotówki :)

Podróż Życia, Iran, Czak Czak

Podróż Życia, Iran, Czak Czak

Couchsurfing, a komercja

Towarzystwo nam się trochę przyzwyczaja do siebie, bo w drodze powrotnej następuje niemalże integracja. Każdy opowiada trochę o swoim pobycie w Iranie, jest co słuchać. Ciekawe jest to, że w zasadzie wszyscy przyjechali tutaj z innej strony: Belgowie od strony Szirazu, Holendrzy ze strony Kerman, Francuzki podobnie jak my, z Teheranu, z tym, że spędziły w nim już trochę czasu.
Chłoniemy wszystkie opowieści i sugestie, bo każdy nimi niemal tryska. W końcu możemy zasięgnąć informacji z pierwszej ręki i porównać to z wiedzą i propozycjami które mamy.

Bo nie wiecie jeszcze, ale tu, w Iranie, przekonujemy się, jak pięknie można wykorzystać Couchsurfing do prowadzenia działalności komercyjnej.
Szukając w Internecie informacji o działaniu portalu tutaj, dostaje się zwykle jedną odpowiedź – jest super. Wszyscy korzystający chwalą Irańczyków, że chętni, uczynni i takie tam.
Niestety, nikt nie wspomina o drugim dnie tego „super”. Otóż nie spotkaliśmy się jeszcze (no, prócz Afsaneh) z tym, żeby każda zgoda na przyjęcie nas pod swój dach nie była transakcją wiązaną, pt. „spoko, przenocuję was, ale przy okazji moja żona/mama świetnie gotuje, więc zaserwuje irańskie śniadanie za jedyne $15 od osoby” albo „Jasne, przenocuję was! I jeszcze obwiozę dookoła, wezmę taty samochód. Z tym, że on chce za benzynę $100″…
Mam z tym mały problem. Nie dlatego, że ktoś proponuje takie rzeczy, bo każdy może. Irytuje mnie to dlatego, że nie mam jasnego przekazu pt. „jakby cię interesowało, to prowadzę taką działalność, ceny są takie i takie”, tylko wszystko podane jest jako przysługa, coś, co się robi po koleżeńsku, po kosztach. Przez co nabieram nieufności do pozytywnych odpowiedzi na moje zapytania i w każdej z nich widzę swego rodzaju oszustwo, wprowadzanie w błąd.
Oczywiście, wszystkie takie propozycje mają różny stopień natężenia nachalności – mistrzem świata był chłopak, który na moje zapytanie o nocleg odpisał, że tak, ale kosztuje to $100 od osoby. Reakcji mojej możecie się domyślić, ale dopiero jego późniejsza odpowiedź wybiła mnie z butów – dostałem zwyczajny w świecie opierdol, że w dupie mi się poprzewracało, że wydaje mi się, że jak jestem z Europy, to mogę mieć wszystko za darmo.
Zasugerowałem mu, w odpowiedzi, zamianę Couchsurfing na np. Airb’n’b, bo zdecydowanie mu się portale i ich specyfika pokiełbasiły.
To, że jemu się pomyliło, jak myśli, że każdy Europejczyk sra pieniędzmi, żeby za spanie w jego domu płacić takie sumy, przemilczałem.

Natomiast z drugiej strony mam Mettiego, chłopaka z Kerman, do którego również pisałem w sprawie spania – też używa CSa do „werbowania” klientów oferując im spanie, natomiast jasno powiedział, że sam jeździ jako tour operator i może nam odpłatnie pomóc w tej kwestii.
Za jednodniową wycieczkę chce od nas bodajże $90 za całość. Holendrzy za coś podobnego, tyle, że połączonego ze spaniem na pustyni płacili $190.
W końcu mam jakiś punkt odniesienia do ewentualnych negocjacji.

Meybod

Jedziemy do ostatniego miejsca wycieczki. W Meybod mamy co najmniej 3 punkty do odwiedzenia: Wieżę Gołębią, starożytną wytwórnię lodu(!) i równie wiekowe: karawanseraj i fortecę.

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran
Pustynny przemysł wydobywczy

Co najmniej, bo nagle Francuzki patrzą na zegarek i robią larum, że jak tak dalej pójdzie, to one nie zdążą na swój transport.
Faktycznie, jest 14.30 – o tej porze mieliśmy być z powrotem, a jeszcze 1/3 wycieczki przed nami.
Staje na tym, co niekoniecznie mi w smak, że przyspieszamy tempo.

Wieża Gołębia

Zgadnijcie, co nas przywitało przy Wieży Gołębiej? Bileternia :)
Said negocjuje warunki wejścia i zyskujemy tyle, że będąc w 9 osób płacimy za 8. Czyli za naszą dwójkę wychodzi 7 zł.

A czym jest sama Wieża? I dlaczego jest Gołębia?
Otóż jest to stary irański sposób na użyźnianie gleby. W starożytności wznoszono takie budowle, które w środku „wyposażone” były w tysiące dziur. I te właśnie dziurki były idealnym schronieniem dla tysięcy gołębi, które, oprócz miejsca zamieszkania zyskiwały w ten sposób ochronę przed drapieżnikami i warunkami zewnętrznymi. Więc z ochotą zasiedlały takie wieżyczki, których w tej części Iranu jest całkiem sporo.
A co ptactwo dawało w zamian za te cieplarniane warunki? Gówno! Dosłownie. Siedząc w gniazdach ptaki wypróżniały się na podłogę i co jakiś czas wystarczyło te fekalia zebrać i wywieźć w pole.
W polskiej wsi kiedyś robiono podobnie z odchodami trzody. Do dzisiaj pamiętam fetor, który rozsiewał sąsiad Pietryka, jak jechał nawozić pole z wozem (jeszcze o drewnianych kołach) wyładowanym po brzegi gnojem i jak my pomstowaliśmy na te smrody :)

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia
Wieża Gołębia
Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia
i tysiące mieszkań dla potencjalnych lokatorów

