Round The half World. Dzień 8-9. Scottburgh – Durban – Dubaj – Bangkok

Poprzedni odcinek relacji z Round The half World, w którym zwiedzamy Kapsztad, półwysep Przylądkowy i jego słynne przylądki (Cape Point i Dobrej Nadziei), przybijamy piątki z pingwinami w Boulders Beach, próbujemy wyjść na Górę Stołową, a na koniec lecimy do Durbanu, znajdziecie tutaj (klik)!

Durban, RPA

Rekiny

Tak, to dzisiaj. Ten dzień, na który pomysł zrodził się przypadkiem, a który ma się stać punktem kulminacyjnym wycieczki, atrakcją na który wydaliśmy mnóstwo pieniędzy (zakładając, że 1000 zł za 3h przyjemności dla 3 osób to dużo).
Dzisiaj czeka nas opus magnum niniejszego wyjazdu – podwodne safari z najbardziej przerażającym gatunkiem morskich drapieżników.
Będziemy nurkować rekinami.

Rano w stajemy bardzo szybko, już po 4 jesteśmy na nogach. Ogarniamy trochę bety bagażowe, pakujemy się wstępnie, bo chyba nie będzie na to za bardzo czasu później, jak wrócimy.
O dziwo Jandre jest już na nogach! Jak kładliśmy się spać, to on dopiero zasiadał do laptoka. Wychodzi na to, że w ogóle nie spał, albo bardzo niewiele. Pierre jeszcze w wyrku.
Żegnamy się już teraz, bo prawdopodobnie nie zobaczymy się popołudniem. Bez śniadania wsiadamy w samochód.

Scottburgh

Ruszamy na południe. Mamy 45 minut na to, by dotrzeć do oddalonego o 65 km Scottburgha.
Odette, zawiadowczyni biznesu rekinowego i osoba z którą uzgadniałem szczegóły kazała nam być punktualnie o 6.30 u niej.
Na szczęście mamy autostradę. A przy niej, podobnie jak 3 dni wcześniej, budzące się, mimo wczesnej pory, życie przydrogowe.

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

Na miejscu jesteśmy niemalże co do minuty! Ale tylko my. Co prawda przybytek jest otwarty, ale trafiamy na wcześniejszą grupę, która dość mocno się spóźniła i jeszcze nie zdążyła popłynąć. Mają właśnie szkolenie.
I tak, zamiast pospać dłużej, to musimy czekać.

Misja

Ale nie narzekam. Jest co pić, jest co jeść (okazuje się, że pakiet zawiera śniadanie), słońce już przygrzewa. Pracownicy są bardzo mili i kontaktowi, od razu łapiemy miłą konwersację. Odette, która poprzez maile i Whatsappy sprawiała wrażenie dość obcesowej, okazuje się bardzo sympatyczną i konkretną osobą. Rozkręca się mocno, jak zaczyna opowiadać o swojej pracy, o rekinach i o misji, którą, oprócz zarabiania pieniędzy, ten biznes spełnia. Czuć w tym pasję, zdradza, że robi to, co lubi i mimo upierdliwości dnia codziennego, to nie zamieniła by tej pracy na inną.
A misja, faktycznie, jest! Przede wszystkim dlatego, że każdy turysta, po takiej atrakcji wychodzi z innym spojrzeniem na te ryby. Mając możliwość zobaczenia, że nie taki diabeł straszny i, że tak naprawdę, to ze względu na stereotypy rekiny mają dość przesrane ze strony ludzi (dokładnie tak samo, jak wilki), jest szansa, że przewartościowuje swój światopogląd na ten temat.
Drugą ważną rzeczą jest to, że każda taka wycieczka wiąże się z potrzebą skupienia większej ilości drapieżników w jednym miejscu. A się coś takiego robi? „Taś, taś”, czy „kici, kici” nie bardzo działa.

