Iran. Dzień 3. Teheran – Jazd

Poprzedni odcinek opowieści o irańskiej wycieczce (choć akurat z Azerbejdżanu) znajdziecie tutaj.

Dzień 3.

Teheran. Lotnisko Imama Chomejniego.

Wysiadamy z samolotu.
Przyznam, że kapkę się stresuję. Przed nami załatwianie wizy, której jeszcze nie mamy.
Teoretycznie, jest to prosta sprawa. Parę osób przechodzących tę procedurę pisało, że nie ma większego problemu z otrzymaniem wizy, idzie to sprawnie, niemniej gross Internetów sugerowało, że najbezpieczniej jednak załatwić wizę wcześniej, w konsulacie. Dla nas, teraz i tak to nie ma znaczenia.
Idziemy na pewniaka, choć z tyłu głowy jakaś głupia myśl się kołacze.
Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze po raz kolejny papier z ubezpieczeniem, fejkową rezerwację hotelu w Jaździe – wszystko jest.

Wiza

Znaki lotniskowe prowadzą szybko i akuratnie. Po paru zakrętach wychodzimy do zatłoczonej, mimo późnej godziny (jest godzina do północy), hali. Domyślam się, że przy otoczonym wianuszkiem ludzi okienku można wyrobić wizę. Z resztą, zapytany pierwszy lepszy pracownik lotniska to potwierdza.

Chwila obserwacji i widzę, że jest wesoło.
Mamy dwa pomieszczenia i trzy okienka. Za dwoma pierwszymi siedzą smutni panowie z otaczającą ich stertą paszportów i bawią się w skanowanie i wklejanie wiz. W trzecim jeszcze bardziej smutny pan przyjmuje opłaty za wizy: dla nas, Polaków, jest to €75, wymienne na $90. A przed nimi jest tymczasowe ogrodzenie zrobione z lotniskowych słupków, gdzie trzech jeszcze innych panów na zmianę robi show. Bawią się w odbieranie i wydawanie paszportów, gdzie przy tej drugiej czynności ewidentnie nabijają się z ludzi i mają z tego ubaw – po minach czekających widzę, że każdy z nich ma stresa podobnego, jaki ja opisywałem powyżej i każdy z nich daje z siebie robić marionetkę naszych showmanów, byleby tylko odpowiednia wlepka znalazła się w dokumencie.
Niemniej, jeden z nich jest pomocny. Zagadnięty o informację, prowadzi do okienka opłat, potem daje świstek z podaniem o wizę i tłumaczy jak wypełnić, żeby jeszcze później zabrać wszystko i przekazać do smutnych panów z pierwszych okienek.
W samym świstku, oprócz swoich danych, trzeba wpisać też miejsce noclegu i numer telefonu do hotelu. Wpisuję dane ze swojej „rezerwacji” i trzymam kciuki, żeby przeszło.
Oddając papiery pokazuję też nasze poświadczenia ubezpieczenia, z wyraźnie zaznaczonym na nich Islamic Republic of Iran. Słyszę „ok, ok” i paszporty z kompletem dokumentacji znikają z naszych rąk. Jesteśmy też ubożsi o $180.

Podróż Życia, Iran, Teheran, lotnisko im. Chomejniego
„Pan przeczyta swoje nazwisko…. ahahaha… ale zabawnie je pan wymawia… to chce pan paszport, czy nie?.. pan się uśmiechnie, bo nie dam…”

Czekamy. I obserwujemy przedstawienie, które serwują nam panowie z obsługi.
Na początku miałem wrażenie, że pójdzie szybko, ale w miarę upływu czasu dochodzi do mnie, że niekoniecznie. Na szczęście jest dostęp do Internetu, więc testuję VPNy, które instalowaliśmy po drodze.

Po niemal dwóch godzinach słyszę w końcu swoje nazwisko. Widzę nasze paszporty w rękach nowego smutnego pana, który wychynął z drzwi obok okienek. Po minie wnioskuję, że jest jakiś problem. Trochę dusza mi na ramię wychodzi, ale opanowuję się i pytam w czym rzecz.
Okazuje się, że pod numerem telefonu z rezerwacji nikt nie odbiera.
Klnę po cichu na „turystyczność” hotelu i głośno dziwię się (zgodnie z prawdą, z resztą), że taki numer dostałem, nawet z adnotacją, że to dla ewentualnych zapytań od „authorities” związanych z wjazdem i wizami.
Panowie mają gdzieś moje wyjaśnienia i dają mi paszporty z informacją, że mam ogarnąć sobie numer telefonu kogoś, kto potwierdzi, że nas przyhołubi w Iranie.
Uhm.

Myślę co robić. Mam co prawda kilka numerów telefonów od ludzi z Couchsurfing, u których będziemy spać, ale mam mocne obiekcje – CS jest w Iranie oficjalnie zakazany.
Szybko analizuję za i przeciw i w końcu daję im numer do Afsaneh, dziewczyny, która ma nas nocować w Kermanie, a z którą mocno korespondowałem przez Whatsapp (do tej aplikacji, na szczęście, rząd Republiki Islamskiej oficjalnie się negatywnie nie ustosunkował) – zakładam, że w razie problemu łatwo wyjaśnimy sprawę naszego „poznania się”. Jednocześnie szybko opisuję jej całą historię, wraz z mnóstwem przeprosin i ostrzeżeniem o ewentualnym smutnym telefonie.
Nie dostaję odpowiedzi. Pewnie śpi.

Po 15 minutach smutny pan znów wychodzi i… nawet nie daje mi się zestresować. Bez słowa prostuje rękę i wręcza mi paszporty. Biorę, szybko kartkuję i szukam… jest! W zasadzie są, bo w obu paszportach mamy wizy.
Uff! Jesteśmy w domu. A, w zasadzie, w Iranie.

Zostaje nam jeszcze kontrola graniczna. Kolejka do budki całkiem spora, zastanawiam się, co nas będzie czekać.
A tam – uśmiech, spojrzenie na wizę, pieczątka i szerokie „Welcome to Iran!”. 30 sekund to nie trwało.

