Jordania. Dzień 4. Petra

Poprzedni odcinek, a w nim o tym jak wygląda poranek na pustyni po imprezowym wieczorze, co można robić w Wadi Rum, o turystycznej uczciwości, o King’s Highway i przedsmaku Petry, znajdziecie tutaj (klik)!

Nie tak dawno czytałem na jakimś blogu wpis dotyczący Jordanii. Autorka pisała o tym, jak tworząc założenia swoich postów ustalała sobie limity zdjęć, które będzie dołączała do pojedynczego wpisu. I jak zakładając, powiedzmy, 10 zdjęć na jeden artykulik, przy Jordanii musiała całkowicie odpuścić to ograniczenie. Dlaczego? Bo przy pisaniu o Jordanii zwyczajnie się nie da inaczej. Tutaj jest tyle bodźców wzrokowych, tyle rzeczy, które człowiek chce uwiecznić jako zdjęcie, o których potem chce opowiedzieć, że głowa mała. Momentalnie stanęły mi przed oczami dylematy które miałem kiedyś i które mam teraz w kontekście tego serwisu: kiedyś, jak wrzuciłem 10 zdjęć na jeden wpis, to było coś! A teraz? Trzecia część jordańskich wypocin zawiera ich bodajże 45.
Do tego posta mam już wybranych i obrobionych ze 30 zdjęć, a doszedłem może do połowy selekcji w gąszczu 1500 fotek, które zrobiliśmy tego dnia…

Jordania, Wadi Musa

Dzień rozpoczął Karol. Bidak nie ma spania i już o 6. rano, jako pierwszy zlazł z wyra do porannych ablucji (chyba;).

Pomni tego, że zwykle nikomu się nie spieszyło, nie goniliśmy. Wstaliśmy sobie spokojnie o 7.30 – choć i tak byliśmy szybsi od Tytusa.
I jakież było nasze zdziwienie po zejściu na dół, na śniadanie, gdy okazało się, że jesteśmy ostatni (choć przed Tytusem)! Wszyscy się zawzięli i wstali o umówionej porze. Tym razem to na nas padło odium tych, co się obijają i każą grupie na siebie czekać.

Śniadań nie dają tutaj za wystawnych. Za 3 JOD liczyłem na więcej, szczerze mówiąc. Jedzenia na stole było sporo, bo nałożyli na 8 osób, ale jak się podzieliło, to na osobę wychodziło JEDNO jajko, pół miseczki hummusu, parę plasterków pomidora, ogórka, mały dżem, serek i herbata. Do tego pieczywo w postaci placków chlebowych.
Na zrobienie z tego kanapek na drogę nie było szans. Na szczęście z wczoraj mieliśmy jeszcze ze dwie kanapki z falafelem, trzymane w „lodówce” – czyli za oknem. To miało nam wystarczyć za petrowy prowiant.

Po śniadaniu Bartek i spółka zakomunikowali nam, że zdecydowali się jednak wracać do Aqaby. Wymeldowują się dzisiaj, zwiedzają Petrę i jadą wieczorem na południe. Nie zależy im na jechaniu na północ – poza Wadi Rum, to Petra jest w zasadzie ich głównym celem w Jordanii. Chcą też posiedzieć parę dni w Izraelu – pojechać do Jerozolimy, Betlejem. W sumie, to ich rozumiem – nie mają w zanadrzu tygodnia w kwietniu w Izraelu tak jak my i muszą dzielić obecny pobyt tak, by ogarnąć jak najwięcej. Będąc na ich miejscu robiłbym pewnie dokładnie to samo.
Minusem dla nas jest wynikająca z tego trochę kłopotliwa sytuacja mieszkaniowa na najbliższą noc – zostajemy w pięcioro, więc mamy nadkomplet albo niepełny komplet, w zależności od ułożenia pokojowego. Rozpoczęta w celu rozwiązania problemu dyskusja z hotelarzami niestety niewiele daje – na początku mamy mocną wymianę zdań, bo chcą byśmy płacili za 6 osób (2 pokoje: 4 + 2 os.), gdyż inaczej, wg nich, nie da rady nas rozdzielić. Na co się, oczywiście, nie zgadzamy. Po naszej kontrze nagle robi się „wszystko będzie dobrze, nie przejmujcie się, idźcie, zwiedzajcie, jak wrócicie wszystko będzie ok” – z doświadczenia wiemy, że takie coś zwykle nie oznacza nic więcej, jak odłożenie dyskusji na późniejszy termin. No trudno, podejrzewam przeprawę.
Chłopaki wymeldowują się ze swoich pokojów, Kuba, który spał z Bartkiem wrzuca bagaże do nas.

Dyskusje i zbieranie się spowodowały, że nasze ranne spóźnienie nie miało większego znaczenia. Na szczęście. Wyjechaliśmy z hotelu po 9. Miałem jednak jakieś dziwne przeświadczenie, że braknie nam czasu na zwiedzenie wszystkiego.