Robi się to żarciem.
Bierze się kosz pełen ryb, trochę jeszcze krwawiących i rekiny, jeśli są w pobliżu szybko przybiegają na darmową wyżerkę.
Teoretycznie i na pierwszy rzut oka jest to zwykłe przechytrzanie drapieżników ku uciesze zebranej gawiedzi.
Ale tak naprawdę, wyrzucając cynizm, jest to bardzo pożyteczna rzecz: dokarmianie. Coś jak paśniki w naszych, polskich lasach. Wśród z ryb, które przypływają na ten darmowy posiłek pojawiają się ciężarne samice, czy osobniki kalekie (ze względu na działalność człowieka) dla nich ten bufet jest niekiedy jedynym sposobem na przeżycie bo np. same z siebie nie są w stanie niczego upolować. Jednym słowem, oprócz tego, że dochodowe, to takie wycieczki są bardzo pożyteczne

RThW, RPA, Blue Wilderness

Szkolenie

Zaraz po tym jak poprzednia grupa w końcu zwija się na plażę, jesteśmy wzięci w obroty my.
Tak, jak ustalaliśmy wcześniej, nie mamy żadnego towarzystwa. Na łódce będziemy tylko my i ekipa. Zażyczyliśmy sobie też dokumentację foto/video – kosztowało nas to stówkę na 3 osoby, myślę, że warto.

Na początek mamy szkolenie. Będziemy pływać bez klatek, więc pomimo wielokrotnie powtarzanego „don’t worry, we’re not on their menu list” trzeba stosować się do pewnych wytycznych, jeśli chcemy, by nic się nie stało nam, czy zwierzętom.
RThW, RPA, Blue Wilderness

RThW, RPA, Blue Wilderness

A więc. Na dzień dobry mamy zestaw uspokajaczy, czyli: bardzo mało jest rekinów ludojadów. Poza tym one atakują ludzi najczęściej dlatego, że mylą nas z fokami. Ludzie nie są w ichnim jadłospisie, poza tym dookoła nas ma pływać mnóstwo martwych sardynek będących naszą konkurencją jako obiad. Ale! to wcale nie oznacza, że taka rybka nie będzie chciała sprawdzić namacalnie, zębami, co jej tam pływa koło nosa. Czyli ważne jest, żeby jej do tego nie prowokować. Ręce mamy trzymać przy sobie, nie zabierać się do głaskania, nie podpływać, nie miziać.
Druga istotna rzecz, to niepanikowanie. Ryby są ponoć bardziej ciekawe nas, niż my ich, co kończy się bliskim podpływaniem, a nieraz nawet i bezpośrednim kontaktem. Bardzo często się zdarza się, że emocje z tym związane powodują u niektórych bardzo nieprzewidywalne reakcje, które nieraz implikują niebezpieczne sytuacje – jesteśmy przecież pod wodą, z kilometr od brzegu, na otwartym oceanie – niekoniecznie związane z zagrożeniem ze strony rekinów. Odette dość mocno uczula na to.
I przeprasza, ale ma tylko jedną tabletkę Aviomarinu (kto pamięta takie proszki na chorobę lokomocyjną?)
Na koniec dostajemy lekcję biologii, de facto całkiem przyjemną.

W końcu, ubrani w ładne jackety wypornościowe pakujemy się do samochodu i jedziemy na plażę.

RThW, RPA, Scottburgh
Mając przed oczami ten widok momentalnie przyszła mi do głowy myśl, żeby po safari poleżeć tu trochę :)

Safari i morski paw

Po drodze spotykamy ekipę, która pływała przed nami. Jeden koleś jest smutny, bo zgubił obrączkę gdzieś po drodze.
Ale poza tym, mówi, jest fajnie, choć niektórzy mają dość kwaśne miny, ponoć buja deko.
Mięczaki!

Już sama przejażdżka łódką jest dla nas zabawą samą w sobie. Szczególnie, że płyniemy dość szybko, a fale nie są bałtyckie.
RThW, RPA, Durban

Na miejscu widzimy parę innych łódek, no i obrazek, który w filmach zawsze zwiastował dużo krwi: trójkątne płetwy wystające ponad powierzchnię wody.
Morda mi się już cieszy!