No, to welcome to Iran!

Idziemy do hali przylotów. Przed nami jeszcze trochę organizacji. Musimy zaopatrzyć się w gotówkę (podobno na lotnisku jest najlepszy przelicznik) i w Internet na co najmniej dwa tygodnie.
Tam momentalnie zostajemy zaatakowani przez taksówkarzy. Każdy chce nas wieźć do centrum miasta (~50 km). Pytam o cenę – 750 tys. riali. Czyli jakieś ~75 zł. Pamiętam, że czytałem o ~50 zł, jako sensownej cenie za taki transport, więc krzyczę, że pojadę z tym, który za kurs weźmie 400 tys. riali. Taksówkarze znikają. Pierwszy atak odparty.

Waluta

Pytam o kantor. Jest jeden, na górnym poziomie.
Przy nim kolejka. To raczej dobrze świadczy. Sprawdzam kursy. O dziwo jest lepiej, niż jak weryfikowałem je w Internecie, przed wyjazdem. Za $1 płacą 39500 riali (IRR).
Gdzieś też wyczytałem, że własnie na teherańskim lotnisku, w przeciwieństwie do tego, co mamy w Europie, przeliczniki są lepsze niż „na mieście”.
Decydujemy, że wymienimy kasę, która w założeniu ma nam starczyć do końca pobytu tutaj – sprzedajemy $500.

Nie wiem czego się spodziewałem, ale na pewno nie tego, że dając panu kasjerowi pięć papierków dostanę… dwa obanderolowane pliki banknotów, po niemal 100 sztuk w każdym. Razem prawie 20 000 000 (dwadzieścia milionów) riali. Pan kantorowy wymyślił sobie, że całość wypłaci mi banknotami stutysięcznymi. Dostajemy jakieś 3 cm hajsu.
Trochę mi szczęka opada na to. Gdzie to schować mam? Przez głowę przemyka mi mi hasło „Zimbabwe”, ale z drugiej strony myślę sobie, że to nawet lepiej, nie będę musiał nic rozmieniać, tylko będę ciągnął sobie po stówce. Na dodatek nie będę musiał całej kasy trzymać w jednym miejscu, ba, nawet nie przy jednej osobie, więc chyba mamy więcej plusów tego rozwiązania.

Tu wypadałoby napisać ze dwa słowa o irańskiej walucie. A w zasadzie o jej nazewnictwie. I zasadach przeliczania.
Więc tak: obowiązującym oficjalnie pieniądzem tutaj jest RIAL, o symbolu IRR. Niestety, mało kto tutaj tej nazwy używa. Wszyscy mówią per „tomany” (jeden toman, dwa tomany, etc). Z tym, żeby za prosto nie było, to 1 toman = 10 riali, a czasem 1 toman to 10000 riali (ten pierwszy przelicznik był wykorzystywany częściej, przynajmniej w naszej obecności, podejrzewam, że ten drugi powstał z lenistwa, żeby nie dodawać słowa „tysiąc” za każdym razem podając cenę). Jak to rozróżnialiśmy? Prosto, po kontekście. Jak np. taksiarz mówił, że kurs kosztuje 5 tomanów, to na pewno nie miał na myśli 50 riali, tylko 50 000. I tak samo było w drugą stronę.
Oczywiście, przed wyjazdem słyszeliśmy o akcjach, że jakiś uczciwy inaczej Irańczyk mówił o 1 000 tomanów za jakieś gówno, ktoś przeliczał to na 10 000 riali, a okazywało się na końcu, że chodziło o 10 000 000, więc jak nie byliśmy czegoś w 100% pewni, to zawsze podpieraliśmy się kwotą w IRR. A bardzo często zdarzało się, że sami lokalsi, przy transakcjach mówili kwotę w tomanach i od razu w rialach.

W trochę inny sposób poradziłem sobie z przeliczaniem lokalnych cen na złotówki (jako typowy janusz, zawsze to robię). Kupując dolary na wyjazd, płaciłem ok. 3.60 zł za 1$. A, jak zauważyliście wyżej, za $1 tutaj dostałem riali 39500. Czyli za 1 zł tu miałem 11 000 IRR. Dla prostoty rachunków przyjąłem, że 1 zł = 10 000 IRR, a te 10% nadwyżki traktuję jako bonus.
Do tego wszystkiego doszedł jeszcze jeden czynnik. Czy pamiętacie naszą polską denominację z 1995 roku? Pamiętacie jaki był przelicznik denominacyjny? Tak, tak, był bardzo podobny do tego, jaki jest powyżej – 1 nowy złoty równał się 10 000 starym. I przez to, że 22 lata temu musiałem się nauczyć szybko w pamięci przeliczać te wartości, tak teraz wystarczyło odkurzyć sobie tę wiedzę, a kierunek liczenia obrócić.

Z tego wszystkiego wyszedł mi prosty schemat: 1 zł = 10/1000 tomanów = 10000 riali.
W dalszej części będę podawał ceny w złotówkach, w razie czego łatwo będzie przeliczyć.

Efekt jest taki, że w 10 minut po zaznajomieniu się z irańską walutą niemal jestem z nią za pan brat. Jeszcze tylko zostaje kwestia rozróżniania banknotów… ;)

Podróż Życia, waluta Iranu
Chomejni, wszędzie Chomejni (od góry: 50 groszy, 20 groszy, 10 groszy)

Pojawiają się kolejni taksówkarze, którzy nie wiedzieć czemu kłębią się przy kantorze. Zaczynam wstępne negocjacje, cały czas twardo obstawiając przy swojej stawce 40 zł (40 000 tomanów) za kurs. Panowie są równie twardzi i nie śpiesząc się z 75 zł doszli dopiero do 60.
Ja mam jeszcze czas, więc teatralnie zrywam negocjacje; jeszcze wrócę.