Nic, zostawiamy wszystko za nami, jedziemy do Petry.

Petra

Nie dało się, oczywiście, rady dojechać bez przystanku – po drodze musieliśmy ze dwa razy zapytać od drogę. To już staje się tradycją, że w ichnich miastach gubię trasę, głównie ze względu na arabską miłość do ulic jednokierunkowych. Już niemalże widać cel, GPS pokazuje 200 metrów do końca, a tu nagle wyskakuje zakaz wjazdu, czy skrętu i już człowieka szlag trafia. Jeśli ktoś miał przyjemność pojeździć po centrum Wrocławia nie znając miasta, to będzie wiedział, o czym mówię.

W końcu zajeżdżamy pod petrowe Visitor Centre. Wygląda amerykańsko. Są ładne parkingi, wyasfaltowane, o dziwno niepłatne, panowie stojący przy pokazują gdzie wjechać i nie chcą żadnych pieniędzy za to – no nie wierzę ;)
Panowie pokazują nam też ładnie drogę do wejścia. I dalej nie chcą pieniędzy. Do czasu..

Bileciki i przeboje

Do czasu, aż nie stajemy przed kasą.
50 JOD. Tyle kosztuje wejście do Petry. Od osoby. 290 przeliczając na polskie złotówki.
Wiedzieliśmy o tym wcześniej, ale wyciągnięcie takiej kasy z kieszeni za wejście zawsze boli.

I nie byłoby dnia, gdybyśmy nie mieli przygody w typowo arabskim stylu.
Przy kupowaniu biletu zapytałem w kasie o ceny przewodnika, jakbyśmy chcieli wziąć. 50 JOD, tyle samo co wejście, z tym, że nie ma znaczenia ile osób będzie ten przewodnik oprowadzał. To i tak bez znaczenia dla nas, bo nikt nie zamierzał wydawać takiej kasy.
Z wejściówkami w ręku mieliśmy się udać do innego stanowiska w Visitor Centre, żeby się zarejestrować (taki chyba mają zwyczaj, bo robiliśmy to w Wadi Rum, trzeba też i tu). Nie jest to szczegółowa rejestracja z imienia i nazwiska, po prostu jedna osoba podpisuje się i pisze ile osób wchodzi. Tym razem robił to Bartek.
Cieć siedzący za biureczkiem, zobaczywszy, że wpisane jest 8 osób, mówi, że musimy wziąć przewodnika. Odpowiadam, że nie chcemy wziąć przewodnika. Koleś na to, że musimy, bo jest nas 8 osób, więc jesteśmy grupą zorganizowaną i musimy mieć przewodnika.
Momentalnie przypomina mi się sytuacja na granicy i dyskusja z policją turystyczną próbującą w nas wmusić taką usługę i dokładnie w tej samej chwili ciśnienie skacze mi niebezpiecznie wysoko.
Odpowiadam dobitnie, że nic nie musimy. Nie chce mi się tłumaczyć po raz kolejny specyfiki naszej grupy, bo i tak będzie wyglądało, jakbyśmy kombinowali, a tu, jak dla mnie, ewidentnie szukają jeleni.
Koleś ciśnie dalej i po krótkiej wymianie zdań krzyczy, że zaraz zadzwoni po policję. Dzwoń, mówię, na co czekasz?
Cieć zaczyna coś tam gmerać przy telefonie, więc odwracam się na pięcie i idę w stronę wyjścia z budynku, przy okazji wołając resztę.
Z tyłu słyszę „ej, mister, you must wait here!”. „Okej, okej”, oczywiście, że poczekam – krzyczę, jednocześnie zamykając za sobą drzwi wyjściowe.
Ciśnienie znów mam podniesione, czemu oni tak cały czas chcą zrobić człowieka na kasę?

Zanim zwiedzisz, kup!

A na zewnątrz? Same sklepy z pamiątkami. Czyli kolejny sposób na wyciąganie kasy z turystów. Jeszcze się wejścia nie przeszło, a już można wydać pensję.

Petra, Visitor Centre
Visitor Centre i od razu centrum pamiątkowe

Królują wszelkiego rodzaju szmatki, arafatki, okulary słoneczne i kartki pocztowe. Nas, na tę chwilę interesują kartki, jako, że mamy zwyczaj wysyłania ich z każdego miejsca w którym jesteśmy (i w którym kartki można dostać, a co nie jest takie oczywiste, patrząc na niedobory w Mongolii, czy Rosji) do rodziny i najbliższych znajomych.
Niestety, 5 kartek za 1 JOD nie jest ceną zachęcającą. Jest drogo. Mamy mały zgryz, bo kartek w tej Jordanii to za bardzo nie widać na ulicach – kupować, czy nie? Ale, w sumie i tak będziemy tędy wracali, więc mamy czas do namysłu.