RThW, RPA, Durban

A potem przychodzi brzemienne w skutkach zakładanie maski i płetw.
Brzemienne, dlatego, że mój błędnik w trzy sekundy dostaje takiego strzała, że kończy się moje dobre samopoczucie.
Wiecie co jest najlepsze na chorobę lokomocyjną? Ja wiem, bo za młodu, przez nią i moje migreny większość podróży pekaesem kończyła się nie do końca chcianym i kontrolowanym wydalaniem zawartości żołądka. Z wiekiem mi to przeszło, nauczyłem się też, że zaczepienie wzroku na jakimś dalekim, co najważniejsze nieruchomym punkcie też potrafi rozwiązać sprawę, do tego też pomocna jest krótka hiperwentylacja.
W tym momencie, będąc w ciasnym jackecie, mając maskę na głowie, na bujającej łódce musiałem zwyczajnie założyć płetwy na stopy. Czyli trzeba się pochylić, doświadczyć dość mocnego ściśnięcia przepony.
Mimo, że od rana piłem w zasadzie jedynie colę, to nagle czuję, że żołądek mam pełny aż po same gardło.
Pierwsza myśl – muszę jak najszybciej do wody. Będzie chłodniej, będę miał większą kontrolę nad ciałem i może będzie mniej bujało.

Nic z tego, nie pomogło. Tzn. pomogło, ale na parę chwil.
Czuję się jakby mi obuchem ktoś walnął w tył głowy – boleć, nie boli, ale jestem otępiały, jakby za grubą warstwą szkła.
Aż sam byłem w ciężkim szoku, że tak źle zareagowałem na byle bujanie, zważywszy na to, że choroba lokomocyjna u mnie odeszła z wiekiem szczenięcym.

Biorę się w końcu za siebie i przez chwilę choć staram się skupić na naszym safari.
A widoki podwodne mamy niesamowite. W kulminacyjnym momencie pływa koło nas, lekko licząc, z 50 rekinów.

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban
Ta rybeńka sekundę później przeszorowała Magdę płetwą

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban
To jest albo najbrzydszy rekin świata, albo jeden z tych kalekich, o których wspominała Odette
RThW, RPA, Durban
Rekin i jego „menu”

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

Faktycznie, było dokładnie tak jak Odette mówiła w kontekście ciekawości zwierząt. Wiele razy zdarzyło się, że widziałem rekina płynącego wprost na mnie, skręcającego w ostatniej chwili. Parę razy poczułem coś dużego, ocierającego się ode mnie, Magda poczuła nawet parę szarpnięć za płetwę, jakby ją coś podgryzało.
Tutaj macie parę zdjęć, żeby Wam uzmysłowić jak blisko nas były zwierzęta – kamera z szerokim obiektywem oddala ;)

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban
Ten osobnik poczochrał mnie trochę płetwą po brzuchu :O

Walczę z samopoczuciem cały czas. Wytrzymuję ze 20 minut. Najpierw jest pierwszy morski paw, potem chwila nadziei, że to ten oczyszczający, wychnięcie na powierzchnię, żeby skupić wzrok na horyzoncie, potem, niestety, drugi paw, a potem przekazuję urządzenie filmujące siostrze, a sam udaję się na pokład łódki, żeby w pozycji horyzontalnej spędzić resztę safari i rejs do brzegu.
Wychodzi na to, że sam jestem mięczakiem..

Zabawne, ale na łódce jest znacznie lepiej. A stały ląd i cola na brzegu magicznie przywracają mnie do życia. Choć czuję, że żołądek mam wywrócony do góry nogami.
Wraca mi też autoironia i śmieję się z siebie do Odette, która przyjeżdża nas odebrać z plaży. O dziwo, ona w ogóle nie podziela mej wesołości, chyba bardziej mi współczuje :)
Dziewczyny są, na szczęście, zadowolone!

Na bazie spotykamy kolegę, który zgubił obrączkę. Dziś chyba bardzo nie jest jego dzień, bo na domiar złego zatrzasnął sobie przypadkiem kluczyki w samochodzie.
Siedzi bez obrączki i w samych slipkach, bo wszystkie rzeczy ma w aucie. Dla Odette też jest to problem, bo nie ma jej jak zapłacić za wycieczkę.
Trochę rozmawiamy z nim, czekając, aż dostaniemy zamówione materiały audio/video – chłopak jest bardzo sympatyczny. Widać, że dostał strzała, ale nie pokazuje tego zupełnie.
Jak wyjeżdżamy godzinę później, to jeszcze siedzi niemal na golasa i czeka na magika od zatrzaśniętych kluczyków. Szkoda go.