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Gołębia
Czubek wieży

Meybodzki karawanseraj

Ten na szczęście nie jest płatny. Pewnie dlatego, że obecnie są w nim sklepy z pamiątkami.
Ale za to jakimi!
Na pierwszy rzut oka mamy tam zwykłe chusty, szmatki i dywany. Dopiero chwila przyglądania się, krótka rozmowa i wzięcie towaru do ręki uświadamia, że to wszystko ręczna robota i to robiona tak, jak kiedyś.
Jest bawełna cieńsza, grubsza, jest i jedwab. A ceny od 20 zł do dużo, dużo więcej, nawet do 4 cyfr.
Kupujemy tylko jedną chustkę. Tylko po to, żeby mieć przez kolejne dni gula, że nie wzięliśmy więcej. Bo nigdzie potem takich rzeczy w takich cenach nie znaleźliśmy.
Także, jak będziecie w meybodzkim karawanseraju i będziecie chcieli przywieźć fajne pamiątki do Polski, to kupować trzeba tam.
A sama miejscówka? Standardowo, jak starożytny hotel. Jest stajnia, jest studnia, jest meczet i są miejsca noclegowe. Zresztą, sami zobaczcie.

Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj

Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj

Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj
Starożytne źródło wody

Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj

Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj
Ręczna tkalnia chust. Od tej pani kupiliśmy chusty
Podróż Życia, Iran, meybodzki karawanseraj
U pana, oprócz chust i kap można było kupić dywany, także jedwabne, za wielocyfrową cenę. A jak kogoś nie było stać, to w środku mógł zobaczyć, a nawet popróbować jak się te dywany produkuje.

Yakhchāl, czyli starożytna lodówka

A potem idziemy do kolejnego fenomenu na tej pustynnej ziemi, czyli analogowej mega-lodówki.
Jak na pustyni zrobić lód bez użycia prądu? Ano wystarczy wykopać potężny dół, obudować go mieszaniną gliny i produktów odzwierzęcych zawierających białko (np. jaja), z tego samego materiału zbudować wielką kopułę nad tym dołem i poczekać na „zimę” – czyli przymrozki. Wtedy zalać dół wodą, poczekać aż zamarznie, pokruszyć powstały lód i używać przez całe „lato”, aż do następnej zimy.
Pewnie zapytacie jak to możliwe, skoro nawet w październiku temperatura na zewnątrz oscyluje dookoła 30 stopni? Sekret tkwi w trzech rzeczach.
Pamiętacie jak przechowywano żywność przed erą lodówek? Po pierwsze – suszono, a po drugie trzymano ją w… piwnicy. Zauważcie, że świeżo rozkopana ziemia, najlepiej glina, jest zimna. Im głębiej, tym chłodniej.
Drugim sekretem jest materiał, którym obudowana była dziura i z której zrobiona była kopuła. Jest on podobno świetnym izolatorem. A, że przy okazji grubość tych obudów była liczona w metrach, to zewnętrze nie miało większego ponoć wpływu na temperaturę w środku.
I ostatni sekret, czyli wnętrze lodówki. Miało kształt piłki do futbolu amerykańskiego, uciętej poziomo na dole, z dziurką na czubku i spiralnie wyżłobionej od wewnętrznej strony. Dziurki przy podstawie i otwarty komin wywoływały przeciągi i taka cyrkulacja powietrza, wysysała energię cieplną i de facto schładzała zawartość pomieszczenia.
Bardzo często te wieżyczki miały połączenia z kanatami, czyli systemami irygacji podziemnej i wyposażone były w badgiry (wiatrołapy) – wszystko w celu schłodzenia temperatury.

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Lodu
Wieża zdecydowanie góruje w panoramie Meybod
Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Lodu
i dopiero w środku widać jej ogrom.

Podróż Życia, Iran, Meybod, Wieża Lodu

Teraz zimno nie było, natomiast gorącz zdecydowanie zmalał po wejściu do środka.

Czy już wspominałem, że zapłaciliśmy 15 zł za wejście i 10-minutowy pobyt w środku? :)

Forteca Narin Qal’eh

To był nasz ostatni przystanek. O dziwo sprężyliśmy się na tyle, że Francuzki, zapewnione jeszcze przez Saida, że je odwiezie na autobus, przestały cisnąć z czasem.
Więc, teoretycznie, mieliśmy chwilę na oglądnięcie ładnie zapowiadającej się z zewnątrz fortecy, jak głosi plotka, pamiętającej jeszcze czasy rzeczonej powyżej księżniczki (a nawet jej prapraprapraprapraprapraprzodków) i zbudowanej z tego samego materiału co i Kharanaq, czy nasze wieże i lodówki, czyli gliny pomieszanej z.. wieloma innymi rzeczami :)

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Co z tego, jak za wejście znów trzeba zapłacić! Tym razem po 15 zł od osoby.
– Ładnie jest w środku? Warto? – pytam Saida.
Kiwa głową, jakby nie wiedział co odpowiedzieć.
– Inaczej. Jest ładniej niż widać stąd? – doprecyzowuję.
– Nie bardzo.. – słyszę w odpowiedzi.

Reszta towarzystwa słyszy moją rozmowę i w efekcie do środka wchodzą.. dwie osoby – jeden Francuz i Magda (stwierdziliśmy, że może jakieś ładne zdjęcia będą, to się szarpniemy na choć jeden bilet). Po chwili dołącza jeszcze Belg.

A cała reszta zostaje i zaczyna karmić moje uszy ustykiwaniem na rzecz, którą zauważyłem już wczoraj w Jaździe – że za każdy wstęp trzeba płacić. I każdy ma takie same odczucia, jak i ja: niby nieduże kwoty, ale na koniec okazuje się, że zajmują sumarycznie wysoką pozycję w tabelce kosztów. Ja to jeszcze miałem tylko wrażenie, bo co mnie sądzić po jednym dniu, ale wszyscy nasi towarzysze spędzili tu już trochę czasu.

Wraca Magda. Po minie już widzę, że nie warto było. O, tyle co widoki z murów były.

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh

Podróż Życia, Iran, Meybod, Forteca Narin Qal’eh
Meybod
Irańska garmażeria

Jedziemy do Jazdu.
Po drodze ustawiam się z Saidem (który przy okazji mnie informuje, że jest też kierowcą taksówki), że przyjedzie po nas przed 18. i odwiezie nas na dworzec – teraz leci z Francuzkami.
Mamy jeszcze chwilę wolnego.

