Rzym – miasto samochodów i sticków

Rzym, miasto samochodów i sticków

Swego czasu trafiłem na „wyprzedaż” w Ryanair. Wyprzedaż to oczywiście bardzo duże słowo w kontekście tej linii lotniczej, ale bilety były w łykalnej cenie. Wziąłem hurtowo, bo 3 sztuki: Sztokholm, Bruksela i Rzym.
Sztokholm – wyjazd całkiem miły, Bruksela niestety nie wypaliła, bo cośtam. Trzy stówki w plecy.
Rzym kosztował 280 zł i dwa dni urlopu – wylot był w czwartek, po pracy, powrót w poniedziałek wieczorem. Czyli bez dramatu, a dla niekorzystających za często z takich okazji – całkiem tanio. Dodatkowym plusem było to, że na miejscu jest dawno nie widziana koleżanka, rzymianka z urodzenia (a co najmniej od kiedy się znamy, czyli dobre 7 lat), więc odpadał problem noclegu i wydatków z tym związanych. Spore ułatwienie, bo nocleg w Rzymie to min. 20€ za doboosobę – mnożąc to razy 8 daje sensowną kwotę 160 jurków, którą to zawsze można było spożytkować lepiej, np. dając na ofiarę w stolicy piotrowej w podzięce za możliwość wyszorowania bazyliczanej podłogi kolanami.
Czyli na początek jest dobrze.
Warszawę opuszczaliśmy w nadziei, że niekoniecznie różowe prognozy pogody nie do końca się sprawdzą. Sprawdziły się co do joty. Oznaczało to mniej więcej, że w sobotę święty Piotrek myje podłogę nad Rzymem, nie szczędząc przy tym wody. Rekompensowało całość tylko to, że było ciepło, w przeciwieństwie do Warszawy.

Przygotowań nie mieliśmy żadnych, ot, kanapki na drogę zrobiliśmy :) W zasadzie, to nie mieliśmy żadnego planu na zwiedzanie. Z racji tego, że
– w Rzymie, to co krok jakiś kościół,
– jak nie kościół, to obelisk,
– jak nie obelisk, to fontanna, albo inne, tysiącletnie ustrojstwo,
– jest to chyba najczęściej odwiedzane przez Polaków miasto (zaraz po Licheniu, a ostatnio Świebodzinie), a więc opisów wycieczek jest od groma,
– moja ładniejsza połówka już tam była,
to stwierdziłem, że nie ma co się wygłupiać, coś się na pewno zobaczy. W ostatniej chwili ściągnąłem sobie jakiegoś PDFa z rozpisanymi ładnymi trasami na akurat 4 dni, żeby zapasowo było.

Na lotnisko przyjechaliśmy na jakąś godzinę przed odlotem. Zwykle, ze względu na średnie czasowo połączenie z Modlinem przyjeżdżaliśmy wcześniej i zawsze czekaliśmy na odlot; trafialiśmy na niemalże zerowe kolejki do kontroli. Tym razem nieźle się zdziwiliśmy, jak wysiadając z autobusu zobaczyliśmy multum ludzi – kolejka do bezpieki sięgała poza stanowiska odpraw, czyli, na oko około godzina czekania. Świadomość, że Ryanair nie pierdzieli się ze spóźnialskimi, a najmniej ich interesują kolejki do bramek bezpieczeństwa spowodowała krótką piłkę – lecimy do synka w służbowej marynarce, machając kartkami, że mamy odlot zaraz i żeby nas puścił bez kolejki. Na to koleś, ze stoickim spokojem: „spoko, w Rzymie strajki, samolot będzie może za godzinę, możecie stać w kolejce”. Uff, całe szczęście, bo już stresa łapałem. Nagle nawet ta kolejka mniej zniechęcająca się wydała ;)
Swoją drogą, chyba nie tylko w Rzymie strajki mieli, bo na z 6 samolotów odlatujących w tych samych okolicach czasowych, tylko jeden przyleciał i odleciał o czasie.

W podróży znów okazało się, że świat jest za duży w małych przestrzeniach i za mały w tych większych: będąc w Kenii poznałem miłą panienkę, akurat z Warszawy, która była tam na półrocznej delegacji. Mieliśmy się spiknąć po jej powrocie. Takeśmy się umawiali, że cały czas było za daleko komuś w tej Warszawie. No, i jak nie wyszło w domu, tośmy się spotkali w samolocie do Włoch. Zdecydowanie, mam szczęście do takich akcji.

W Rzymie, mimo wieczora, ciepło. I dobrze.

Plan był taki, że rano lecimy na miasto sami, oglądamy co się da. Nie wszyscy mają urlop, toteż koleżanka musi do pracy. Damy radę.