Teraz druga ważna rzecz:

Internet

Przed wyjazdem czytałem, że to też można ogarnąć na lotnisku. Panowie taksówkarze, pomimo negocjacji, są uczynni i wskazują mi gdzie mogę coś takiego zakupić: trzeba zejść na dolny poziom i przejść niemal do końca halę. Od razu widać żółty kiosk MTN Irancell.
Widać, że stoisko jest stworzone na potrzeby turystów – pan sprzedawca ma już przygotowane odpowiednie pakiety, wraz z doładowaniami i informacją o kolejnych. Za starter z bodajże 1,5 GB Internetu LTE + jakiś pakiet minut i SMSów płacimy 20 zł. Niestety, żeby kupić, trzeba zostawić u niego skan swojego paszportu i odcisk palca. Pociechą może być tylko fakt, że na jeden dokument i jeden zestaw linii papilarnych można kupić kilka SIMów.
Doświadczeni rosyjskimi przebojami, po zakupie odczekujemy jeszcze ze dwadzieścia minut aż karty się aktywują i Internet zaczyna działać i dopiero wtedy idziemy na ostatnią odsłonę negocjacji z taksiarzami.

Te idą twardziej, niż wcześniej, ale dochodzimy do satysfakcjonującego mnie konsensusu: staje na 50 zł (500 000 riali) za trasę na teherański dworzec kolejowy i po drodze stop na nocne zwiedzanie mauzoleum Chomejniego.
Ah, bo nie wiecie jaki mamy plan: otóż nie zostajemy w Teheranie, tylko jedziemy prosto na pociąg do Jazdu. Dochodzi 3., a odjazd mamy ok. 7.

Bijemy w łapę i idziemy do pojazdu. Nasz taksówkasz ma na imię Reza i przez 15 minut jazdy do grobowca ajatollaha jesteśmy w stanie poznać całą historię jego rodziny.

Podróż Życia, Iran, Teheran, lotnisko im. Chomejniego
Nasza taksówka. Ciekawostką jest fakt, że Peugeoty, to niemal jedyna nieirańska marka spotykana w tym kraju.
Podróż Życia, Iran, Teheran, mauzoleum Chomejniego
Mauzoleum Chomejniego
Mauzoleum Chomejniego

Obiekt jest otwarty całą dobę, ludzie przyjeżdżają się tam modlić, przebywać, nawet spać – grób nabiera wyraźnie religijnego znaczenia.
Przy wejściu musimy się rozdzielić – Magda idzie do damskiej części, wraz z kierowcą idziemy do męskiej.
Wejście jest darmowe, natomiast trzeba ściągnąć buty, jak przy wejściu do meczetu.
I zaraz za „szatnią” następuje spotkanie ze strażnikami, u których, na kontroli, muszę zostawić papierosy, zapalniczkę i powerbanka. Podejrzewam, że to pokłosie zamachu sprzed 8 lat, niemniej młode dziusy zachowują się co najmniej dziwnie. Na początku w ogóle chcą mnie zawrócić i nie pozwolić mi wejść, ze względu na powyższe gadżety, potem, po dyskusji stwierdzają, że mogę je zostawić u nich, ale mam 10 minut na oglądanie, inaczej je stracę. Patrzę się na nich i szukam na twarzach jakiegoś przejawu żartu, ale wyglądają na dość poważnych, poza tym słyszę jakieś podśmiechujki i mam wrażenie, że to coś na mój temat.
Nie powiem, jakoś za przyjemnie to się nie czuję. Zostawiam bety i wchodzę.

Oglądam wnętrze, na szczęście nie ma tam za dużo do zwiedzania, stąd mieszczę się w limicie czasowym. Choć strasznie korci mnie, żeby się spóźnić.
Ale nawet mimo przyjścia na czas, na moją pierwszą prośbę o zwrócenie mi rzeczy panowie reagują miną w stylu „ale o co chodzi?”. Dopiero druga powoduje jakiś ruch i w końcu dostaję, co moje.
Na zewnątrz spotykam Magdę, niemal tak samo zirytowaną. U niej panie strażniczki były tak samo nieprzyjemne, nie obyło się bez dokładnego przeszukiwania i obmacywania.
Nieźle się zaczyna ta nasza wycieczka. Bardzo miło nas tu witają.

Podróż Życia, Iran,mauzoleum Chomejniego
Grobowiec ajatollacha Chomejniego od stony damskiej
Podróż Życia, Iran,mauzoleum Chomejniego
i sam „nagrobek”. Od strony męskiej.
Podróż Życia, Iran,mauzoleum Chomejniego
Nie wiem, jaka jest przyczyna/powód, ale podłoga jest cała zawalona śpiącymi ludźmi
Podróż Życia, Iran,mauzoleum Chomejniego
niemniej, sufity mają naprawdę godne zawieszenia oka.

Podróż Życia, Iran,mauzoleum Chomejniego

Do dworca dojeżdżamy po 4. Mimo wczesnej pory ruch na ulicach jest spory.
Pożegnanie z taksiarzem odbywa się w chłodnej atmosferze. Cwaniak, oprócz ustalonych wcześniej 50 zł zażyczył sobie dodatkowych 5 zł za parkowanie pod mauzoleum, mimo, że bardzo protestował, jak wyjeżdżając chciałem uregulować przy bramce należność za parking, gestykulując, że bierze to na siebie.
Nie mam problemów z płaceniem, niemniej drażni mnie, jak ktoś próbuje ze mnie robić idiotę.

Podróż Życia, Iran, Teheran, dworzec kolejowy

Do odjazdu mamy ponad 2h. Miło zaskakują mnie dworcowe ceny, bo za dużą colę, dużą wodę i jakieś przekąski płacę raptem 5 zł. W PL pewnie wydałbym z 5x więcej.