Dwóm chłopakom z Belgii też się nie śpieszy, więc idziemy na jakieś jedzenie.
Jak wczoraj siedzieliśmy przy kompleksie Amira Chaqmakha, to rzuciło mi się w oczy parę szyldów. Nie sprawdzałem zawartości, ale obieram azymut.
Na miejscu okazuje się, że knajpa jest, jedzenie też ma, ale ceny są ewidentnie dla turystów.
Niewiele myśląc wyruszam na poszukiwanie czegoś innego. Niestety, mam pecha. Wszystko pozamykane.
Zrezygnowany i głodny, bo zmitrężyłem na to łażenie chyba z pół godziny wracam do drogiej jadłodajni. Ale coś mnie tknęło, żeby przejść się przez tunel w kompleksie. I przy samym wyjściu na plac, po prawej stronie widzę coś, co przypomina tablicę z menu. Oczywiście wszystko napisane arabskimi zawijasami, niemniej są jakieś zdjęcia, a ja przed wyjazdem nauczyłem się czytać ichnie cyferki. I widzę, że jest dobrze z cenami (o ile ceny są w rialach). W środku pusto, ale jakichś dwóch panów się krząta, widać dopiero otwierają na wieczór.
Potwierdzam, że ceny w rialach i gonię po naszych.

Oczywiście, ta jadłodajnia, to strzał w dziesiątkę. Kebab z grillowanymi pomidorami – 5 zł, irańskie must eat czyli dizzi, które poleca mi jeden z Belgów (nie wiedziałem, że coś takiego istnieje) kosztuje 13 zł, półtoralitrowa cocacola z czterema kubeczkami – 3 zł; za wypaśne jedzenie dla dwóch osób płacimy 30 zł. A wszystko w miejscu, gdzie wchodzisz i od razu wiesz, że jesteś na Bliskim Wschodzie: przy wejściu piętrzą się stosy mięsa i podrobów, które to dla ciebie grillują panowie o wyglądzie bardziej rzeźnika, niż kucharza, wszystko w dywanach albo wzorzystych derkach, z zewnątrz wygląda to mniej niż bardziej przystępnie, a na koniec okazuje się, że nie dość, że smacznie, to jeszcze tanio.
Niniejszym, przyznaję rekomendację i polecam :)
Jak spojrzycie na to (klik) zdjęcie, to knajpa mieści się zaraz po lewej stronie w tunelu na środku obrazu.

Podróż Życia, Iran, Jazd
A tak wygląda to w środku
Autobus

Przez Whatsapp próbuję złapać Saida. Ma nam pomóc ogarnąć nieszczęsny bilet na autobus i zawieźć nas na dworzec.
Zero reakcji. Co prawda mamy jeszcze trochę czasu, ale zaczynam się stresować delikatnie.
Ale odzywa się kto? Ali!
Opisuję mu sytuację. A chłopak co robi? To, co obiecał nam Said. Czyli bierze telefon, ogarnia nam autobus i, pomimo tego, że powinien pracować, wsiada w samochód i po 15 minutach jest koło nas.
Koleś jest niesamowity! Jeśli ktoś nam mówił o irańskiej uczynności, to mamy tego teraz najlepszy przykład. Nie zważa na to, że oponuję, tłumaczę, że załatwimy to z naszym przewodnikiem, który w końcu zaczął dawać znaki życia, po prostu przyjeżdża, zabiera nas najpierw do swojej roboty, gdzie musimy oczywiście poznać jego szefa i współpracowników, zawozi na dworzec, potem ogarnia nam bilet, a na koniec siedzi z nami na peronie i czeka, żeby pomachać nam na do widzenia.

Z Alim trzymamy kontakt do dzisiaj. Whatsapp robi robotę i, w zasadzie, od naszego wyjazdu z Jazdu jesteśmy regularnie na łączach, gadamy często i na różne tematy. Ten wpis, po przetrawieniu go przez Google translator na pewno też przeczyta, więc możecie mu wirtualnie pomachać – na pewno się ucieszy!

Podróż Życia, Iran, Jazd
Dworzec pekaesu w Jazd

Do Kerman mamy 370 km, to jakieś 5h jazdy. Na miejscu mamy być w okolicach północy. Afsaneh jest już poinformowana, my jesteśmy poinstruowani jak do niej dojechać.

Ciekawi nas też nasz środek transportu. Wiele naczytaliśmy się o irańskich autobusach VIP, o tym, że śmiało mogą zastąpić łóżko hotelowe i są dobrym sposobem na nocne przemieszczanie się.
Faktycznie, miejsca jest sporo. Nie jest to autobus sypialny, jak w Chinach, ale siedzenia się rozkładają do poziomu, w którym można już próbować spać. Na pewno więcej niż jedną, maksymalnie dwie noce nie da się tak przetrwać bez oznak zmęczenia, niemniej jest to zdecydowanie lepsza opcja niż np. Polski Bus. Zważywszy na to, że bilety na ten kurs kosztują 16 zł od osoby i w cenie są przesłodzone przekąski i jakiś soczek.

Minusem jest odkręcony na full telewizor, który przy zgaszonym świetle wali i po oczach i po uszach. Jedynym rozwiązaniem są słuchawki na uszy i opaska na oczy.

Podróż Życia, Iran
Możecie sobie wyobrazić, jak ten telewizor walił po oczach

W międzyczasie ogarniam jeszcze z Mettim wycieczkę jutrzejszą. Na miasto i okolice przeznaczyliśmy tylko jeden dzień, więc mamy do wyboru albo zwiedzanie Kerman, albo wyjazd na pustynię Lut. Oczywiście wybieramy to drugie.
I za całodniowy wypad, czyli zwiedzanie książęcego ogrodu w Mahan i oglądanie zachodu słońca na pustyni ustalamy cenę 300 zł. Dużo, natomiast zważywszy na to, że zrobimy ok. 350 km i chłopak spędzi z nami cały dzień, akceptujemy wydatek.
Umawiamy się na 8.30 rano, przyjedzie po nas.