Durban

Jest południe. W początkowych planach mieliśmy jazdę do miasta, zwiedzanie, potem powrót do domu, pakowanie się i jazdę na lotnisko.
Zamiast tego jedziemy do domu. Każde z nas ma chyba jakiś kryzys, czujemy przemożną potrzebą odpoczynku.

Na miejscu, nieoczekiwanie dla dwóch stron, spotykamy Pierre. On pracuje w aptece, niedaleko i właśnie ma przerwę obiadową.
Robimy pierwszy seans i pokazujemy mu film i zdjęcia. Myślałem, że nie będzie to dla niego coś ekscytującego, ale okazuje się, że on nigdy nie uczestniczył w tego typu zabawach! Jest zafascynowany tym jak blisko byliśmy koło zwierząt.

Rzut oka

Przed 15. decydujemy, że uciekamy. Pojedziemy jednak do centrum, choć na chwilę.
Samolot mamy po 19., więc zakładamy, że na lotnisku musimy być ok. 17.30.

RThW, RPA, Durban
Westville. Tak wygląda okolica, w której nocowaliśmy

Centrum miasta wygląda zdecydowanie odmiennie od Kapsztadu. Jest zauważalnie brudniej, miasto wygląda dużo bardziej afrykańsko. Co nas uderza, to fakt, że niemal nie widać białych.
Dojeżdżamy do ścisłego centrum, w okolice słynnego parku wodnego uShaka Marine World, gdzie spędzamy dosłownie 10 minut łażąc po plaży.
Ta nie zachęca do łażenia – jest zamknięta, poza tym jest dość brudno i odpychająco.
Ogólnie, w mieście, nie ma za wielu rzeczy do zwiedzania. Główną atrakcją jest własnie rzeczony park i plaże miejskie. To powoduje, że raczej bez żalu wsiadamy w samochód i jedziemy na lotnisko. Wystarcza nam wolna jazda i zwiedzanie miasta z poziomu otwartych szyb.

RThW, RPA, Durban
Centrum Durbanu

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban

RThW, RPA, Durban
Jedna z aren mundialu 2010 – Moses Mabhida Stadium
RThW, RPA, Durban
Prawie jak matatu w Kenii
RThW, RPA, Durban
Durban dość mocno budowami i korkami stoi. Tu droga na lotnisko.

Pożegnanie z Afryką

Przed odlotem czeka nas jeszcze dotankowywanie samochodu, zanim go oddam. Ze zdumieniem stwierdzam, że mały Ford o silniku 1,4 l na pokonanie 225 km potrzebował 20l benzyny!
Chyba coś tu nie gra. Są dwie opcje – albo dostaliśmy auto z niepełnym bakiem, albo coś się w pojeździe rozregulowało.
Drugim problemem jest to, że mieliśmy limit 200 km, zrobiliśmy o 25 więcej. Znając życie, wypożyczalnia będzie chciała jakąś karę dowalić.
Wpadam jednak na pomysł, żeby wygenerować odrobinę hałasu i próbować coś ugrać.
W wypożyczalni, na dzień dobry wyjeżdżam z pretensją, że coś nie tak ze spalaniem, albo mnie oszukano przy wydawaniu samochodu. 3 minuty dyskusji i pani obsługująca przyznaje rację, że coś jest nie tak. Przeprasza. Wspaniałomyślnie proponuję, że nie będę robił im problemów z tego powodu, ale w zamian muszą zaakceptować nadmiarowy kilometraż. Konsultuje to z menadżerem i zgadza się finalnie.
Podsumowując, to jesteśmy na tym stratni, ale unikamy niepotrzebnej biurokracji i kolejnego obciążania karty.

Przy bramce do odprawy jesteśmy jakąś godzinę przed odlotem. Znów okazuje się, że to ostatni dzwonek – w Emiratach wprowadzili sobie zasadę, że zamykają check in na godzinę przed odlotem.
Coś nowego, zwykle jest to 40 minut.
Pytają o Melkę i Jaśka, gdzie są, czy będą. Sprzedajemy starą śpiewkę, że oczywiście dojadą, ale nie wiemy kiedy. Wszystko po to, żeby nikt nam ich miejsc nie zajął.