O 7. jest już niemal jasno.
Po drodze na peron uderzamy głową o jeszcze jeden ichni zwyczaj – otóż bilety kolejowe trzeba podbić u policjanta, bo inaczej cieć siedzący przy wejściu na perony (coś podobnego do pani sprawdzającej karty pokładowe na Okęciu, jeszcze przed kontrolą bagażu) nas nie puści. Mamy trochę stresu, bo czas leci, a najpierw szukamy kanciapy mundurowych, potem okazuje się, że jest pusta i musimy szukać jakiejkolwiek obsady, a nawet po znalezieniu dobija ostentacyjne niespieszenie się panów „ważniaków”. Na koniec robimy wszystko biegiem, ale w efekcie pod pociągiem jesteśmy na czas.
Plus jest jeszcze taki, że bilety kupione jeszcze przed wyjazdem działają.

Pociąg

Trochę jestem ciekawy, jak ta podróż będzie wyglądała i w ogóle transportu kolejowego w Iranie.Teoretycznie pociągami przejechałem sporo kilometrów, ale to ciągle najrzadziej brany przez mnie pod uwagę środek lokomocji.
Ten nasz okazuje się całkiem ładny, dość wygodny, wyglądem przypomina polskie IC, tylko po 20 latach użytkowania.

Podróż Życia, Iran, Teheran, dworzec kolejowy
Teherańskie PKP. Peron, jak peron.
Podróż Życia, irański pociąg
W środku wygląda to całkiem znośnie.

Jak próbuję zrobić zdjęcia, dostaję reprymendę od jakiegoś pracownika – widać dworce kolejowe są miejscami strategicznymi i nie można fotografować. Ale zdjęć nie każe usuwać.

Przedziałów nie ma. Naprzeciwko nas siedzi młody synek, po drugiej stronie grupa kobiet w czadorach. Jestem strasznie tymi drugimi zaciekawiony, ale głupio mi tak bezpośrednio lampić na nie.
Próbuję chwilę patrzeć za okno, ale zmęczenie daje znać o sobie i parę minut później już mnie nie ma.

Budzi mnie ostre słońce i brązowy krajobraz za oknem. Trochę się dziwię, ale zaraz potem uświadamiam sobie, że przecież przejeżdżamy obrzeżami Wielkiej Pustyni Słonej, jednej z dwóch wielkich obszarów pustynnych w Iranie.
Teraz to już na pewno nie zasnę. Zakładam słuchawki na uszy, wsadzam nos w szybę i odpływam z widokami ;)

Podróż Życia, Iran, Wielka Pustynia Słona
Zachodnie rubieże Wielkiej Pustyni Słonej

Podróż Życia, Iran, Wielka Pustynia Słona

Podróż Życia, Iran, Wielka Pustynia Słona

Podróż Życia, irański pociąg,

Podróż Życia, Iran, stacja kolejowa Ardakan
Stacja Ardakan
Podróż Życia, Iran, Jazd
Rogatki Jazdu
Jazd

W Jaździe jesteśmy pół godziny po południu. Próbuję zrobić zdjęcie na peronie i znów dostaję reprymendę, że nie wolno.
Widzę, że trzeba będzie uważać :/ Ale zdjęcia dalej nikt nie każe kasować.

Pierwsze, co nas uderza po wyjściu z pociągu, to upał. Magda jest w chustce, ja w długich spodniach. Już wiemy, że nie będzie lekko.

W ogóle, chyba, jeszcze nie jestem mentalnie w Iranie, czuję się trochę jak dziecko we mgle. Nie mam pomysłu na to co robić, wiem jedynie, że powinniśmy dostać się na dworzec autobusowy, żeby ogarnąć bilet na kolejną trasę, do Kerman, potem spróbować ogarnąć nocleg, bo nikt z Couchsurfing się nie odezwał, no i zorganizować sobie czas w Jazdzie.

Podróż Życia, Iran, Jazd, peron
Jazd, peron. W oddali, po prawej budynek dworca.

Pytamy taksówkarzy o dworzec autobusowy – mówią, że to 1,5 km od nas, wskazują mniej więcej gdzie.
Wygląda, na to, że to kwadrans na nogach, decydujemy, że idziemy.

Gorącz leje się z nieba, z nas też, ludzi mało na ulicach. Po 15 minutach prostej drogi, dworca nie widać. Pytani o niego lokalesi pokazują kierunek, akurat ten, w którym idziemy. Google pokazuje, niestety, coś innego. Nie wiem komu wierzyć.
Dochodzimy do wielkiego ronda, szerokiego chyba na 100 metrów i dalej nic. A do mnie dochodzi, że chyba byliśmy prowadzeni na zwykły przystanek komunikacji miejskiej.
W końcu, posiłkując się przewodnikowymi rozmówkami, udaje się zagadać człowieka, który okazuje się dużo bardziej kumaty od innych i okazuje się, że to Google miało rację i terminal autobusowy jest kapkę gdzie indziej i kapkę dalej, niż 1,5 km.
Olewamy to w końcu, łapiemy taksówkę do centrum miasta, musimy sobie chwilę dychnąć, odpocząć i zebrać myśli.
Zatrzymany starszy pan godzi się nas zawieźć tam za 10 zł.

Dojeżdżając do centrum widzę neon z napisem „travel office”. Coś mnie tknęło i każę się tam zatrzymać, wysiadamy.
Myślę, skoro travel office, to pewnie będzie informacja i będą po angielsku mówili.
I trafiam w dziesiątkę. Bo od tego momentu wszystko idzie jak z płatka.
Pierwsza nasza zagwozdka, czyli bilety autobusowe do Kerman zostaje szybko rozwiana – połączeń jest dużo i bilety można bez problemu kupić nawet na chwilę przed odjazdem. A na pewno jutro nie będzie z tym problemu.
Druga, czyli co robić z bagażem, również. Miły pan mówi, że 200 metrów dalej jest hotel, gdzie możemy zostawić rzeczy całkiem za darmo i że jest bezpiecznie. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, więc idę sprawdzić. W hotelu witają mnie chichrające się panie recepcjonistki i mówią, że nie ma najmniejszego problemu, z resztą widzę obok nich całkiem sporą stertę plecaków przykrytych jakąś chustą – mniemam, że nie będziemy jedyni.
Wracam po Magdę, dziękuję pomocnym ludziom z biura i lecimy zostawić bagaże.