Kerman

Na miejsce dojeżdżamy niemalże o czasie.
Zaraz po przyjeździe opadają nas taksówkarze. Jest noc i to jest jedyna opcja na dostanie się do miasta.
Od Afsaneh wiem, że kurs do niej powinien kosztować 5-8 zł od osoby. Niestety, dla nas ceny są inne. Panowie startują z wysokiego, piętnastozłotowego pułapu.
Próbuję ich wziąć na przeczekanie, ale są twardzi. W sumie to stoimy na trochę przegranej pozycji, bo musimy jakoś się stąd wydostać.
Negocjacje trwają długo. W końcu staje na tym, że bierzemy shared taxi za 20 zł za naszą dwójkę.

Faktycznie, patrząc na odseparowanie dworca autobusowego od miasta i odległość od niego, taksiarze mieli bardzo dobrą pozycję negocjacyjną.

Afsaneh czeka już na nas.
Mała, drobna dziewczyna parająca się dość nietypowym, jak na Irankę zawodem. Tatuuje. I ma studio w domu. Mieszka z koleżanką i trzema białymi kotami, nomen omen, persami. Zdecydowanie oryginalnie.
Jestem trochę zszokowany tym, co robi, bo po pierwsze jest to dość „wyzwolona” praca jak na Iran, a po drugie ani nie kojarzyłem tego kraju z tatuażami, ani jakoś nie widziałem ludzi z tak ozdobionymi ciałami. Ale potem okazuje się, że Afsanech specjalizuje się bardziej w tatuażu kosmetycznym typu makijaż permanentny, który jest tutaj bardzo popularny wśród kobiet.
Robi też normalne dziarki, ale ma na nie zdecydowanie mniejszy popyt.

Dostajemy swój pokój. Oczywiście z kotami w pakiecie, które od razu zakochały się w naszych bagażach.

Podróż Życia, Iran, Kermańskie persy
Niniejszym oznajmuję, że przejmuję na własność!

Siadamy na pięciominutową gadkę z dziewczynami i nagle robi się 3. rano.
Nie wiem, jak my wstaniemy, ale coś czuję, że jutrzejszy dzień nie będzie lekki.

Dzień 4.

Budzik dzwoni o 7.30. Oczywiście swoim zwyczajem drzemka działa przez niemal godzinę, dopóki o 8.30 nie zwlekamy się siłą z łóżka. Na szczęście Metti pisze, że się spóźni i przyjedzie o 9.
Dziewczyny jeszcze twardo śpią. Pakujemy się szybko i cicho, tak, żeby ich nie zbudzić wcześniej, niż jak się będziemy żegnać.

O 9. przed dom zajeżdża stalowy, zakurzony Peugeot 405 i wysiada z niego okrąglutki na twarzy chłopak. Od razu wita nas szerokim uśmiechem. Na wycieczkę jedziemy sami, tzn. miała być jeszcze jedna osoba, ale się wykruszyła.

Ściskamy się mocno z Afsaneh przepraszając, że wpadliśmy jak po ogień. Mam poczucie, że to za szybko się dzieje i trochę mało oddajemy od siebie, szczególnie jej, która nam tak pomogła.

Z racji dosypiania nad ranem nie jedliśmy śniadania, więc nasz gospodarz zabiera nas do znajomej knajpy na coś po irańsku.
To też staje się ciekawym przeżyciem: trafiamy do kawiarni w stylu południowoeuropejskim, gdzie można wpaść 5 minut, na szybkie espresso i lekkie śniadanie, ale zamiast croissantów i soku dostajemy tosty po bliskowschodniemu. Oczywiście stajemy się centrum zainteresowania, najpierw trochę zdystansowanego, a potem uzewnętrzniającego się przysiadaniem i ni z tego, ni z owego opowiadaniem o sobie i swoim życiu.
Już wiem jak się czuli obcokrajowcy przyjeżdżawszy w latach 80. do Polski, ale gdzieś indziej, niż do Warszawy.

Podróż Życia, Iran

Śniadanie jest na koszt naszego dzisiejszego gospodarza, czym mocno plusuje – nasze dotychczasowe doświadczenia kazały się spodziewać ciągłych dodatkowych opłat. A tu mamy niespodziankę.

Przed wyjazdem koniecznie chcę ogarnąć bilet autobusowy na dzisiejszą noc, żeby mieć spokojną głowę. Okazuje się, że najwygodniejsza opcja, to zakup internetowy. Ma on niestety jedną wadę – platforma biletowa jest wyłącznie w farsi (język perski), a płatności przyjmują tylko z plastikowych kart wydanych przez banki irańskie. Stąd, za każdym razem niezbędna jest pomoc lokalsa.
Metti okazuje się pomocny również w tej kwestii – bierze nas do domu, wynajduje i kupuje bilety, płaci za nie swoją kartą, a my oddajemy mu gotówkę (w banknotach stutysięcznorialowych, których całe multum dostaliśmy w Teheranie;)

A gdzie jedziemy po Kerman? Na południe Iranu, nad Zatokę Perską, do miasta Bandar-e Abbas. Stamtąd mamy zamiar popłynąć na wyspy Ormuz i Keszm.
Wyjazd dzisiaj, na pół godziny przed północą.
Trochę zaskakuje cena. Rozpasaliśmy się 16 złotymi za osobę, za trasę z Jazdu tutaj, więc 37 zł za bilet na południe sprowadza nas na ziemię.
Ale! nie ma co płakać, dramatu nie ma.

Bilety są, więc w końcu można ruszać na wycieczkę.