Wejście do ruin jest jeszcze dość „amerykańskie”,

Petra, wejście

ale zaraz za bramkami jest już tak, jak powinno być. Klimat na pewno czuć.

Petra, wejście

Lekcja historii

Przydałoby się teraz powiedzieć co nieco o tym miejscu.
Większość z Was może kojarzyć Petrę, a konkretnie al-Chazna, budynek znany pod nazwą Skarbiec Faraona, jako miejscówkę Graala z kultowej Ostatniej Krucjaty Indiany Jonesa. Nieznający Indy’ego, a lubiący X muzę, mogli jeszcze zobaczyć ten charakterystyczny widok w sequelach takich szmatławców jak Transformers (Zemsta Upadłych) i Mumia (Mumia Powraca).
Moje skojarzenie, o czym Wam pisałem na początku, wynika z innego połykacza czasu, jakim są gry komputerowe, konkretnie Civ 5. Podejrzewam, że w kontekście Petry, dość niszowego (bo kto zna Petrę akurat z tej gry?).
W każdym razie, są to ponad 2,5-tysiącletnie ruiny starożytnej stolicy kraju Nabatea. Bardzo charakterystyczne, ze względu na wyrzeźbione, wydrążone w skałach wizerunki antycznych, bardzo przypominających rzymskie, czy greckie, budowli. Co jest dość ciekawe, zważywszy na fakt, że mieszkańcy byli beduinami.
Co do pochodzenia mieszkańców, Nabatejczyków, to zdania są podzielone i dość mocno dyskutowane jest czy byli to Semici, czy Arabowie – niektóre argumenty dostarczane są przez Stary Testament, a więc ich prawdziwość jest tylko trochę większa od faktów wróżbity Macieja.
Ludzie mieszkali w tym miejscu podobno już w zamierzchłych, prehistorycznych czasach, udokumentowanie od IV w. p.n.e. Było to dość strategiczne miejsce z kilku powodów: w okolicy płynęła rzeka, okresowa, ale zawsze, miasto powstało w dolinie otoczonej skałami, stąd trudno było je zdobyć i było na skrzyżowaniu szlaków handlowych z Indii do Egiptu. Czyli było co pić, było bezpiecznie i była kasa. W szczytowym okresie świetności mieszkało tam niemal 40 tysięcy osób, czyli tyle, co np. w Sopocie.
To wszystko wystarczyło Nabatejczykom na ok. 500 lat, potem przenieśli stolicę gdzie indziej i zostali wchłonięci przez Rzymian. W zasadzie to podbici, niemal bez oporu.
Miasto powoli upadało, do czego przyczynili się muzułmanie, pustosząc je kilkukrotnie w średniowieczu, a swoje trzy grosze dodały silne trzęsienia ziemi z IV i VI wieku.
Obecnie miasto należy do 7 nowożytnych cudów świata, jest też wpisane na listę UNESCO.
Tyle historii.

Jak nie wydałeś wcześniej, to wydaj teraz

Nas ta historia przywitała panami z wierzchowcami różnej maści – od osłów, przez konie, do wielbłądów, za „niewielką kwotę” oferujących przejazd do.. no właśnie, nie wiadomo było gdzie. Ważne, że w naszym kierunku.
Nie z samego faktu niechęci do chodzenia, ale nagle bardzo mocno zapragnąłem przewieźć się na koniu. Taki mały kaprys. Panowie byli bardzo chętnie i za 4 osoby zgodzili się wziąć 12 JOD, choć startowali z trzy razy większej kwoty. A tylko za cztery osoby, bo Karol postanowił towarzyszyć koniom w wędrówce, a Leszki i spółka zostali z tyłu.
Konie zabiedzone nie były, my dużo nie ważymy, na chwilę przestałem centusiować.
Kawalkada wyglądała momentami zabawnie.

Petra

Przy okazji okazało się, że Tytus, skubaniec, ma trochę doświadczenia w jeździe konnej.
Wierzchowiec był tak szczęśliwy, że ktoś kumaty w końcu go dosiadł, że zapozował do zdjęcia. Ot, napatrzył się na tych turystów, to i poszedł z duchem czasu.

Petra

Od panów na osiołkach i konikach nie dane też nam było wytchnąć podczas przejażdżki. Jak widać to, że wydałem parę dinarów na jazdę nie oznacza dla nich, że tej kasy już nie mam, tylko, że na pewno chcę wydać więcej. Możemy dojechać wierzchem wszędzie, na wszystko jest „gudda prajs for ju maj frend”. Dojazd do al-Chazna i potem do grobowców – 20 JOD, jazda na osiołku do klasztoru Ad-Dajr – dwa razy więcej. Kto ma kasę, każe męczyć się zwierzętom.

Trasa na koniach trwała całe 10 minut. Skończyła się przed wejściem do słynnego wąwozu Siq.