Wszyscy mówią: kupcie Roma pass. To takie ustrojstwo, co kosztuje 36€ i pozwala na darmowe przejazdy komunikacją miejską oraz dwa darmowe wejścia do wybranych miejsc, typu Koloseum. Jest ważne 3 dni.
Jak na typowego Andrzeja przystało, bardzo mocno się wahałem. Bo drogo, bo nie wiem czy wykorzystam, bo może na gapę albo na nogach, bo jesteśmy 4 dni, a to ważne tylko 3. Efektem było to, że pass kupiliśmy dopiero na drugi dzień, po tym, jak wyszliśmy z Koloseum (gdzie oczywiście za bilety zapłaciliśmy). I standardowo, jak to w takich przypadkach bywa, tylko na tym straciliśmy, bośmy wykorzystali na kartę raptem jedno wejście i, tak naprawdę, jeździli z jeden dzień. Watykanu (muzeum i Kaplicy Sykstyńskiej) to ta karta nie obejmuje.
Bilet do Koloseum to 12€, bilet na autobus to 1,5€, zakładając, że jakieś inne muzeum to wydatek rzędu 10 jurków, to w 3 dni trzeba zrobić ok. 10 przejazdów, żeby się zwróciło. Więc, jak kto woli.

Pierwsze wrażenie? Są dwa. Pierwsze dotyczy autochtonów, drugie turystów.
Autochtoni: tu chyba każdy jeździ samochodem albo skuterem i NIE MA parkingów podziemnych, tudzież w ogóle miejsc parkingowych. Samochodów od groma, znalezienie miejsca do zatrzymania i zostawienie samochodu to sztuka przekraczającą zdolność pojmowania typowego Polaka. Rzymianie wydają się z tym pogodzeni i większego wrażenia to na nich nie robi. Mi wystarczyło raz doświadczyć czegoś takiego, jak szukanie skrawka wolnego miejsca, żeby zaparkować. Więcej nie chcę, moje nerwy nie wytrzymałyby tego. Myślę też, że typowy niedzielny polski kierowca, wpuszczony we włoskie realia ruchu drogowego, szybko oduczyłby się kląć. Z prostego powodu, robiłby to tak często, że po prostu odechciałoby mu już się po paru dniach.
Podróż Życia, Rzym, ruch uliczny

Turyści: sticki. Sticki wszędzie. Takie do robienia selfi z komórki. I wszędzie komórki i aparaty i cykanie fot. I dookoła panowie ciapaci, sprzedający jeszcze więcej sticków. Watykan – sticki, Panteon – sticki, Piazza Navona – sticki, di Trevi – sticki i tłumy, Schody Hiszpańskie – sticki. Pozowanie, uśmiechy, sticki, komórki, dramat. I tłumy ludzi. Tłumy i sticki. Brrrr.
Podróż Życia, Rzym, wszędzie komórki

Podróż Życia, Rzym, sticki i tłumy
Co jeszcze?
Masy turystów. Specjalnie używam słowa „masy”, bo momentami miałem wrażenie, że ciągną jak muchy do gówna. Nieważne co, ważne, że jak inni robią, to też trzeba to samo. Stanąłem zrobić sobie ładne zdjęcie krzyża na ścianiem w bazylice w Watykanie. Ot krzyżyk, jeden z pierdyliarda w tamtym miejscu. Pół minuty później przy mnie stało już parę osób fotografujących i pozujących pod tym samym krzyżem. Dlaczego? Nie wiem. Taka fontanna di Trevi jest ogrodzona, bo renowacja, tak samo jak i Schody Hiszpańskie, nie ma co fotografować, bo to nie wygląda w ogóle – ale co tam, nie ma to jak zdjęcie z pleksi, tudzież ogrodzeniem w tle.

Podróż Życia, Rzym, fontanna di Trevi
fontanna di Trevi

PDF się końcem końców bardzo przydał. W cały jeden dzień ogarnęliśmy niemal wszystko, co było do zobaczenia w samym mieście: Piazza Venezia z kościołem i Kapitolem w pobliżu, Panteon, Piazza Navona, Panteon, fontanna di Trevi, Piazza/Via del Corso, Schody Hiszpańskie, by na koniec przejść 2 km po centrum Rzymu i skończyć w Koloseum. Po tym wszystkim pięty miałem bezpośrednio w pośladkach.

Podróż Życia, Rzym, Piazza Navona
Piazza Navona

Podróż Życia, Rzym, Piazza del Corso
Piazza del Corso

Podróż Życia, Rzym, Rzym

Podróż Życia, Rzym, Rzym

Podróż Życia, Rzym, Forum Romanum/Koloseum
Forum Romanum/Koloseum

Podróż Życia, Rzym, Koloseum

Podróż Życia, Rzym, Koloseum
Koloseum

Samo Koloseum, w mojej opinii lepiej wygląda na zdjęciach i zewnątrz, niż na żywo i wewnątrz. Ale odhaczyć trzeba.