Ogród Księcia

Ruszamy tym samym Peugeotem 405, którym wyjechaliśmy spod domu Afsaneh.
Na Kerman czasu już nie ma więc pierwszy przystanek to Ogród Księcia, ulokowany w pobliżu oddalonego o 40 km od nas miasta Mahan.
Dlaczego jest to atrakcja? Dla Irańczyków żyjących w pustynnym klimacie woda ma trochę inną wartość niż dla nas, Polaków, czy Europejczyków. Toteż każda sztuka inżynierska pozwalająca wykorzystać ten zasób naturalny jest tam traktowana z dużo większym szacunkiem, niż u nas.
Ogród to 5,5 hektarowy kawałek ziemi, gdzie wykorzystano płynącą z gór rzeczkę oraz naturalne nachylenie terenu i w połowie XIX wieku, na kształcie prostokąta ładnie go obetonowano i stworzono rząd ładnie wyglądających małych wodospadzików i sadzawek. Zakwita to wiosną na kolorowo-zielono, po wodzie pływają łabędzie i inne, podobne ptactwo, jednym słowem jest to zielona oaza na tle brudno-pustynnego, skalistego otoczenia.

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia
Ogród Księcia w Mahan

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia

Nam to tyłka nie urwało. Choć byłoby to nawet przyjemne miejsce do posiedzenia, gdyby nie jedna rzecz.
Bilety kosztowały 20 zł. Od osoby.

Z czystego skąpstwa łazimy po ogrodzie chyba godzinę. Zwyczajnie głupio nam jest zapłacić cztery dychy za 10 minut posiedzenia.

Podróż Życia, Iran, Mahan, Ogród Księcia
Z takiego strumyka to wszystko się zaczyna
Podróż Życia, Iran, Mahan
Dopiero po wyjściu widać kontrast pomiędzy sielskim Ogrodem, a pustynnym krajobrazem dookoła. A ten bardziej zielony obszar, to miasto Mahan, które też korzysta z dobrodziejstw strumyka.
Mahan

Kolejnym przystankiem ma być stop na obiad. Do momentu, gdy wchodzimy do pierwszej knajpy wybranej przez naszego gospodarza. Na pierwszy rzut oka menu i ceny wyglądają bardzo w porządku, ale obsługa szybko wyprowadza mnie z błogiej nieświadomości, informując, że ceny nie są w rialach, tylko w tomanach. Czyli o rząd wyższe.
Trochę niezręczna sytuacja nam się robi, bo my poczuliśmy się przez chwilę jak skąpcy, a Metti jak zły przewodnik. Ale chłopak po raz kolejny pokazuje klasę, bo wychodzi z sytuacji w idealny sposób: w jednym przydrożnym sklepie pożycza duży woko-garnek (okazało się potem, że nie znał nikogo z tego sklepu, po prostu poprosił o coś do ugotowania obiadu i powiedział, że jutro odda), a w drugim kupuje produkty i stwierdza, że jedziemy na piknik w góry.
O!

Podróż Życia, Iran, Mahan
Przy okazji zakupów odkryliśmy coś takiego – napój cytrynowy z pestkami, które mi przypominały wnętrze… agrestu. Nie za tanie, bo taka buteleczka kosztowała bodajże 2 zł, ale pyszota!
Podróż Życia, Iran, Mahan
Mahańska młodzież szkolna

Po drodze zawozi nas jeszcze pod kolejną atrakcję Mahan, czyli do świątyni i grobu szacha Nematollaha Vali, poety i duchowego przywódcy sufickiego odłamu islamu, żyjącego w XV wieku.

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali
Kompleks pamięci szacha Nematollaha Vali

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali

Podróż Życia, Iran, Mahan, świątynia Szacha Nematollaha Vali

Tam też robię ciekawą obserwację. Wchodzimy do środka, o dziwo, bez biletu. Nie widać żadnej kasy. Dziedziniec wygląda ślicznie, jest zielono, są drzewa, ptaszki śpiewają, woda szumi. I nagle widzę, jak ku nam zmierza ładnie ubrany pan z identyfikatorem na szyi. Wita nas i bardzo uprzejmą i nienaganną angielszczyzną pyta, co tu robimy, czy nam się podoba sanktuarium i Mahan.
Pierwsza moje odczucie to potężna nieufność. Za gładko, za dobra znajomość angielskiego, za miło, coś niedobrego się za tym kryje. Druga – kurde, przecież nie kupiliśmy żadnego biletu i zaraz nas stąd wypierniczą.
Przychodzi Metti, zagaduje do pana w farsi, po czym przedstawia go jako… swojego szkolnego kolegę, który pracuje w tym miejscu. A ze mnie schodzi spięcie, przynajmniej częściowo.
Niemniej, dyplomacja i dystans zostają do końca naszej kilkuminutowej rozmowy.
A sama obserwacja, to różnica pomiędzy dwoma kolegami z ławki, kilkanaście lat później. Stojąc obok siebie wyglądali jakby dzieliło ich wszystko, łącznie z wiekiem. Jeden ogorzały, z dwudniowym zarostem, ubrany jak człowiek, który cały dzień łazi w długich spodniach w gorącym klimacie, z użytkowym angielskim, drugi delikatny na twarzy, z wypielęgnowanym zarostem, w białej, wyprasowanej koszuli, wyglądający, jakby nie wychodził z klimatyzowanego pokoju, z książkowym językiem, jakby kilka lat studiował filologię angielską w Londynie, normalnie niesamowity kontrast.
Żałuję tylko, że im zdjęcia nie zrobiliśmy, jak stali.

Palvar i biznesy

Z Mahan kierujemy się na północ, na szosę do Sirch. Przez pasmo górskie zwane przez Persów Palvar – czyli most pomiędzy Mahan i pustynią.
Na oko niewysokie są te górki, ale jak spoglądam na GPSa, to okazuje się, że droga prowadzi niemal 2800 metrów ponad poziom morza, a najwyższy szczyt tego pasma wznosi się na ponad 4200 m!
Te moje nieadekwatne odczucia szybko zostają wyjaśnione – my naprawdę jesteśmy wysoko. Sam Mahan leży przeszło 2 km n.p.m., stąd mój zachwiany punkt odniesienia.

Zaczynają się widoki, czyli coś, co lubię.

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Podróż Życia, Iran

Na obiad zatrzymujemy się gdzieś. Niedaleko drogi, w zasadzie paręset metrów od zjazdu, koło rzeczki. Dobra miejscówka na piknik.
Jak się okazuje, Metti jest przygotowany na wszystko – w bagażniku ma kuchenkę, butlę z gazem, maty, kocyki, sztućce, kubki. Patrzę na to wszystko i faktycznie, brakowało mu tylko naczynia do pichcenia.
Obiad jest jednogarnkowy. Tak jak pisałem o kolacji u Alirezy, produkty są mniej więcej podobne do naszych, a więc jest papryka, pieczarki, pomidory, jajka. Diabeł tkwi w przyprawach. No i ichnim chlebku.