Udaje się. Mamy całe rzędy dla siebie. Mimo, że samolot jest bardzo pełny. Na szczęście jest duży.
RThW, RPA, Durban

Sam lot, nie licząc zepsutego siedzenia Magdy, który panowie stewardzi próbują naprawić, przebiega bez większych ekscesów. Jedzenie całkiem smaczne (w końcu Emirates), niebo dość mocno zachmurzone, więc kompletnie nic nie widać. Może prócz zachodu słońca.

Żegnaj, Południowa Afryko!

RThW, RPA, Durban

RThW, Emirates

Dubaj

Nad półwyspem Arabskim pojawiamy się niemal 8h później.

Przy podejściu do lądowania pan pilot robi nam miłą niespodziankę czyli parę esów-floresów nad miastem, możemy trochę popodziwiać nocne iluminacje wyrastające z ciemnej pustyni.
Szarzeje, jak dotykamy kołami ziemi.

RThW, Emirates

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

Co chcemy robić w Dubaju?
Do Burj Khalifa nie wejdziemy, bo nas nie stać, to choć pojedziemy pod.
Z takim zamiarem wychodzimy z samolotu.

Piątek w Emiratach

Niestety, bycie w podróży powoduje nieprzywiązywanie uwagi do przyziemnych rzeczy, takich, jak np. data, czy dzień tygodnia. A to ma czasem niebagatelne znaczenie.
Czemu? Bo w Emiratach lądujemy w piątek rano! A to jak nasza niedziela, z tą różnicą, że oni tam są z religią na poważnie.
Oznacza to mniej więcej tyle, że WSZYSTKO jest pozamykane i komunikacja miejska nie działa do co najmniej 10. rano. Czyli, de facto, jesteśmy w dupie.

Jedynym sposobem wyjazdu z lotniska, to taryfa, bo metro nie pracuje. No, ale wszyscy mają ten sam problem co i my. A to oznacza potężny ogonek na postoju taxi.
Poza taksówkami jest też sporo naganiaczy oferujących alternatywny (czyt. inny od oficjalnych taksówek) transport. Pytam o cenę jazdy pod interesującą nas atrakcję – słyszę AED 100 w jedną stronę. 110 zł. O żesz w mordę!
Sprawdzam na mapie – to raptem 10 km.
Próbuję weryfikować koszt samej taksówki, czy opłaca się stać w ogonku – słyszę AED 70. Czyli wyjdzie po 50 zł na osobę za jazdę w dwie strony. Ale nie mamy pewności czy złapiemy samochód z powrotem. Podejrzewam, że jak nikogo na mieście nie ma, bo wszystko pozamykane, to wszyscy taksiarze będą na lotnisku, bo tu jest zapotrzebowanie.
Siostra szuka kawy, my stoimy, palimy i myślimy.

Ale nie byłbym sobą, jakbym nie zaczął dyskutować z naganiaczami. Zaczynają rozmowę od w/w AED 100 w jedną stronę, po 10 minutowej dyskusji staje na tej samej kwocie, z tym, że z jazdą w dwie strony i półgodzinnym postojem na miejscu.
To wydaje mi się kwotą do zaakceptowania.

Najwyższy budynek świata

Myślałem, że pojedziemy zwykłą taksówką, tymczasem zajeżdża po nas luksusowy SUV, który bardziej przypomina mi amerykański krążownik służb typu FBI, niż coś do przewozu osób.
Kierowcą jest dość sympatyczny Hindus – Arabowie dzisiaj nie pracują.
Mówi, że mieszka tutaj już parę lat, że zarabia na rodzinę w Indiach, że po arabsku już gada bezproblemowo i, że ogólnie żyje mu się tu ok, ale jak to na obczyźnie, czyli cały czas czuje, że nie jest u siebie.

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

Po drodze wychodzą małe hocki klocki i niedopowiedzenia, których się spodziewałem – kierowca dostał informację o tym, że mamy samochodem przejechać obok interesującego nas budynku i od razu wrócić. Robi trochę dziwną minę, jak wyprowadzam go z błędu, ale wiezie nas do Souk Al Bahar, centrum handlowego mieszczącego się naprzeciw Burj Khalifa, gdzie może zaparkować za darmo.