I dokup jeszcze tutaj!

Ale zanim do niego jeszcze weszliśmy, znów zostaliśmy zaatakowani, tym razem przez dzieci z kartkami pocztowymi.
Kuźwa, jak te, na oko, 5-6 latki się targowały! Jak starzy wyjadacze! Ja się boję, co z nich będzie za 15 lat!
Przychodzi takie umorusane, zasmarkane, wzbudzające litość z harmonijką pocztówek schowanych pod zakurzoną folia i z błagalnym wzrokiem mówi – kup pan kartkę! Litujesz się nad takim, myślisz, dam mu dinara za zestaw i jakąś inną monetę na chusteczki do nosa i pytasz – po ile?
– 5 JOD! – jeb, dostajesz strzała w ryj. I to takiego, że wmurowuje cię to od razu. A potem wybuchasz perlistym śmiechem, bo chłopak mówi najzupełniej serio! I stara się za wszelką cenę wyglądać jak dorosły, aż tryska z niego ta chęć zaimponowania. Głosik twardy, mocno, postawa harda, typowa „co ty mi tu?”, mimo, że sięga ci do pasa. I nie opuszcza cię, jak bez słowa, zanosząc się śmiechem idziesz dalej.
Ubijamy w końcu interes. Dostaję jedną harmonijkę kartek, w sumie 14 ich tam jest i płacę 1 JOD. Nie muszę ich już zatem szukać przy wyjściu.

Petra

No, to jak kupiłem u jednego, to opadły mnie inne dzieci. Zgodnie z zasadą – kupiłeś jedno, kupisz więcej! Każde z plikiem kolejnych harmonijek. Uff..
Wymyśliłem sobie sposób – zacząłem im proponować wymianę moich kartek na kartki ichnie. Nie kumając za dużo z tego co mówię, za każdym razem są bardzo zainteresowane moja propozycja i oczy im się bardzo świecą, jak sięgam do kieszeni po swoją harmonijkę. Po czym następuje moment wielkiego rozczarowania, jak w końcu łapią o co chodzi.

Petra

Efekt osiągałem, mogłem się skupić na

As-Siq

As-Siq

As-Siq

As-Siq

Co jakiś czas wymiją nas szaleńcy wiozący tych, którym się nie chciało iść na nogach. Jak i w jedną, tak i w drugą stronę.

As-Siq

As-Siq

W pewnym momencie mijamy skromnie ubranego staruszka siedzącego pod skałą. Miotła, szufelka, kubeł wskazują na to, że odpoczywa przy pracy. Długo nie myśląc siadam do niego na dwa słowa. Niestety, nie jest rozmowny – choć zdjęcie zatem zrobimy, bo mu dobrze z twarzy patrzy.

Wstaję od zdjęcia i co widzę? Wyciągniętą rękę. No tak, trzeba dać bakszysz. Macam w kieszeni jakąś monetę, daje mu do ręki – niestety, mało! Pokazuję, że nie mam więcej – koleś wskazuje na mojego papierosa.
O, tuś mi bratku! – przychodzi mi do głowy pomysł. Proszę Magdę o jednego z jej skrętów, przez które miała takie trzepanie na granicy z Jordanią. Magda go wyciąga, wręcza panu śmieciarzowi, a ja widzę, jak mu się oczy ze zdumienia robią jak pięć złotych. Zostawiamy go w tym błogim przeświadczeniu, że dostał coś nielegalnego i drogiego.

Turystów zaczyna być coraz więcej. Na szczęście idą w grupkach, także manewrując tempem udaje nam się unikać nadmiernego ruchu.

Al-Chazna, czyli Skarbiec Faraona

Paręset metrów dalej moim oczom ukazuje się znajomy widok, na który tyle czekałem.

Petra - skarbiec

Dlaczego znajomy? Ano dlatego:

Petra - skarbiec
Kadr z Petrą w Civilization V

Okazuje się, że komputerowa grafika jednak trochę kłamie. W tle, pomiędzy końcem tunelu, a samym skarbcem, wydaje się być bardzo duża przestrzeń, pełna ludzi, zwierząt, jawiąca się niczym ogrody Hesperyd po długiej podróży przez pustynię. Tak naprawdę, to miejsca nie ma tam za dużo. To raptem kilkadziesiąt metrów wolnego miejsca wzdłuż, wszerz trochę więcej.

Petra - skarbiec

Widoki przepiękne, ale jeśli chodzi o turystyczność, to mamy dramat. Mnóstwo ludzi, harmider, turyści, fotki, sticki, normalnie czwartek wczesnym popołudniem w moim rodzinnym Dynowie, jak cotygodniowy bazar kończył się na placu koło PKSu.

Petra - skarbiec

Petra - skarbiec

Dopiero teraz czas na prawdziwy biznes!