Samo gotowanie jest dobrym momentem na zamienienie paru słów. Metti zaczyna opowiadać o sobie, swojej pracy – jest związany z branżą IT, ale hobbistycznie zajmuje się też obwożeniem turystów. Nie przepuszczam za bardzo okazji i zaczynam temat Couchsurfingu i mojego gula związanego z tym, że Irańczycy nagminnie wykorzystują go do oferowania płatnych usług, gdy tymczasem nie takie jest przeznaczenie portalu. I dalej już leci – Metti mówi, że myśli nad biznesem turystycznym, że nie ma jak dojść do klientów, stąd CS, że jest przewodnikiem, ma oficjalną licencję, chciałby uruchomić hotel i nawet ma jakieś konkrety, ale, jak chyba wszędzie na świecie, warstwią się przed nim problemy związane z biurokracją, prawem i widzimisie urzędników. I zaczyna pytać co i jak, co może, jak może, jak powinien postąpić i w końcu nasza rozmowa przekształca się w burzę mózgów na temat tego, jak jego biznes powinien wyglądać, jak do niego podejść. Niestety, ma jeszcze trochę nie na czasie myślenie, pt. turysta z Europy to bogaty turysta, któremu zależy na dostaniu jak największej ilość lokalnego kolorytu, najlepiej na tacy, podstawionej pod sam nos i który bardzo chętnie wyda duże pieniądze na to. W zasadzie, to nie jego myślenie, ale ogólne postrzeganie Europejczyków przez „biznes turystyczny” w Iranie, któremu on wierzy, bo nie ma innego odniesienia.
Tłumaczę mu, że to się zmienia i będą niedługo mieli coraz więcej ludzi takich jak my, którzy będą oglądali każdą złotówkę przed wydaniem, ale nie ze względu na skąpstwo, tylko przez skupienie na optymalnym pozbywaniu się pieniędzy. Takich którzy bez problemu zapłacą 10€ za nocleg, ale 15€ będzie już dla nich za dużo. I takich, którzy w hotelu będą chcieli móc się wyspać, porządnie wymyć, czy usiąść na tronie (wybaczcie bezpośredniość, ale tak to właśnie wygląda) i, jak da radę, to dobrze i niedrogo zjeść (to może być za ekstra pieniądze). I takich, którzy nie będą atakowani i zmuszani do korzystania z usług dodanych, tylko będą mogli się na nie sami zdecydować. Tacy klienci, nie dość, że skorzystają, to jeszcze zrobią fantastyczny marketing wirusowy wśród swoich znajomych, jak wrócą do domu – a tzw. szeptanie, szczególnie o miejscach czy rzeczach, które niekoniecznie łatwo na własną rękę ogarnąć (bo zobaczcie np. ile hoteli z Iranu jest na booking com?) ma bardzo dużą skuteczność.
I tak go zostawiam z tematem, bo obiad gotowy, a i Metti stwierdza, że pochyli się nad tym wszystkim.

Metti zabrał się do tematu i to ostro. Ze dwa i pół miesiąca po naszym wyjeździe z Iranu pochwalił się, że pracuje mocno nad guesthousem i pożalił się, że ma problem z serwisami bookingowymi. Rozwiązaliśmy go, doradziłem mu jakieś szczegóły i dosłownie miesiąc temu dostałem pełną szczęścia wiadomość, że wystartował z hostelem, że jest już na hostelworld, że ma mnóstwo gości i ceny rzędu 10€ za nocleg z możliwością gotowania i że strasznie mu pomogłem i dziękuje mi bardzo! Przyznam, że strasznie miło mi się zrobiło, nawet pomimo tego, że czułem, że pchnąłem go na właściwe tory i zmobilizowałem trochę.

Pomogę mu i teraz, a przy okazji będę miał ofertę dla Was – jeśli ktokolwiek z czytających tę relację będzie się wybierał do Kerman, Mahan, na pustynię Lut, czy nawet do Bam i będzie potrzebował noclegu, czy samej wycieczki, to niech się skontaktuje z Mettim i powoła na nas i tę stronę. Dostanie za to 10% zniżki na WSZYSTKIE usługi Mettiego, czyli na hostel i wycieczki po okolicy. Żeby nie było, ja nie zarabiam na tym w żaden sposób, a umowa nasza jest dżentelmeńska. Natomiast jeśli byłoby coś nie tak z realizacją jej, to proszę o info (choć wątpię).
A jak już ktoś będzie u chłopaka, to niech się tym pochwali w komentarzu!
I teraz najważniejsze, dane kontaktowe: najlepiej kontaktować się z nim jest przez Whatsapp na numer +98 913 299 8482 albo mailem na narenjhostel@gmail.com. Jak nie jest poza zasięgiem (w górach i na pustyni różnie z nim bywa), to odpowiada szybko, jak nie, to trzeba poczekać.
Sam hostel możecie zobaczyć na Hostelworld, na Instagramie, ostatecznie na Facebooku, z tym, że nie piszcie na ten ostatni – FB jest w Iranie oficjalnie zakazane i ciężej się z niego korzysta.

Podróż Życia, Iran, Metti
Metti
Najgorętsze miejsce na Ziemi

Kończymy obiad i rozmowy i jedziemy w stronę pustyni.