Podróż Życia, Iran, Jazd
Nasza uczynna przechowalnia bagażu
Amir Chakhmaq

Rozładowani i głodni siadamy przy jakimś wolnym stoliku przy pierwszym lepszym obiekcie gastronomicznym (który okazuje się lodziarnią). W końcu włączam Internet w telefonie.
I pierwsze, co widzę, to wiadomości od Afsaneh: panowie od wiz ją obudzili, była trochę zaskoczona, ale szybko zajarzyła o co chodzi, potwierdziła wszystko i ogólnie nie ma problemu. Dziękuję jej bardzo i dzielę się naszą pozycją i sytuacją i 10 minut później mam cały zestaw danych na temat tego, co robić w Jaździe i… załatwiony nocleg! Najlepszy kolega jej brata akurat tutaj mieszka i bardzo chętnie nas przenocuje.
Głupio mi strasznie, bo dziewczyna ogarnia mi rzeczy, które sam powinienem był ogarnąć, a na pewno nie liczyć na taką pomoc innych, ale jak dostaję małą zjebkę, żebym nie wydziwiał, tylko korzystał, to się zamykam.
I jak na początku, w Teheranie niekoniecznie było miło i przyjemnie, tak tu dostajemy na dzień dobry całe spektrum irańskiej gościnności.

Okazuje się na dodatek, że przypadkiem usiedliśmy naprzeciwko jednej z atrakcji Jazdu, czyli pod kompleksem Amira Czakhmaqa. Więc mamy od czego zacząć zwiedzanie miasta.

Podróż Życia, Iran, Jazd, kompleks Amir Chakhmaq
Kompleks Amira Chakhmaqa
Podróż Życia, Iran, Jazd, plac Amir Chakhmaq
Dawna miejska cysterna. A te śmieszne wieżyczki to wiatrołapy, w farsi zwane badgirami.
Podróż Życia, Iran, Jazd, plac Amir Chakhmaq
Plac Amira Chakhmaqa
Podróż Życia, Iran, Jazd, meczet Amir Chakhmaq
Meczet Amira Chakhmaqa

Jest druga. Kontaktuję się z Alirezą, kolegą od Afsaneh, który mówi, że będzie wolny po 17. i podjedzie po nas.
Świetnie się dzień układa.

Khan Bazaar

Idziemy w stronę bazaaru. A bazaar pusty. Wszystkie „sklepy” pozamykane, ludzi nie ma, pusto, echo niesie się po korytarzach. Wychodzi na to, że mają tu przerwę „obiadową” – potwierdza to jeden ze spotkanych sprzedawców. Powinniśmy wrócić przed 18.
Nic to, łażenie po targowisku bez ludzi ma też swój urok. Szczególnie, jak przypadkiem się trafiają drzwi w ścianie, które prowadzą na dach i nikt nie krzyczy i nie zabrania wejścia w nie.

Podróż Życia, Iran, Jazd, Wielki Bazar
Bazaar Khan. Całkowicie pusty,
Podróż Życia, Iran, Jazd, Wielki Bazar
dający możliwość pooglądania „panoramy” miasta.
Podróż Życia, Iran, Jazd, Wielki Bazar
Badgiry są jednymi z bardziej charakterystycznych widoków w gorętszych częściach Iranu. Wiele osób wspomina je mówiąc o Jaździe, my przybliżymy je w kolejnych odcinkach, z trochę innej części tego kraju.
Podróż Życia, Iran, Jazd, Wielki Bazar
Te kopuły, które widzieliście na poprzednich zdjęciach
Podróż Życia, Iran, Jazd, Wielki Bazar
niesamowicie wyglądają z drugiej strony.

Z bazaaru, wspomagani przez mapy googlowskie idziemy labiryntem uliczek w stronę Meczetu Piątkowego. I, jak dotychczas miasto nas jakoś specjalnie nie zachwyca, tak kluczenie wąskimi przejściami pomiędzy kilkumetrowej wysokości murami pustynnego koloru jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem, przynajmniej jak na razie.
Ah, jeszcze dla tych niezorientowanych – dlaczego Meczet Piątkowy? Bo dla muzułmanów piątek jest jak dla wyznawców mojżeszowych sobota, a dla chrześcijan niedziela – dniem świętym. Nie pracuje się wtedy, tylko chodzi do meczetu.
To prawie, jak i u nas :)

Podróż Życia, Iran, Jazd

Podróż Życia, Iran, Jazd

Podróż Życia, Iran, Jazd

Podróż Życia, Iran, Jazd
Zauważcie, że każde drzwi mają po dwie, różniące się kołatki.

Podróż Życia, Iran, Jazd
Nawet bylejakie i zaniedbane, ale są dwie i różne. Dlaczego? O tym dowiedzieliśmy się (i Wy dowiecie się również) później ;)
Podróż Życia, Iran, Jazd
Pozostałości miejskich fortyfikacji

Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy

Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy
„Tylne”, północno-zachodnie wejście do Meczetu Piątkowego, dla nas zamknięte

Podróż Życia, Iran, Jazd

Jame Mosque

Do meczetu wchodzimy od północno-wschodniej, jak się potem okazuje bocznej, strony. Budowla zupełnie nie robi na nas wrażenia, także po 5 minutach wychodzimy z niej głównym, południowo-wschodnim wejściem i z karteczek tam zawieszonych dowiadujemy się że… za możliwość oglądania Jame Mosque trzeba zapłacić! Dziwi nas to, bo jak wchodziliśmy bokiem, to nikt nas nie zaczepiał. I jednocześnie jest to małe preludium do tego, czego doświadczymy w ciągu kolejnych dni: za wejście do KAŻDEJ miejscówki trzeba płacić. Każdej oznacza to, że każdy meczet, każde historyczne miejsce, gdzie jest zwiedzania nawet na 5 minut jest obiletowane. W przełożeniu na Polskę oznaczałoby to, że np. za możliwość zobaczenia kościoła o jakiejkolwiek wartości turystycznej równa się sięgnięciu do kieszeni.
Teoretycznie opłata tutaj jest niewielka, bo wynosi jakieś 8 zł od osoby. Ale jak się okaże, że w jednym miejscu jest kilka takich atrakcji, to stanie się to całkiem znaczącą pozycją w wyjazdowym budżecie.

Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy
Jame Mosque i boczne, „darmowe” wejście
Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy
Meczet Piątkowy od frontu

Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy

Podróż Życia, Iran, Jazd
i droga do niego prowadząca. Zaraz za kadrem, po lewej stronie, skręca się w kierunku Starego Miasta.

Przy wejściu widzimy parę z Niemiec, która najwyraźniej zastanawia się, czy wchodzić, czy nie – po paru minutach obserwacji ich wahań sprzedajemy im informację o drugim, niezaczepianym wejściu. Korzystają.

Mamy jeszcze z godzinę na spotkanie z Alirezą. Nie chce nam się za bardzo chodzić już, ale szkoda trochę marnować czas.

Alexander’s Prison

Papierowy przewodnik, który tacham ze sobą mówi, żeby podejść i zobaczyć Alexander’s Prison. Nie wiemy, co to jest, z książeczki też niewiele wynika, ale jest w nazwie Alexander, jest więzienie, więc na pewno warto.
Z takim przeświadczeniem trwamy tylko do momentu osiągnięcia drzwi wejściowych. Bo tam chcą od nas po 15 zł od osoby. Niedoczekanie, wolimy porelaksować się na ławeczce przed – w końcu pogoda się letnia (dla nas) zrobiła i jest całkiem przyjemnie.
Czytane w trakcie relaksu opinie o tym miejscu w Internecie utwierdzają nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy.

Podróż Życia, Iran, Jazd, Alexander's Prison
Alexander’s Prison

W końcu przyjeżdża Alireza z żoną. Młody chłopak, dosyć neutralny jak na pierwszy odbiór. Jego żona w obowiązkowym hidżabie, ubrana jest mocno tradycyjnie – może nie jakoś przesadnie, bo oprócz hidżabu ma jeansy ale widać, że religia ma tu znaczenie. A najtrudniejsze w odbiorze ma imię – po przedstawieniu się, w pół sekundy je zapominam, mam nawet trudności, żeby je powtórzyć.
Mohadesah. Spróbujcie Wy. Powiedzcie raz, na głos i za 30 sekund, bez patrzenia w tekst powtórzcie :)

Plusem jest to, że uśmiechają się dość często i są rozmowni.

Świątynia Ognia

Od razu pakują nas w samochód i zabierają do kolejnego „must see” w Jazd – zaratusztriańskiej Świątyni Ognia. Miejsca świętego dla wyznawców przedmuzułmańskiej religii panującej na terenach obecnego Iranu, znanej też pod nazwami zaratustryzm, zoroastryzm czy zoroastrianizm. Podejrzewam, że u paru osób któraś z tych nazw zabrzęczy dzwonkiem i podejrzewam, że z powodu Fredericka Bulsary, znanego też jako Freddie Mercury, nieżyjącego wokalisty zespołu Queen, który był jej najsłynniejszym wyznawcą.

Dla przeciętnego turysty, emocjonalnie z tą religią niezwiązanego, kojarzyć z nią będą się dwa rodzaje obiektów „do zwiedzenia”: świątynie ognia, związane z jego kultem, gdzie święty płomień jest podtrzymywany przez setki, jeśli nie tysiące lat oraz wieże milczenia – specyficzne miejsca do „chowania” zmarłych.
Ten drugi zwyczaj jest faktycznie dość ciekawy. Zaratusztrianie uważają śmierć za coś nieczystego, a np. ogień i ziemię za twory czyste. Według nich te pierwsze nie mogą się mieszać z tymi drugimi, bo czystość nie może być zbrukana, stąd umarły nie może być pochowany w ziemi.
I w związku z tym wymyślili sobie specjalny sposób na rozstawanie się ze zwłokami: budowali rzeczone wieże, na których zwłoki gniły i stanowiły pokarm dla sępów, a w której głąb zrzucali dopiero czyste kości.
Ciekawy, dlatego, że żywcem przypomina mi zwyczaje Indian Ameryki Północnej, którzy z tego samego powodu, w bardzo podobny sposób chowali swoich zmarłych. Zastanawia mnie, czy i jedni i drudzy wymyślili to niezależnie od siebie? :)

10 minut jazdy z Alirezą i Mohadesah (zapamiętaliście imie?:) rozwiązało języki i z samochodu wyszliśmy już jak dobrzy znajomi. Klimat łapiemy ten sam, poczucie humoru również, podśmiechujki mamy z tych samych tematów. Już wiem, że będzie dobrze i się polubimy.

Przy Świątyni dostajemy w nos kolejnym haraczem. 15 zł od osoby. A w środku? Jedno wielkie WTF?.

Nie rozumiem zupełnie takich obiektów kultu religijnego. Zupełnie. Emocjonalnej wartości dla mnie nie ma to żadnej, widokowo do oglądania tutaj jest tlące ognisko za szybą i parę inskrypcji w obrazkach na ścianach, na raptem 3 minuty, o ile nie ma kolejek(!). Jeśli byłoby do dostępne dla wszystkich, pt. wchodzisz – patrzysz – wychodzisz, to ok., ale jak mam płacić (niby nieduże, ale jednak) pieniądze za 2 minuty bycia w środku, to dla mnie jest to zwyczajny odpust.
Podśmiechujek z tego powodu mamy mnóstwo. Pierwsze, neutralne wrażenie ulega całkowitemu rozmyciu.

Podróż Życia, Iran, Jazd, zaratusztriańska Świątynia Ognia
Wejście do Świątyni
Podróż Życia, Iran, Jazd, zaratusztriańska Świątynia Ognia
15 zł od osoby za takie widoki
Podróż Życia, Iran, Jazd, zaratusztriańska Świątynia Ognia
albo takie.