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

Wszystkie sklepy w mallu są pozamykane, ale wyjście na taras jest otwarte. Jesteśmy nad „jeziorem” Burj Khalifa, zaraz obok słynnej z niesamowitych przedstawień wodno-muzyczno-świetlnych Dubai Fountain Najwyższy budynek świata mamy po drugiej stronie sadzawki (tak, to zdecydowanie lepsze określenie;)
Teraz najlepsze: jak zmieścić budowlę w całości w jednym kadrze?
Kombinujemy ile wlezie – różne kąty, kadry, nawet Magdzie, z szerokim obiektywem udaje się to tylko po przekątnej.
Najciekawsze efekty daje efekt panoramy w telefonach. Oszczędzę Wam widoków, bośmy na nich deko zdekomponowani ;)
Coś tam, w końcu, wyszło.

RThW, Dubaj, Burj Khalifa

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj, Burj Khalifa

Nasz kierowca jest zafascynowany efektem panoramy! Z ciekawością zerka jak się bawimy, potem prosi o wytłumaczenie i pokazanie jak to działa. I przy tym, uwaga! wyciąga zza pazuchy karteczkę i długopis i skrupulatnie zapisuje instrukcje!
Nie ukrywam, jestem tym faktem trochę zdziwiony. Wielokrotnie otwierałem szerzej oczy jak na niemal końcu świata, w okolicach gdzie nie bardzo była elektryczność i kanalizacja ludzie wyciągali z kieszeni co nowsze smartfony, ale sytuacji zgoła odwrotnej to się nie spodziewałem!

Hindusowi też podoba się, widać, ta wycieczka. Nie pogania nas, nie krzyczy, że musi wracać, mimo, że wydzwaniają go co trzy minuty. Na początku odbiera, potem przestaje i zwyczajnie odbija.
Wracając robi nam krótką rundkę po strzelistym centrum pustego miasta. To miłe z jego strony.
Ruch na ulicy jest szczątkowy, ale parę superfur widać. No i sam Dubaj.

RThW, Dubaj, Burj Khalifa

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

A380-800

Na lotnisku jesteśmy przed 9. Do samolotu mamy 3h. Jest chwila, żeby poszukać i wysłać pocztówki, porozglądać się za okazjami w wolnocłówce, spokojnie zaliczyć kibel i pozwiedzać trochę samo lotnisko.
RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj
A380-800

Sam lot będzie też czymś nowym, bo po raz pierwszy będziemy lecieli największym pasażerskim aeroplanem, Airbusem A380-800. Duży, dwupokładowy, robi wrażenie już przy wejściu.
A jak po wejściu Magda odkrywa, że samolot ma zamontowane zewnętrzne kamery i obraz z nich jest wyświetlany na ekranach w zagłówkach (widać obraz z podwozia, dziobu i skrzydeł maszyny), to odpadam zupełnie. Zapisków nie robię, ale zaczynam się zachowywać jak nasz pan kierowca. Przy starcie to brakuje mi tylko otwartej gęby i strużki śliny z kącika, bo w ekran to wpatrzony jestem jak sroka w gnat.
Boskie.

RThW, Dubaj
Nawet widok dwóch silników robi wrażenie, bez żadnego zbędnego jarania się tematem; są naprawdę ogromne
RThW, Dubaj
I udało się też zobaczyć kawałek kokpitu

Przez okno Dubaj wygląda trochę inaczej niż w nocy.

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Dubaj

RThW, Emirates
Kawałek Pakistanu z wysoka, zaraz przed granicą z Indiami

Lot jest krótszy niż ten z Durbanu.
Jest wygodnie, jedzenie lepsze niż gorsze, niebo bezchmurne niemal do Indii, jedynie minusem jest coraz szybsze puchnięcie nóg. Chyba za dużo latamy ostatnio.

Bangkok

Krótki stop

RThW, Tajlandia, Bangkok

W Bangkoku jesteśmy o czasie, czyli przez 21. lokalnego czasu. Magda zaczyna się trochę źle czuć, więc zanim wychodzimy z lotniska, jeszcze przy okazji odstawszy swoje czekając na pieczątkę w paszporcie, mija dobra godzina.