Całkiem niedawno sądzono (na podstawie zmierzonych wartości), że najgorętszymi miejscami na kuli ziemskiej są amerykańska Death Valley, albo libijska Sahara. Tam termometry wskazały poziomy bliskie 60 stopniom Celsiusza.
Sytuacja zmieniła się, jak NASA zaczęła analizować temperatury ziemi na podstawie zdjęć satelitarnych zrobionych w podczerwieni. Okazało się, że żadne z tych miejsc nawet się nie zbliża do rekordzisty, którym została pustynia Lut w Iranie. Wskazania w obszarze znajdującym jakieś 120 km na północny wschód od styku granic irańskiej, afgańskiej i pakistańskiej zebrane z kilkuletnich pomiarów pokazały, że w 2005 roku temperatura dosięgła tam niemal… 71 stopni Celsiusza.
Skąd taka różnica pomiędzy poprzednimi rekordzistami a Lut? Otóż wskazania z USA i Libii są odpowiednio z 1913 i 1922 roku i były one zrobione zwykłym termometrem. A to oznacza, że są to miejsca do których człowiek ma regularny dostęp.
Ultrafioletowe zdjęcia Ziemi pokazały, że jest dużo miejsc gorętszych od wyżej wymienionych (pustynie Sonora w Ameryce Płn, Gobi w Mongolii i Chinach, nawet sama Sahara), niemniej, są one w miejscach bardzo niedostępnych tudzież regularne pomiary standardowymi metodami są tam raczej niemożliwe. Stąd takie drastyczne przetasowania w tym ekstremalnym rankingu.

Podróż Życia, Iran, satelitarne ultrafioletowe zdjęcie pustyni Lut
Zdjęcie satelitarne w podczerwieni obszaru pustyni Lut uznawanego za najgorętszy na świecie, wykonane przez NASA 6. VI. 1999 r. (źródło)

Jeszcze jedno pytanie mnie nurtowało. Dlaczego akurat tam, a nie np. w Iraku, czy Arabii Saudyjskiej, albo innych krajach z odpowiednią szerokością geograficzną i odległością od mas wody.
Tu odpowiedzią jest ukształtowanie terenu.
Lut jest otoczone ze wszystkich stron wysokimi masywami górskimi, które blokują wymianę powietrza. Dodatkowo, jest to skalny płaskowyż, którego nieosłonione, ciemne skały bardzo mocno nagrzewają się od promieni słonecznych, co podnosi temperaturę w końcowym rozrachunku.
To wszystko razem wzięte stanowi przepis na ekstremalne warunki i jednocześnie awansuje do rangi miejsca, o którym powiedziałem sobie, że muszę odwiedzić.

Kanaty

Przejechawszy szczyty Palvar oczom naszym ukazuje się ogromna przestrzeń. Zaczynamy zjeżdżać w dół, a ja zaczynam sobie zdawać sprawę, że to właśnie są warunki, które są solą moich wyjazdów: przestrzeń i ruch. Jak dla mnie widoki mogłyby się nie kończyć.

Zatrzymujemy się 10 km za Sirch, Metti chce nam pokazać starożytny, naturalny kanat, czyli system podziemnych strumieni, który pozwalał na życie w tym miejscu.
Pierwsze co czuję po wyjściu z samochodu, to temperatura. Dwie godziny wcześniej, na obiedzie, musiałem ubrać sweter, bo zwyczajnie było zimno, teraz aż się ciężko oddycha z gorąca.
Jadąc tu byłem chojrak, który koniecznie chciałby się przetestować w ekstremalnej temperaturze, żeby sprawdzić jak się będzie czuł; teraz nie jestem tego pewien.
Znajduję kompromis: postanawiam wejść kiedyś w długich spodniach do suchej sauny nastawionej na 71 stopni i sprawdzić, jak długo tam wytrzymam.

Teraz nawet papieros nie sprawia przyjemności, jak najszybciej chcę się schować z powrotem w samochodzie.

Ale idziemy twardo, włazimy niepozornymi zejściami pod ziemię, żeby pooglądać podziemne zbiorniki na wodę.

Podróż Życia, Iran, kanaty na pustyni Lut

Podróż Życia, Iran, kanaty na pustyni Lut

Podróż Życia, Iran, kanaty na pustyni Lut

Podróż Życia, Iran, kanaty na pustyni Lut

Lut

Może to późna pora sprawia, a może gorąco nie jest takie straszne, jak jest przewiew, ale jazda samochodem z otwartymi szybami daje trochę spokoju od skwaru. W każdym razie droga po pustynnym płaskowyżu, w promieniach zachodzącego słońca ma w sobie coś uspokajającego i magicznego jednocześnie. Przynajmniej dla mnie. Czując ogarniającą mnie senność patrzę się na Mettiego i zastanawiam się, jak szybko usnąłbym kierując w takich warunkach.

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut
Z lewej góry, z prawej pustynia

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut
Zdjęcie przestawia bardzo ciekawe zjawisko. Te kopczyki to wcale nie są lufciki, jakie widzieliście przy zdjęciach kanatu. To są.. pozostałości po drzewach, a w zasadzie ich korzeniach, które oparły się działaniu wiatru i nie pozwoliły na erozję ziemi w ich zasięgu.

A jedziemy oglądać zachód słońca na pustyni. Metti zachwala widoki chowającego się słońca i późniejszą noc, roztaczając przed nami wizje pięknie rozgwieżdżonego nieba. Biedak nie wie, że za szczyla wystarczyło mi się przejść w ciepłą letnią noc nad rzekę San w mym rodzinnym Dynowie, żeby mieć przed oczami takie niebo, które prawdopodobnie ujrzymy dzisiaj.
Ale czekam, a nuż będzie coś lepszego?

Zatrzymujemy się dość szybko, w zasadzie na obrzeżu pasma górskiego i pustyni, jakieś 15 km od kanatów. Jestem trochę zawiedziony, bo myślałem, ze wycieczka będzie bardziej… nie wiem, atrakcyjna? Zaś z drugiej strony czego mogliśmy oczekiwać wybierając się w pustynię samochodem osobowym? Przecież nie offroadu. A asfaltu jest tu niewiele, nie na darmo pisałem, że są to bardzo niedostępne miejsca.

Zajeżdżamy pod jakąś formację skalną, słońce zachodzi nad górami, które niedawno przejechaliśmy.
Patrzę na to wszystko i myślę „pfff”. Patrzymy się z Magdą na siebie i obydwoje wiemy, że myślimy o jordańskim Wadi Rum, że tam to przynajmniej jakoś wyglądało, a przynajmniej my mieliśmy tam na gębach napisane wielkie WOW.