Jest ciemno, mimo ledwie 19. Ali (już jesteśmy niemal spoufaleni) zarządza jazdę do domu, na kolację.
Po drodze jeszcze robimy zakupy, gdzie znów muszę się kłócić o możliwość zapłacenia za sprawunki. Nic z tego. Zwyczajnie przegrywam, mimo różnych podchodów, gróźb, próśb. Nie, że taroof, czy coś. Po prostu nie i ch*j.

Podróż Życia, Iran, Jazd
Irańska piekarnia i irański chleb.
Podróż Życia, Iran, Jazd
Staliśmy tam chyba z 10 minut zaaferowani tym jak ten chleb jest robiony
Zasady drogowe

Tutaj życie budzi się po zmroku. W ciągu dnia jazda taksówką wyglądała na zwykłą przejażdżkę po niewielkim mieście, gdzie samochody mijają cię raz na parę sekund. Teraz ulice wyglądają jak Warszawa w godzinach szczytu. I nie jest to tak, że to natężenie się jakoś płynnie zwiększa. Tu wygląda to niemal tak, jakby ktoś nagle wszystkich mieszkańców z domu wypuścił (chciałem napisać „niemal jakby drzwi w Biedronce otworzyli, po rzuceniu crocsów w niskiej cenie”, ale aż tak szybko tu nie biegają), zwiększenie natężenia ruchu widać skokowo.
I, jak rano miasto wydawało nam się senne i niewielkie, tak teraz dopiero widać jego ogrom.

Przy okazji uważnie obserwuję zasady ruchu na ulicach i to, jak Ali sobie z nimi radzi za kierownicą.
Wygląda to podobnie jak w Bejrucie, czy Ammanie, natomiast nie wiem, czy odważyłbym się już siąść za kółkiem tutaj.

Dla niezorientowanych: zasady ruchu drogowego, który znacie z własnego podwórka, mimo teoretycznego obowiązywania, nie są tutaj przestrzegane, tak, jak robimy to my. Parafrazując mamę Pawlaka, zasady zasadami, ale jeździmy po swojemu.
W Iranie, jak i na całym Bliskim Wschodzie (a zjechałem już Maroko /podobny klimat/, Liban, Jordanię, Izrael i kawałek Turcji) niezwykle istotne są trzy rzeczy: ograniczone zaufanie do innych kierowców, zwiększone zaufanie do ograniczonego zaufania innych kierowców jeśli chodzi o moje poczynania oraz używanie klaksonu jako przekaźnika mojej pozycji, stylu jazdy i zamiarów.
Nie są to umiejętności, których jest się w stanie człowiek nauczyć – je się zdobywa poprzez doświadczenie. Na pierwszy rzut oka wygląda to strasznie dziko, ale z czasem człowiek zauważa pewne schematy, a nawet swego rodzaju kulturę jazdy.
A, co śmieszne, to dobrą szkołą podstawową do jazdy tutaj jest… Warszawa! Tak, tak, ta nasza, polska. Myślę, że każdy warszawski taksówkarz by się świetnie odnalazł w tych warunkach. Co najwyżej osiwieliby szybciej, bo zobaczyliby jak to jest, jak inni uważają kierunkowskazy za zbędne udogodnienie w samochodzie.

Spodziewałem się deko innego domu naszych gospodarzy. Tymczasem na miejscu mamy niemal europejskie osiedle bloków, ze szlabanem przy wjeździe i podziemnym garażem w budynku. Tak samo mieszkanie, gdyby nie brak stołu i krzeseł w salonie oraz klozetu w kiblu, za wiele nie różniłoby się od czegoś, co znamy z rodzinnych stron.

Definicja szczęścia

Przy okazji dowiadujemy się paru zaskakujących rzeczy.
Pierwszą rzeczą jest to, że od momentu zaproszenia na jedzenie cały czas przewija się to, że to Mohadesah (jak tam Wasza pamięć?:) będzie je robić. Oczywiście oferujemy się od razu do pomocy, ale Ali, jakby całym sobą wyraża zdziwienie, że dlaczego, przecież to kobieta powinna robić obiad. Gość w dom, bóg w dom, więc żona coś upichci, a on nas będzie zabawiał w czasie naszego odpoczynku.
Trochę mi się to kłóci z tym co widzę, bo w ich relacjach w ogóle nie zauważam jakiejś patriarchalnej relacji, są młodzi, weseli, śmieją się z siebie i wzajemnie dogryzają, ale i Mohadesah traktuje słowa Alego jako oczywistość.
Oczywiście nie odpuszczamy i śmiejąc się grozimy, że nie ma opcji na brak pomocy z naszej strony, ale, jak przychodzi co do czego, do zostajemy zwyczajnie wyrzuceni z kuchni.

Druga rzecz jest taka, że Mohadesah i Ali są małżeństwem niemal dwa lata. A znają się niemal dwa lata i jeden.. tydzień.
Tak, tak, dobrze zaczynacie to rozumować – państwo młodzi poznali się na tydzień przed ślubem, a całość małżeństwa została zaaranżowana przez rodziców.
Trochę jesteśmy w szoku. Jak i pewnie Wy, słyszeliśmy o takich sprawach wiele razy, zawsze w dość negatywnym kontekście. A tu, nagle, mamy namacalny tego przykład. I to w momencie, w którym takiej sytuacji zupełnie się nie spodziewamy.

Zastanawia mnie, na ile jest to świadomy wybór młodych, na ile przymus, a na ile konieczność.