Miasto wita nas uderzeniem wilgotniejszego niż w RPA gorąca i wyrywkową kontrolą walizek po wyjściu z kontroli paszportowej.

Jest 22., na 5. rano mamy zaplanowany wyjazd do Kambodży. Przed wyjazdem zastanawiałem się, czy bukować hotel na te parę godzin, czy zaoszczędzić i spać na dworcu. Zabukowałem i teraz wiem, że zrobiłem dobrze – jest czas na prysznic i choć chwilę snu.
Czuję się jeszcze trochę niepewnie, bo do noclegowni jedziemy komunikacją miejską, czyli RailLinkiem z lotniska i potem metro pod dworzec kolejowy i nie jestem pewien, czy uda mi się trafić. Szczęśliwie, z GPSem w ręku udaje się to nadzwyczaj sprawnie.

RThW, Tajlandia, Bangkok

W metro mamy małą zagwozdkę – spieramy się chwilę czy naprzeciwko nas siedzi parka o odmiennych czy tych samych płciach. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to pierwsze, ale im dłużej lustruję, tym bardziej skłaniam się ku drugiemu. Gruba warstwa makijażu, ostre rysy, dość męska budowa ciała, wszytko za tym przemawia i chyba udaje mi się nawet dziewczyny przekonać do tego.
Co Wy myślicie?

RThW, Tajlandia, Bangkok

W hotelu czeka mnie mała i raczej niemiła niespodzianka. Wiedziałem, że korzystanie z karty bankomatowej w Tajlandii jest nie do końca korzystne, bo każde wybranie pieniędzy obłożone jest haraczem. Ale tu okazuje się, że oprócz tego płaci się także za transakcje bezgotówkowe. Czyli jak chcę zapłacić kartą, to też trzeba uiścić prowizję. W naszym przypadku finalna cena noclegu wzrasta o 2%. Niby nie dużo, ale 2% tu, 2% tam i robi się z tego już sumka.

Próbuję się dogadać z panią recepcjonistką w kontekście rannego pociągu do granicy kambodżańskiej, ale pani ma tak duży problem z angielskim, że nawet translator nie pomaga.

RThW, Tajlandia, Bangkok

Decydujemy dlatego, że przed snem zrobimy sobie z Magdą spacerek na dworzec, by rozeznać sytuację, może nawet kupić bilety.

Na dworcu kolejna niespodzianka – jest zamknięty od północy do 4. rano. Niedobrze, bo nie wiem o której dokładnie pociąg odchodzi. Obchodzimy stację dookoła i znajdujemy otwarte „biuro podróży”, czyli miejscówkę z napisanym „tickets” na szybie. Trochę na migi, trochę po angielsku panie stamtąd mówią nam, że pociąg jak najbardziej kursuje i wyjeżdża o 5. Bilety można kupić w kasie.
To dobra wiadomość.

Korzystam jeszcze z okazji, że w okolicy są otwarte jadłodajnie i biorę Magdę na pad thai. Dwaj Niemcy, piwkujący w jednej z nich wołają nas do siebie, żeby się dosiąść. Okazuje się, że to motocykliści, więc miło spędzamy kolejną godzinę.

Kończymy koło 1. w nocy. Zostaje 3h na prysznic i sen na skrzypiącym łóżku.

RThW, Tajlandia, Bangkok

W następnym odcinku (klik) udajemy się pociągiem (trzecią klasą) do granicy z Kambodżą, następnie tę granicę przekraczamy na pieszo i jedziemy do Siem Reap by zwiedzić kambodżański symbol, kompleks świątyń Angkor.

P.S. Tradycyjnie, papieżowi, co papieskie: zdjęcia dostarczyli wszyscy obecni na wycieczce, czyli NOSFOTOS mej najukochańszej i ma rodzona siostra (link do jej Instagrama).
Dodatkowo, część zdjęć jest autorstwa ekipy z Blue Wilderness, ale z racji tego, że te zdjęcia kupiliśmy, to copyrightsy nie obowiązują; wymieniam ich z czystej przyzwoitości ;)

2 komentarze