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut
Jak spojrzycie na drugi plan, na horyzont, to zauważycie, że nie jesteśmy jedynymi chcącymi popatrzeć na zachód słońca.

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut

Trochę zdegustowani wracamy do Mettiego, który w międzyczasie znów robi nam piknik. Teraz siedząc, czy też leżąc, pijąc herbatę i paląc papierosy będziemy czekali na rozgwieżdżone niebo.

Jak się możecie domyśleć, nic nie powoduje opadu szczęki. Niebo rozgwieżdżone, fakt, mamy trochę zabawy z obserwowaniem samolotów, satelitów i innych meteorów, ale dużo więcej przyjemności mam z rozmowy z naszym przewodnikiem.

Podróż Życia, Iran, pustynia Lut
W oczekiwaniu na gwiazdy…

Zaczyna się niewinnie, o życiu, po czym gładko przechodzi w dyskusję o religii. Mnie najbardziej interesuje jego stosunek do niej, a w zasadzie to, czy bardzo ona wpływa na jego codzienne życie czy światopogląd.
Słyszę, że jest ważna, natomiast nie ze względu na religijność, ale przez to, że jest nią otoczony. Niemniej, nie ma ona bezpośredniego wpływu, czy to na podejście do ludzi, czy na jego zachowanie.
Zresztą, im więcej historii wypływa, tym po raz kolejny widzę, że mam przed sobą człowieka całkowicie zwyczajnego wg europejskich kanonów. Tzn. robi to co my/nasi znajomi robimy w domu. Opowiada mi o tym, że sobie jeździ po Iranie na stopa, że z miesiąc temu nocował na wyspie Ormuz nad Zatoką Perską, na którą my się jutro wybieramy – jest to wszystko takie zwyczajne i podobne, że w pewnym momencie mam wrażenie, że nie jesteśmy na egzotycznych wakacjach, tylko gadam ze znajomym, co pojechał na weekend na narty.
Oczywiście, na koniec rozmowa schodzi na tematy polityczno-religijne, te same, co tak roziskrzają świat od dłuższego czasu i po raz pierwszy widzę Mettiego zapalającego się mocniej. Wg niego za całe zło, nie tylko zabijanie, ale i sprawy związane ze złym postrzeganiem islamu, jako religii odpowiedzialni są Saudowie i ich salafizm i wahhabizm. Przytacza mi historie, opowieści, widać, że siedzi mu to na wątrobie. Nie wiem tylko, czy w kontekście religijnym, czy po prostu jako reakcja na niegodziwość i przemoc wobec innych.
Herbata się w końcu kończy, tak samo jak zapada coraz ciemniejsza noc.

Widzieliście kiedyś noc na pustyni? Nie widać nic. Nawet pomimo miliarda gwiazd, jak księżyc choć trochę nie świeci, to jest prawie jak w pomieszczeniu bez okien. Można wyjść z namiotu, przejść 30 metrów dalej na siku i do niego z powrotem nie trafić.
Teraz też bez latarek i reflektorów aucie zebrać nie bylibyśmy się w stanie.

W samochodzie znikam. Mamy jakieś 150 km do Kerman i po 10 minutach miękkiego siedzenia na tylnej kanapie zmęczenie daje o sobie znać.

Foodporn

Do miasta przyjeżdżamy przed 21. Mamy jeszcze niemal 3h do autobusu.

Dostajemy zaproszenie na kolację, robioną przez mamę naszego gospodarza. Jak ją poznajemy, to doznajemy małego szoku – jest bardzo ładna i ma może… ze 40 lat. Co, zważywszy na to, że Metti ma więcej niż 20 raczej daje do myślenia.
Cały czas chodzi w hidżabie, w przeciwieństwie do Mohadesah, natomiast nie wygania z kuchni, jak chcemy pomóc.
Tata natomiast modli się w salonie.
Teraz mamy trochę jaśniejszy obraz religijnego „otoczenia” naszego gospodarza.

Metti jedzie na dworzec po kolejnych gości, których będzie obwoził jutro. Wraca po półgodzinie z dwiema Malezyjkami i Francuzem (jak się potem okazuje, z polskimi korzeniami).
Oni też siadają z nami do kolacji. I nie byłoby w tym nic wartego wzmianki, gdyby nie jedna rzecz.
Jak na ceracie ląduje jedzenie, to co nowoprzybyli robią? Wyciągają telefony i zaczyna się sesja #foodporn #selfie #iaminiran, i tak dalej, i tak dalej. Z każdej strony, pod każdym kątem, z taką miną, z inną miną, z selfiestickiem, bez, teraz zrób mi ty, a teraz ty zrób mi, a potem nam obu i jeszcze zróbmy sobie razem, hahaha, ale śmiesznie wyszłaś!
Wiadomo, jedno, czy dwa zdjęcia nikomu nie zaszkodzą, ale dziesięciominutowa sesja jest już deko żenująca.
Na szczęście wynika z tego jeden plus – jak się ocknęli, że jednak siedzą przy „stole”, to połowy jedzenia nie ma. A my możemy się trochę pośmiać z nich półgębkiem.

Podróż Życia, Iran, Kerman

Co teraz? Metti chce nas odwieźć na autobus, co przyjmujemy z nieukrywanym zadowoleniem. Żegnamy się dość mile z jego mamą, ściskamy prawicę ojca i po raz kolejny wsiadamy do szarego Peugeota 405.

Na dworcu standardowo rozgardiasz i nawet naszemu gospodarzowi sprawia chwilowy problem znalezienie przewoźnika od naszych biletów (cały system transportu autobusowego zasługuje na osobny wpis, więc pewnie popełnię go w niedalekiej przyszłości), ale w końcu zasiadamy w kolejnym busie VIP, który zawiezie nas na samo południe Iranu, do nadmorskiego Bandar-e Abbas.

Ahoj przygodo!

Ciąg dalszy, czyli opowieść o przepięknych pustynnych wyspach na Zatoce Perskiej, Ormuz i Keszm, już niedługo!

P.S. Jak zwykle, te piękniejsze zdjęcia są od NOSFOTOS mej najukochańszej. Te parę mniej pięknych niestety sam zrobiłem.

2 komentarze