Jeszcze nie zdążyłem zdjęcia jednego zrobić, gdy, jak na dobrym bazarze, momentalnie dopadają mnie sprzedawcy. Tym razem już nie dzieci, a starsi goście.
Co mają? Biżuterię. No, powiedzmy. Jakieś naszyjniki i bransoletki.
Bransoletki się świecą, wyglądają z daleka sensownie. Pytam o cenę. Słyszę od razu „to srebrne! 1 dinar!” i jak koleś widzi, że przykuł mą uwagę, szybko dorzuca „za gram!”
Rozbraja mnie momentalnie, prycham śmiechem. Biorę bransoletkę do ręki – uhmm, no tak, samo srebro, czystość 100% :)
– To ile tu jest gramów? – pytam z rozbawieniem.
– Cztery – słyszę.
No tak, bransoletka 4 JOD. Biorę, ważę w ręku, myślę, myślę i mówię – dam ci 2 JOD za 4 sztuki.
– 2 bransoletki za 4 JOD – targuje się w odpowiedzi.
– No way – oddaję błyskotki i idę zdjęcia robić.
Koleś leci za mną.
– 2 za 3 JOD!
– Nie – mówię – nie ma opcji, 2 JOD za 4 sztuki to moja ostateczna cena, z resztą nie mam więcej drobnych.
Koleś krzyczy, że nikt mi nie da takiej ceny.
– Założymy się? – pytam
– Założymy! Jak ci ktoś da, to ja ci dam te moje cztery bransoletki za darmo!
– Deal! – kwituję. I w końcu odchodzę do zdjęć.

Niedoczekanie moje. Koleś leci za mną.
– Dobra, 4 bransoletki za 2 JOD!
Zadowolony sięgam po pieniądze.
Pół minuty po transakcji otaczają mnie kolejni sprzedawcy wymachujący bransoletkami.
– Ile? – pytam jednego.
– 1 JOD za 3.
Brechtam się, w duchu, na całego. Biorę kolejne 3 błyskotki.
Widzę kątem oka, że podchodzi mój poprzedni kontrahent. Śmieję się do niego i mówię, że powinien mi oddać bransoletki za darmo, bo znalazłem tańsze. Obecny sprzedawca, słysząc to strasznie się obrusza i grozi, że nie będzie sprzedawał, że mam głośno nie mówić po ile kupiłem. Podejrzewam, że między sobą mają jakiś oficjalny, powiedzmy, układ cenowy, żeby nie schodzić za nisko z ceną turystom, ale po cichu, jak widać, własny interes jest ważniejszy niż dobro ogółu. Zamykam się i zostaję z siedmioma bransoletkami.

Chwila spokoju

W końcu można trochę się porozglądać i zrobić ze dwa zdjęcia. Magda, zamiast się targować, właśnie za to się zabrała.
Harmider i dużo wszystkiego też czasem są plusami dla fotografa.

„Petra

„Petra

„Petra

„Petra

„Petra

„Petra

„Petra

„Petra

Przed wyjazdem, jak szukałem informacji nt. Petry, widziałem ładne zdjęcia skarbca robione z góry. Też chciałbym mieć takie! Rozglądam się dookoła, zdjęcie prawdopodobnie można zrobić z wierzchołka klifu, ale niestety nigdzie nie widać żadnej ścieżki do wyjścia na górę. Ściany są dość strome i są zakazy wychodzenia po nich. Pytam paru chłopaków od wielbłądów i osłów, jak się tam dostać. Mówią, że jest droga i mogą mnie zawieźć na osiołku tam. Jak pytam jak dojść, już mają coś innego do roboty.
W końcu znajduje się jeden bardziej rozmowny i tłumaczy, że jest droga, tylko zajmuje to do 2h i jest dość żmudne. Trzeba iść do „centrum” Petry, za grobowcami skręcić w prawo i iść w górę.
Patrzę na zegarek, jest 12. Może zdążymy.

Idziemy dalej, bo to dopiero początek zwiedzania. Kierujemy się w stronę głównej ulicy miasta, idziemy wzdłuż Aleji Fasadowej.
Wraz z tłumem turystów, wielbłądów i poganiaczy.

Petra
Aleja Fasadowa
Petra
Aleja Fasadowa

Wszyscy turyści, łącznie z nami strzelają miliony zdjęć, co 2 minuty podjeżdża lokales na osiołku i proponuje podwózkę gdzieś tam; na skraju traktu można kupić milion pamiątek typu bransoletki, arafatki, są nawet bary z lodami i darmowym Wi-Fi. Prawie jak Krupówki.

Petra

Petra

Petra

Jarek wynajął wielbłądy i kręci video.

Petra

Po drodze mijamy słynny, wykuty w skale teatr. Podobno, w czasach jego „życia” potrafił pomieścić od 4000 do 10000 widzów. Co źródło informacji, to inna wartość.