Po tych i paru innych opowieściach wychodzi w końcu, że głównym sprawcą sytuacji jest rodziciel chłopaka, a w zasadzie jego religijność i ortodoksyjność. Stąd Ali wyniósł te patriarchalne zwyczaje i podejście (np. Mohadesah nie pracuje i nie powinna pracować, jej rolą jest dbanie o dom i o męża, jak wróci zmęczony z roboty). Do tego jeszcze dochodzi ekonomiczne uzależnienie dorosłego syna, pt. mieszkanie i comiesięczne dopłaty do życia, które w efekcie daje doskonałą dźwignię ojcowskiego nacisku wtedy kiedy jest ona „potrzebna”. No i niebagatelne znaczenie ma też wygoda życia, jaką to powoduje, pomimo ewidentnych „niedogodności”

Ale! jeśli ten opis wydał się Wam w jakikolwiek sposób smutny, to informuję, że tak nie jest. To są rzeczy trochę dla nas niepojęte. Dla nich są to zwyczajne niedogodności życiowe i narzekania, które, de facto, każdy z nas wyrzuca co jakiś czas (nie znam osoby, która byłaby zadowolona z życia na 100%). Ali żyje sobie spokojnie, z żoną się lubią (innych uczuć nie dociekałem), nie martwi się o byt i nie zastanawia się za dużo nad przyszłością, bo nie musi.
Tu do głosu dochodzi względność definicji szczęścia, więc zostawiamy temat jak jest.
Szczególnie dlatego, że na stół (to taki eufemizm, bo w Iranie jada się na podłodze nakrytej ceratą/obrusem) wjeżdżają takie oto frykasy.

Podróż Życia, Iran, Jazd

Jak to można porównać do naszej kuchni? Prosto – diabeł tkwi w przyprawach. Produkty są te same, typu strączki, cebula, jajka, ziemniaki, co najwyżej w innych proporcjach i trochę innej konsystencji. Klimat robią przyprawy. Chleb, ten jest zupełnie inny.
Czy jest to dobre? Smaczne, na pewno, ale tyłka mi nie urywa (oprócz ichniego chleba, najlepiej maczanego w czymkolwiek – to uwielbiam). Myślę, że porównywalnie, do innych krajów Bliskiego Wschodu, więc się za bardzo nie rozwodzę nad tym.

Po kolacji mamy serwowany kolejny folklor. Siedzimy i oglądamy irańską telewizję rozrywkową. To też jest przyczynek do dyskusji o zwyczajach, o tym co można pokazać w TV, a co nie, jak to wygląda u nas, jak może wyglądać u nich.
Przy okazji zauważam, że Alego strasznie ciągnie do do kultury zachodniej. Mam odczucie, że kojarzy mu się ona z wolnością, przede wszystkim obyczajową. Bardzo mi to przypomina młodzież polską z lat 80., czy 90., gdzie kierowaliśmy się dokładnie takimi samymi emocjami i takim samym idealizowaniem tego, co było za żelazną kurtyną. Sęk w tym, że my wtedy karmiliśmy się ładnymi obrazkami, bogactwem, dostępnością, jednym słowem nieskrępowaniem, z którym ten zachód nam się przedstawiał, a serwowana oficjalnie przeciwwaga w postaci imperialistycznych kapitalistów była tak groteskowa, że nikt w nią nie chciał wierzyć i tak naprawdę nie dawała żadnej kontry, czy przyczynku do zastanowienia się nad tym, czy jest to wszystko takie super jak chcielibyśmy.
Czas pokazał, że nie ma róży bez kolców i ze nasza „oaza wolności” śmierdzi też zgnilizną, niemniej dopiero dostając tę wolność mogliśmy to stwierdzić.
I to, w ciągu wspólnego wieczora, przekazujemy też naszym gospodarzom, przy okazji brutalnie brukając niektóre ich przekonania :)

Swoją drogą, uwielbiam momenty, gdzie można, na żywym organizmie, tak mocno przeanalizować różnice między ludźmi i w efekcie dojść do wniosku, że różnimy się w myśleniu i postępowaniu bardzo niewiele – cała rozbieżność, tak naprawdę, wynika z trochę innych warunków w których przebywamy.
Stąd, każdy wyjazd, to cenna nauka. Oczywiście pod warunkiem, że się komuś chce uczyć ;)

Ale, oprócz rozkmin i kulturalnego wzbogacania się trzeba też ogarnąć jutrzejszy dzień. Bo dopiero wieczorem chcemy jechać dalej.
Idąc w stronę Alexander’s Prison trafiliśmy na reklamę z ofertą płatnych i bezpłatnych wycieczek po Jaździe i okolicach. Przezornie zrobiłem foto i to wystarcza, żeby jednym telefonem Ali ogarnął resztę.
Przy okazji znów wychodzi uczynność chłopaka – pomimo tego, że zwykle chodzi do pracy na 6. rano, to jutro przyjdzie do pracy na 8., a nas zawiezie na 7.30 na miejsce zbiórki. I nie ma z tym żadnej dyskusji.
Fotka reklamy poniżej (może ktoś skorzysta), a my zwijamy się do spania w irańskim stylu: na poduszkach położonych na podłodze.

Podróż Życia, Iran, Jazd
Przypominam – 100 000 riali to 10 zł

Jutro przed nami gliniane miasto Kharanaq, kolejna zoroastriańska świątynia, tyle, że wody – Czak Czak i kilka zabytków w sąsiednim Meybod. A wieczorem wyjazd do Kerman, gdzie czeka na nas już Afsaneh.
Dobranoc!

Ciąg dalszy, w którym poprzez gliniane miasto Kharanaq, zoroastriańską świątynię Czak Czak, wieże Lodu i Gołębią oraz karawanseraj i fortecę w Meybod, docieramy do Mahan, by w końcu zobaczyć zachód słońca w najgorętszym miejscu na Ziemi, czyli na pustyni Lut znajdziecie tutaj (klik)!

P.S. Początkowo ten odcinek miał jeszcze zawierać relację z wycieczki dookoła Jazdu, ale tak się rozpisałem, że uznałem, że lepiej zakończyć tutaj, niż ryzykować totalne zanudzenie Was.

P.S.2 Piękne zdjęcia są od NOSFOTOS mej najukochańszej. Te parę mniej pięknych… ee, może nie będę się przyznawał.

Podróż Życia, Iran, Jazd, Meczet Piątkowy

9 komentarzy