Zastanawialiśmy się co robić następnego dnia. Plan był na Watykan. Nie dane nam było kupić bilety do Muzeum Watykańskiego przez Internet, dodatkowo, wg prognozy miało lać. Mimo tego zdecydowaliśmy, że zaryzykujemy.
Zaryzykowaliśmy i szybciutko zrezygnowaliśmy. Lało jak z cebra, kolejka do muzeum ogromna i na zewnątrz, za 16€ to stwierdziłem, że mam gdzieś muzeum, szczególnie, że jak twierdziła ma połówka, nie ma nic tam specjalnego. Kolejka do wejścia do bazyliki w Watykanie jeszcze większa, obchodziła cały plac św. Piotra dookoła (popatrzcie na główne zdjęcie, to ten okrągły plac), tak samo w deszczu, poza tym przeciskanie się przez miliard parasolek polujących na twoje oczy, w strugach i kałużach wody było tak agresjogenne, że dbając o spokój swój i ewentualnie innych szybko udaliśmy się do domu. I dobrze, przynajmniej się wyspaliśmy. I pojechaliśmy na zakupy :)

To jest kolejna rzecz, która mnie zszokowała. Ceny żywności. Przelicznik 1:1. Czyli to, co w PL kosztuje ileśtam w złotówkach, tam kosztuje to samo w €. Zawsze dzieliłem Europę „zachodnią” na trzy poziomy cenowe: Skandynawia z masakrą, środek, czyli Niemcy, Francja, UK, Benelux i najtańsze południe, czyli Grecja, Włochy, Iberia. Oczywiście, nie mówię tu o cenach turystycznych, a o normalnych, hipermarketowych. I w Rzymie przeżyłem szok. Dwie ciabaty, parę plasterków szynki, sera i warzyw w oleju (akurat tak, żeby niegrillowane panini zrobić sobie), cola i woda – 12€. Ot, taki przykład. A w knajpie lekki obiad zjesz już za 10€ (np. pizzę) i to niekoniecznie na obrzeżach miasta. Wychodzi na to, że lepiej stołować się poza domem.

A do Watykanu podchodziliśmy w sumie trzy razy. Nie przypuszczałem, że będziemy mieli aż tyle wytrwałości. Udało się dopiero na sam koniec, czwartego dnia, przed samym wylotem.

W trzeci dzień mieliśmy przepiękną pogodę i transport z naszymi gospodarzami, więc daliśmy radę odwiedzić ruiny starożytnego miasta w Ostii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ostia_(staro%C5%BCytne_miasto)), dojechać nad morze, zobaczyć rzymską piramidę, Circus Maximus i zrobić drugie podejście do Watykanu, również nieudane.

Podróż Życia, Rzym, Ostia
Ostia

Podróż Życia, Rzym, Ostia
Ostia

Podróż Życia, Rzym, Ostia
Ostia

Podróż Życia, Rzym, Mar Tirreno
Mar Tirreno

Podróż Życia, Rzym, Circus Maximus
Circus Maximus

Podróż Życia, Rzym, Za plecami rzymskie tchnienie Egiptu
Za plecami rzymskie tchnienie Egiptu

I finał, czwartego dnia, z walizeczkami zaliczyliśmy w końcu bazylikę św. Piotra i poleźliśmy pooglądać panoramę Rzymu.
Ilość ludzi, kolejki, przepychanie się i przeciskanie przypomniały mi, jak bardzo nie lubię być turystą.
Ale ogólnie było bardzo ładnie.

Podróż Życia, Rzym, Bazylika św. Piotra
Bazylika św. Piotra

Podróż Życia, Rzym, plac św. Piotra
plac św. Piotra

Podróż Życia, Rzym, zieleniec papieski

Podróż Życia, Rzym, zieleńce papieskie
zieleńce papieskie

Podróż Życia, Rzym, ściana w kopule bazyliki

Co ciekawe, jak w tym Watykanie patrzyłem na opisy informacyjne zabytków, to widziałem je we wszystkich językach, tylko nie polskim. A przy wszelakich skarbonkach, skrzyneczkach na piniążki opis w języku polskim był bardzo wyeksponowany. Ot, strategiczne myślenie.
Sam handel dewocjonaliami i ich ekspozycja przyjmowała niekiedy komiczne formy. Tę nazwaliśmy „jezuska fazy prenatalne”.
Podróż Życia, Rzym, prenatalne fazy jezuska

Wsio.
Jakby ktoś chciał pozwiedzać, to ładny opis jest tu: http://www.rzym.it/przewodnik/trasy-zwiedzania/cztery-dni-wedlug-borysa/.
Roma pass kosztuje 36€ na 3 dni, 24€ na dwa. Bilet 3-dniowy na komunikację kosztuje 18€, jeden przejazd to 1,5 €. Wstęp do Koloseum to 12€ (za darmo z Roma pass), do Ostia Antica 10€ (też za darmo z Roma pass). Muzeum Watykańskie i Kaplica Sykstyńska to 16€, tutaj, jak ktoś chce, to sugeruję kupić bilet z tydzień wcześniej przez Internet (jest chyba trochę drożej), bazylika św. Piotra jest za free, wyjście na jej kopułę to 6€ za wyjście schodami (521 stopni), 8€ za wyjazd windą + 320 schodów. Windą można zjeżdżać niezależnie od wybranej opcji.
Z lotniska Ciampino można dojechać do stacji metra Laurentina autobusem 720 (odjeżdża z ulicy za wyjazdem z lotniska). Szczegóły, rozkłady są na atac.roma.it.

Aha, większość zdjęć, które tu widzicie, były robione przez NOSFOTOS i mam nadzieję, że tak już zostanie ;)

Buzi!

6 komentarzy