Petra, teatr
Teatr nabatejski

Co śmieszne, mimo, że wygląda jak rzymski, został zbudowany przez nomadów, zanim Rzymianie przejęli miasto.
Zupełnie nie robi na mnie wrażenia. Może dlatego, że schowany, wciśnięty w skały.
Mijam bez zatrzymywania. 

Grobowce Królewskie

Dochodzimy w końcu do głównego placu. Po prawej widać Grobowce Królewskie, po lewej potężną ulicę kolumnową z zestawem zabytków.

Petra, Groby Królewskie
Groby Królewskie
Petra, centrum
„centrum” Petry

Grobowce (Urny, Jedwabny, Koryncki, Pałacowy) robią solidne wrażenie. Idziemy w ich kierunku, bo to po drodze do ścieżki na klif, do oglądania Skarbca: trzeba za grobami skręcić w prawo. Cały czas mam na to chęć, pomimo pojawiających się nieśmiało wątpliwości czy się wyrobimy.

Nasza wycieczka podzieliła się na podgrupy ze swobodnym przepływem członków. Oznacza to tyle, że raz idziemy z Karolem, raz z Tytusem, raz z Kubą, czasami mignie Bartek, czy Leszek. Niezależnie od siebie, natomiast, azymut wszyscy mamy taki sam.
Żeby się dostać do grobów, trzeba wyjść do góry, przez turystyczną ścieżkę męki: krętą dróżkę, ze schodami lub bez, ograniczoną z dwóch stron straganami z pamiątkami. Czyli nie dość, że do góry, to jeszcze z milionem pokus zostawienia pieniędzy.

Petra

Petra

Petra

Tytus z Bartkiem chodzą w niedawno zakupionych kefijach, zwanych arafatkami. Są nieświadomymi nośnikami reklamy, bo czuję, że im więcej się patrze na nich, tym bardziej mam chęć do nich dołączyć i kupić podobną.
Próbuję to uskutecznić w jednym z mijanych straganów.
Akurat trafiamy na starszawą panią, władającą dobrym angielskim i mającą ochotę dyskutować. Rozglądanie zaczynam od standardowego „drogo tu” i przechodzę do dyskusji nt. cen. Oczywiście pani się burzy bardzo i mówi, że ma super niskie ceny, np. bransoletki po 2 JOD, czy chusty za 5 JOD. Gdy dajemy Tytusa za przykład, mówiąc, że kupił swoją chustę za 3 dinary, a my świecidełka za niecałe pół, pani idzie w dość niespodziewaną stronę ze swoją ripostą: otóż nasz towar to zwykły szajs i tania chińska podróbka, a jej jest najlepszy, oryginalny i najwyższej próby. Mało ważne, że różnicy nie ma żadnej ;)
Naszym celem jest kupienie 3 chust za 9 JOD. Nie udaje się. Siedzimy u niej z 10 minut, ale nie dobijamy targu. A jak zrezygnowaliśmy z zakupu, to na do widzenia dostajemy wiązankę po arabsku. Trudno.

Z bliska te grobowce nie wyglądają już tak urzekająco, jak z daleka. A środek to po prostu wydrążone groty.
Idziemy wzdłuż nich, ja cały czas w kierunku skrętu w prawo za grobowcami.

Petra, Grób Pałacowy
Grób Pałacowy
Petra, Grób Urny
Grób Urny

W międzyczasie mijamy namioto-stragany lokalesów, z tym, że już z mniejszą ilością pamiątek, a z większą ilością ludzi. Siedzących w środku, przy palenisku, pijących herbatę.
W jednym z nich zapraszają nas do środka, częstując naparem. Jarek korzysta z sytuacji i prosi ich o możliwość nagrania video – siada z nimi, tłumaczy o co chodzi w kawałku, po czym zaczyna śpiewać pod muzę z komórki. Bartek kręci.
Tego ujęcia mu naprawdę zazdroszczę, bo już widzę, jakiego klimatu nada to klipowi. Ok, ujęcia górek, pustyni, wielbłądów można zrobić wszędzie na tej wycieczce, Ale sfilmować to siedząc przy palenisku ze starymi Jordankami, pijąc herbatę i gibając się z nimi do rytmu, to już jest coś!

Petra

Ad-Dajr (Klasztor)

Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie rozpoczyna się ścieżka na górę. Rzucam na forum co chciałbym robić – zastanawiam się, czy lepiej teraz wyjść na górę, na klif, a potem iść w stronę klasztoru, czy na odwrót. Bartek przekonuje, że lepiej wybrać drugą opcję. Czyli klasztor.
No to idziemy tam.

Mijamy główny deptak bokiem, trochę łazimy po górkach. Powiem Wam, że ma to swój urok, można przez chwilę poczuć się jak gdzieś daleko od cywilizacji. Szczególnie, że można takie widoki łapać, jak wyłapała Magda.

Petra, Groby Królewskie
Grób Urny

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra

Zaczynam się irytować, bo mój chiński sprzęt filmująco-zdjęciowy zaczyna stroić fochy i odmawia posłuszeństwa. Objawia się to zwiechą przy każdej próbie zrobienia zdjęcia. Sprawdzam to i testuję dobre 15 minut, a przy okazji odkrywam, że kilka ostatnich zdjęć szlag trafił. Niemiłe to, bo szerokiego kąta używam rzadko, a zdjęcia, które straciłem były z rodzaju tych fajnych.
Trudno. Trzeba będzie pozostać przy fotkach z komórki.

Mijamy po drodze Wielką Świątynie i Kasr al-Bint, czyli Pałac Córki Faraona. A w zasadzie ich resztki.

Petra, Grand Temple, al-Kasr

Do klasztoru Ad-Dajr idzie się pod górę. I idzie się długo. Nie jest to jakoś wybitnie trudna droga, ale jest parę kilometrów, cały czas pod górę. Można się zmęczyć.
Kto nie chciał się przypadkiem spocić, mógł skorzystać z usług panów podjeżdżających na osiołkach pod ciebie i rzucających głośne „dontkraj?”
Dziwiła mnie ta odezwa strasznie, bo nie sądziłem, żeby wszyscy byli fanami ganzezrołzes i bliski byłem popełnienia buńczucznej odpowiedzi „men dont kraj!”, ale w porę opamiętałem się i zajarzyłem, że to „dontkraj” to tak naprawdę „donki rajd”. Hehe.
Więc ci, co chcieli zachować siły na podziwianie widoków musieli wysupłać ok. 7 JOD za jazdę do góry na ośle.

Petra

Ludzi jest dużo. Momentami droga pod górę staje się męcząca, jak jakaś grupka idzie całą szerokością, swoim, wolnym tempem i nie ma jak ich wyprzedzić.
Widoki trochę rekompensują. Momentami prześlicznie widać północną ścianę miasta, z Grobami Królewskimi.

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra

Zdaję sobie sprawę, że klifów już dzisiaj nie zrobimy, więc odpuszczam. Koncentruję się na wyjściu do góry.

Cała droga w górę trwa trochę mniej niż godzinę. A wejście pod i sam klasztor Ad-Dajr jest fantastyczne!
Wielka skała, wykuta fasada, dość podobna do skarbca, ale większa, niewiele ludzi (nie doszli?). Z tyłu oczywiście bar, ale przy barze są fantastyczne pufy, na których można się wyłożyć i oglądać!
Słońce mamy idealne, świeci wprost zza nas.

Petra, Ad-Dajr

Petra, Ad-Dajr

Petra, Ad-Dajr
Klasztor Ad-Dajr

I koty. Mnóstwo kotów.

Petra, Ad-Dajr

Tak w ogóle, to zwierzęta w Petrze zasługują na odrębny wpis. Oprócz koni, wielbłądów i osłów, które na siebie zarabiają, jest od groma kotów i psów. I to nie są bezdomne zwierzaki, w zasadzie wszystkie się łaszą, dają głaskać, koty, to niemal wychodzą na ciebie. Zwierzaki nie są zabiedzone, nikt ich nie przegania, nie bije, jedzenie mają, miłe to.

Petra

Petra

Petra

Petra

Petra
Anarchy in Petra

A Jarek co? Kręci video ;)

Petra

Żeby nie było: to nie jest tak, że on nic innego nie robi, tylko kręci. Po prostu, jak inni wykorzystują przerwę na fajka, komórkę, etc, to wyciąga sprzęt i nagrywa swoje. I pięknie! Ja już wiem, że klip wyjdzie zajebisty!

Przystanek na pufach jest długi. Jest bardzo przyjemnie, więc nikt się nie śpieszy.

Najlepsze jest to, że to jeszcze nie koniec! Za nami są

najlepsze punkty widokowe na świecie!

Petra

Petra

Wychodzi na to, że jesteśmy na zachodnim krańcu masywu, w którym jest Petra. Widać drogowskazy na 4 miejsca, wybieramy jedno, najdalsze. Kilkaset metrów od nas.
No i faktycznie, oczy i obiektywy mają bezbłędne widoki.

Petra

Petra

Petra

Na samej górze oczywiście sklepik.

Rozbraja mnie laska, Jordanka, która hurtowo trzaska selfiki. Mijaliśmy ją kilkukrotnie w drodze powrotnej i robiła to non stop. Hidżab, nie hidżab, Instagram, to Instagram, selfie musi być.

Petra
Jedna poza (fot. Bartek Andrejuk)
Petra
Druga poza
Petra
Trzecia poza

Powoli wracamy. Pusto, ludzi niemal nie ma. Jeszcze chwila postoju przy Ad-Dajr, zachodzące słońce daje naprawdę świetne efekty.

Petra, ad-Deir

Petra, ad-Deir

Petra to jednak handlem stoi

Zostaję na końcu i już mam ruszyć za resztą, gdy nagle woła mnie Jordańczyk z baru z pufami.
Swego czasu zamówiłem sobie z Chin taki niby lepszy kijek do komórki, czy kamery. Z Bluetooth, przyciskami w rączce, karabińczykiem, żeby przytwierdzić do szlufki, czy plecaka, loda niestety nie robi.
No i ten Arab pokazuje palcem na ten dyndający u mych spodni sprzęt i pyta „po ile”.
Ale, że co, że chcesz kupić mojego sticka do nagrywania? Uaaaaa… co za propozycja! Jestem trochę w szoku, bo w ogóle się tego nie spodziewałem. Nie wiem, czy chcę sprzedać. Myślę czy i ile go używałem i jak w ogóle, czy dam radę żyć bez niego, o co chodzi?
Koleś stoi i patrzy wyczekująco.
Kijek kupiłem za (w przeliczeniu) bodajże 11 JOD.
Rzucam na odwal się 30 JOD.
Koleś myśli dwie sekundy i mówi, zgodnie z moim oczekiwaniem – 20.
Nagle czuję, że nie jestem już do sprzętu tak bardzo przywiązany i jestem pewien, że synek targuje się dla samego faktu traktowania – nie wie ile to kosztuje.
I już sam jestem sprzedawcą.
20? Nie bardzo, wiesz, on tu ma grubą rączkę, 4 przyciski, możesz zoom robić, zdjęcia telefonem z androidem, ma baterię, blablabla.
W tym momencie przychodzi jakaś kobieta i pyta, co i jak. Słyszy jaka była moja pierwsza propozycja, jak skontrował koleś i autorytatywnie ustala 25 JOD jako cenę sprzedaży.
– Dziękuję, proszę, oto stick, moje 25 JOD, dziękuję, do widzenia – tyle mnie widzieli.
Kupiłem nowy za 60 zł, sprzedałem używany za 150 zł. Normalnie biznes życia.

Lecę, cały w skowronkach na dół i chwalę się tym wszystkim naokoło. W tym cugu handlowym udaje mi się jeszcze, po drodze, kupić za 3 JOD czarną kefiję, więc mam pełnię szczęścia.

Po drodze łapię się na selfie z Jordanką ze szczytu (tak, dalej robi sobie zdjęcia co chwilę), do centrum Petry dochodzimy przy mocnej szarówce, a wąwóz Siq pokonujemy już w kompletnych ciemnościach, próbując omijać końskie i ośle kupy. Nogi mamy głęboko w tyłku, w sumie zrobiliśmy niemal 15 km.
Samochody na szczęście stoją. Robi się już zimno, wszyscy głodni, a, że miasto blisko, to najpierw jedziemy na żarcie.

Rozjazdy

Melinujemy się w knajpie z poprzedniego wieczoru, tym razem jednak idę się potargować do stoiska z żarciem obok.
Opłaca się, bo shoarmy kupuję po 1 JOD.

Jarek, Bartek i Leszek podejmują decyzję, ze jadą do Aqaby na noc. Jednak. Trzeba się jeszcze rozliczyć za samochód, bo w takim razie, od teraz będziemy jechali w 5 w naszej białej strzale. Jarek ogarnia temat na cacy, wszyscy są zadowoleni

Jeszcze został nam jeden temat – nocleg. Jałowa dyskusja z rana nie nastraja pozytywnie, nastawiam się na kolejną.
Tymczasem idzie dość szybko – proponuję panom, że będziemy spali w 5 osób na 4 łóżkach, a ta jedna osoba ekstra zapłaci 3 JOD za spanie, zamiast 6. Słyszę ok. To świetnie, problem rozwiązany.

Żegnamy się z chłopakami. Mam nadzieję, że dojadą spokojnie. Nie wiem czego się można spodziewać w nocy – choć, w sumie, jak szybko dojadą do autostrady, to tam już nie powinno być problemów.

Kuba sygnalizuje, że go bierze choroba. Dostaje uderzeniową dawkę Scorbolamidu i Rutinoscorbinu, trzymamy kciuki, żeby było ok.

W pokoju jest w końcu ciepło. Okazało się, że trzeba było zmniejszyć temperaturę w klimie na kilka stopni mniej, niż maksymalna, żeby działało poprawnie.

Rano jedziemy w stronę Karak i Ammanu.

Dobranoc!
Petra

Jako, że Jordania nie tylko Petrą stoi, to w kolejnym odcinku pojedziemy dalej na północ i odwiedzimy warownię krzyżowców w Al-Karak, wpadniemy w depresję nad morzem Martwym i przez Madabę dojedziemy do jordańskiej stolicy, Ammanu. Do poczytania tutaj (klik)!

P.S. Większość zdjęć jest autorstwa NOSFOTOS :)

2 komentarze